"Lolo," czyli toksyczna miłość

Nieodcięta w porę pępowina może grozić śmiercią lub kalectwem

 

e996079bd7ac6498c9da801a409c5d06.jpg

„Lolo” reż. Julie Delpy, scenariusz J. Delpy, Eugene Grandval

Dwie 45 – letnie przyjaciółki Violetta(Julie Delpy) i Ariane (Karin Viard) na basenie w Spa rozmawiają oczywiście o facetach oraz intymnym pożyciu z nimi lub braku tegoż zajęcia.

Każda z pań ma kompletnie inny stosunek do własnego, dorosłego, już dziecka. Ariane uważa, że dziecko to wrzód na tyłku, Violetta ubóstwia i rozpuszcza synka o imieniu Eloi ( Vincent Lacoste) niemożebnie. Imię to przywodzi mi na myśl bohaterów książki „Wehikuł czasu” – wiecznie młodych, bezmyślnych, leniwych i nieodpowiedzialnych.

W Biarritz Violetta poznaje Jean-Rene (Danny Boon) tyleż mało pięknego, co miłego i z poczuciem humoru.

Synek deklaruje uciechę z tego faktu ale postanawia zniszczyć związek, bo przecież on jest pępkiem świata swojej matki i tak ma zostać.

Pomysły synuś ma różne: od proszku uczulającego, przez tabletki potęgujące działanie alkoholu, bitwę na parasolki, gips na ręce, obciachowy strój, dwie nagie dziewczyny w łóżku i wirus komputerowy. Widać cel uświęca środki.

Lolo wszystkie swoje wyczyny skrzętnie opisuje w dzienniku nawet je ilustrując, albowiem jest zdolnym chłopczyną malarzyną.

Na szczęście córka Ariene jest przekupna i prawda wychodzi na jaw. A także wszystkie złe uczynki jakich Lolo dokonał od dzieciństwa.

Śmiejemy się często lecz warto zapytać podobnie jak klasyk: „z czego się śmiejecie?”.

To film o toksycznych rodzinnych układach, o kobiecej przyjaźni,  potrzebie miłości, zaufania i bliskości. Także o wyrachowaniu, manipulacji i wykorzystywaniu.

Z ciekawostek: jest coś dla wielbicieli modowego hihg life`u – to udział Karla Lagerfelda.

Dobry film na letnią kanikułę.