Mój Morderca, rehabilitant

Dziś troszkę prywatnych przeżyć...a właściwie doznań.

 

e5a477d1edce2a76fbc539abf1bcf680.jpg

  Skoro czujesz, że boli, to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze. Tak powiedział mi mój rehabilitant w odpowiedzi na moje wrzaski torturowanego. Jasne. Na dobrej drodze. Po każdej wizycie u niego czuję się jakbym faktycznie był na drodze, ale ku światełku w tunelu. 

  Swoją drogą świetnie to sobie wykombinował. Pod przykrywką praktyk rehabilitacji pourazowej może bezkarnie znęcać się nade mną, w dodatku za moją aprobatą. Jego gabinet zabiegowy wygląda jak średniowiecza sala tortur. Na 30m2 gdzie nie spojrzeć, tam narzędzia do zadawania bólu. Już na samo wspomnienie niektórych robi mi się słabo. 

 Dziś leżę na stole do masażu. Tak. Jasne. Prawda jest taka, że leżę twarzą do podłoża przypięty pasami bezpieczeństwa. Ciekawe po co? Żebym nie uciekł? Dobry żart. Nie stałem od lat dwóch na własnych nogach. No nie ważne. Leżę tak i czekam. Nie dość, że czuję się na tym stole jak gotowy do sekcji zwłok, to jeszcze mam świadomość,  że zaraz pojawi się mój oprawca. 

  Po pomieszczeniu roznoszą się spokojne dźwięki muzyki relaksacyjnej. Wsłuchuję się w nią. Skoro już gra, to niech zadziała. Pod zamkniętymi powiekami wyobraźnia zaczęła tworzyć wyraźne obrazy które niosła ze sobą spokojnie płynąca muzyka. Tuż obok mnie jakiś ptak swoim śpiewem zapraszał mnie w ten tajemniczy świat obrazów. Pod bosymi nogami, czuję jak ściółka leśna wrzyna mi się w stopy. Pojawił się strumyk, który rozbijając o kamienie posyłał w moją stronę krople orzeźwiającej wody. Kiedy nachylając się nad nim, chciałem sięgnąć dłonią by skosztować tej wody poczułem, że ziemia pod moimi stopami zaczęła się potwornie trząść....

 - Halo? Gotowy? 

 Już sam jego głos wystarczył by wrócić "na ziemię" z poczuciem skazańca idącego pod szafot. Bezduszny, bezlitosny, nieczuły na mój ból z nieznikającym z twarzy głupkowatym uśmiechem. Mój kat. Rehabilitant. Człowiek, który bardziej ode mnie wierzy w to, że kiedyś stanę na własnych nogach. 

  Za każdym razem przed zabiegiem wyrażam swoją niechęć, próbując wypertraktować "nadzwyczajne złagodzenie kary" zasłaniając się coraz to nowszymi chwilowym niedyspozycjami. Jednak wyrok już zapadł i nie podlega kasacji.

  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że scenariusz moich tortur jest mi doskonale znany. Wiem kiedy będzie boleć tak, że widzę wszystkich świętych. Za każdym razem gdy zbliżamy się do tego momentu widzę jak na twarzy mojego kata pojawia się jeszcze bardziej głupkowaty uśmiech, a do moich uszu dochodzi jego głos

 - Teraz będzie boleć Kuba. 

 - No kurwa co Ty nie powiesz!  

  Krótki dialog powtarzający się za każdym razem. Jak mantra. Chwilę po tym wbijam z bólu zęby w ramię Świętemu Franciszkowi, widząc jak patrzący na mnie z przerażeniem Święty Patryk stoi obok z piekielnie smacznym kuflem pełnym Guinnessa. 

 Po około czterdziestu minutach witam się ze swoim wózkiem jak z dawno nie widzianą kochanką.  

 Jeszcze pół roku temu moje nogi były tylko uzupełnieniem reszty mojego ciała. Dziś cieszę się kiedy patrzę jak kontroluje swoje palce u stóp.....Ale mojego kata i tak nie lubię.