Między boksem a botoksem. Kompetencje Anny Grodzkiej.

„Syn mówi do mnie Aniu, bo nie jestem jego mamą, tylko tatą, który jest kobietą”

 

d675de3f7ce486d3e1655138756fd005.jpg

Podobno pomniki Anny Grodzkiej odlewane już są z brązu, a w lutym ruszy akcja ich odsłaniania przez najwyższe władze państwowe. Bronisław Komorowski chce wciągnąć ją natychmiast do Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Adam Michnik zrobi z niej gwiazdę okładek, a Robert Biedroń rozważa zmianę płci.

A wszystko przez Krystynę Pawłowicz i jej wejście smoka.

Palikot, który nazywał posłanki prostytutkami, dziś zrównuje ją z Himmlerem, szefem Gestapo (który to już raz u bohaterów „GW” objawia się to potworne lekceważenie ofiar reżimu – stalinowskiego czy hitlerowskiego), bo posłanka PiS stwierdziła, że Grodzka ma „twarz boksera”. A to podobno gorsze niż nazwać kogoś ch…, jak robili to niedawno Zbigniew Hołdys czy Andrzej Saramonowicz. Gorsze niż ciągłe wysyłanie kogoś do szpitala psychiatrycznego, a tuż po śmierci jego matki mówienie, jak Tomasz Nałęcz: Ta śmierć jeszcze bardziej osamotni Jarosława Kaczyńskiego i będzie jeszcze bardziej pełnym bólu odyńcem.

Gorsza, zdaniem Palikota i jego dziennikarzy, jest „twarz boksera”. Jak to możliwe, że nikt po słowach Pawłowicz nie pochyli się nad losem polskiego pięściarza? Nad legendą śp. Jerzego Kuleja, nad losem tak kochanego kiedyś Andrzeja Gołoty, Tomasza Adamka, Mike’a Tysona, wspaniałych braci Kliczko? Anna Grodzka ma ich twarz? Wolne żarty.

Krystyna Pawłowicz ma wyjątkowy temperament i czasem nad nim nie panuje, więc uderzyła w Sejmie i na spotkaniach z fanami w „oczywiste oczywistości”, skupiając się na wyglądzie i hormonach posłanki Grodzkiej. Niepotrzebnie. Trudno jednak uwolnić się od myśli, że atak Pawłowicz, choćby i bezpardonowy, to mimo wszystko za mało na to, by zostać wicemarszałkiem Sejmu. Warto by mieć w życiorysie jakieś dokonania, niekoniecznie natury chirurgicznej.

W przypadku posłanki Grodzkiej są one wyjątkowo trudne do odnalezienia. Bo po pierwsze – od którego momentu liczy się jej życiorys? Idąc tropem tych, którzy twierdzą, że Grodzka urodziła się lub urodziła się na nowo w chwili zakończenia procesu zmiany płci, czyli w 2010 roku, należałoby przyznać, że jest niespełna trzyletnią dziewczynką, a jako taka nie tylko nie może kandydować, ale i nawet głosować na wujcia Januszka. Może dlatego Palikot wciąż nazywa ją „Anką”, nie „Anną”?

Tylko co w takim razie ze wszystkimi zobowiązaniami tej dziewczynki w poprzednim życiu? A co, jeśli Krzysztof B. miał przed przeprowadzką z Marsa na Wenus jakieś długi? Niezapłacone rachunki? Zniesławił kogoś lub to jego ktoś zniesławił? Czy Grodzka nie dochodziłaby jego/swoich praw? Czy nie spłacałaby jego/swoich długów?

Dziś chce być wicemarszałkiem, a jeszcze bardziej wicemarszałkinią Sejmu RP. Pytana, jakie ma doświadczenie, odpowiada „Już ponad rok jestem posłanką?. I tyle. Wystarczy. A gdy słyszy, że jej kandydatura to prowokacja jej partii, mówi „I dobrze. Jestem na to gotowa”. Tylko na co? Na dalsze pytania o kompetencje?

Ani Anna Grodzka, ani my nic na to nie poradzimy, że kompetencje te w żadnym z wywiadów, w żadnym z wystąpień publicznych, nie wykraczają poza temat partii. Konkretnie – dolnych partii. „Syn mówi do mnie Aniu, bo nie jestem jego mamą. (…) Jestem jego tatą, który jest kobietą”.

Jak się pozbyć, do kogo pójść, co się czuje – mając, co się czuje – nie mając… Parlamentarny punkt informacyjny dla osób chcących zmienić płeć. Kolejek jednak pod biurem Anny Grodzkiej jakoś nie widać.

Być może, gdyby poszerzyła nieco zakres swoich kompetencji, naród pokochałby ją bez dwóch zdań. „Polski Sejmie, wierzę w ciebie. Daj szansę Annie Grodzkiej! A tak naprawdę, daj szansę kulturze” – zawodzi błagalnie Bogusław Chrabota, nowy naczelny spacyfikowanej przez Hajdarowicza „Rzeczpospolitej”.

Ale wiemy dobrze, że nadchodzą dla polskiego Sejmu jeszcze cięższe dni. Co do tego, że każda partia powinna mieć swojego wicemarszałka Sejmu, nie jest to takie oczywiste, jak chcieliby chirurdzy polskiej demokracji. Czy ugrupowanie, którego twórca ogłasza: „Czas powiedzieć Polakom, że muszą wyrzec się własnej polskości”, naprawdę powinno mieć w polskim Sejmie wicemarszałka? Czy pod nieobecność marszałek i innych wice ktoś z tej właśnie partii ma decydować choćby o porządku obrad? Trochę to jednak ryzykowne.

Krzysztof Feusette

http://wpolityce.pl/

 

Źródło: Krzysztof Feusette