Nie wiemy dokąd idziemy i nikt nie chce nas słuchać.
Nim po angielsku wyjdziemy, chcemy zapalić bucha.
Sprzedali w tym tygodniu naprawdę wiele ładnych działek. Można było powiedzieć, że pieniądz uderzył im do głowy. Dwójka dzieciaków zaćpała się, by świętować sukces tego tygodnia, a molly popili cydrem. White miał wyjątkowo mocny trip. W jego głowie tańczyło kilkadziesiąt lampek świątecznych. Śnił o własnym mieszkaniu, śnił o przynależności do saints of london. Śnił na jawie. Kolejna kreska nie pomogła im zachować powagi. On znalazł swoją potrzebę. Potrzebował dostać się do ich siedziby, jak prawie zawsze, gdy się naćpał. Nie trafiał. Potem budził się na klatkach schodowych, w opuszczonych budynkach czy innych przypadkowych miejscach. Nigdy nie powiedział gdzie idzie. Nie zdradziłby swoich braci nawet im. Czy bredził? Zapewne. Wiele razy mówił jacy gangsterzy są odważni, jak im zazdrości. Chciał być jednym z nich, chciał być jak oni i dziś miał zamiar to zrealizować, liczył na swoje głupie szczęście, które już tyle razy go poratowało. Zgarnął ze stolika torebeczkę z białym proszkiem i paczkę marlboro. Nieodłączny pakiet młodego ćpuna, a może nie? Dealera, tak, on tylko sprzedaje. Świat zataczał się w kółko i produkował za mało tlenu. Pożegnał się ze znajomym, który w swojej euforii nawet nie złościł się, że chłopak go opuszcza. Chodzenie teraz wydało się nie lada wyzwaniem. Krok po kroku uczył się go na nowo. Sprawdził już prawie wszystkie miejsca z listy. Przypuszczał, że może do dwudziestego pierwszego razu sztuka? Niebo było przejrzyste w przeciwieństwie do ludzi. Oni byli kolejnymi słupkami, które go mijały. Pustymi, neutralnymi słupkami. Jak dobrze, że istniało oderwanie od rzeczywistości. Kiedyś to były książki, nie odstawił ich, ale często nie wystarczały. Poza tym teraz zagłębiał wiedzę z drugiego roku studiów chemicznych i bawił się przy tym cudownie, chociaż większy problem sprawiał mu język niż treści książek. Odbicie na obrzeża trochę mu pomogło, nie było tylu ludzi, którzy wbijali w niego wzrok. Jego styl można było nazwać kontrowersyjnym, jednak dziś nawet nie miał na sobie spódniczki. Chyba dostałby paranoi. Papieros wylądował w jego ustach, a po chwili zapłonął. Płonął jak jego marne nadzieje. Zagłębił się w ciemne uliczki i po chwili był na możliwym miejscu. Jeśli to było to, to musiała być ochrona. Jednak zaczął wątpić w swoje szczęście, gdy ujrzał uchylone okno na parterze. Nie byliby raczej aż tak nie roztropni. Cóż jak tu był to i tak grzechem byłoby nie sprawdzić. Wzruszył ramionami i zgniótł kiepa butem. Wiatr nagle się wzmógł, jakby chciał go ostrzec. Ten dzieciak nie zauważył by niebezpieczeństwa nawet gdyby w około było naście znaków. Z resztą, gdyby zauważył, tym bardziej by w to brnął. Starał się i tak stawiać ciche kroki, bo przecież nie istnieje nic takiego jak kamery. Musieli jednak być zajęci albo raz nieostrożni. Po chwili jedną nogą był już w pokoju, który przypominał kuchnię. Wyglądało to jak zwyczajna kuchnia, mógłby nawet stwierdzić, że minimalnie podobna do tej w domu dziecka. Uniósł brwi, ale parę sekund później je zmarszczył. Coś tu było innego niż w tych wszystkich miejscach, które do tej pory odwiedził. To miejsce miało swój specyficzny zapach. Z resztą coś jeszcze tu nie pasowało i wcale nie mówił o glock 18 leżącym na jednej z wysp kuchennych dosłownie krok od niego. Powinien go chwycić, powinien zachować ostrożność, ale jego naćpane ja było zbyt podekscytowane tym wszystkim. W końcu tu był, był w miejscu, gdzie siedzibę miał jego ukochany gang albo.. cokolwiek niezbyt legalnego. Nie wiedział czy serce napierdala mu tak z nerwów czy od narkotyków. Potrzebował kolejnej dawki. Wpakował się pełnym tyłkiem na blat i odetchnął. Pierwszy krok za nami. Jaki następny? Sprawdzamy pokoje? Spojrzał jeszcze raz na pistolet i powietrze zaczęło z niego schodzić.
-Dus hier zijn we dan.* -Miał już wstać by opuścić ten pokój, jednakże nie było mu to dane. Nagle w drzwiach stanęło dwóch facetów, którzy mogliby robić za ochronę premiera. Kurwa, byli w Anglii. Ochroną królowej też byliby dobrą. Najbardziej jego uwagę zwróciła osoba, która stanęła między nimi. Joel pierdolony Grenard. Dwudziestoośmioletni morderca, jeden z mocniejszych filarów saints of london. Nie wiedział kiedy łza wzruszenia spłynęła po jego lewym policzku. Kurwa, tyle na to czekał. Chciał się odezwać, ale na razie wielka gula rosła w jego gardle. W końcu przełknął ślinę i wykorzystał chyba szok w jakim ich postawił.
-Joel Grenard. Kurwa, Ik geloof niet.**- Przyłożył po dwa palce każdej dłoni do skroni. Udało się, to się naprawdę udało. Nagle wszystko przestało się liczyć. Mogliby przyłożyć mu broń do skroni i nie zorientowałby się. Wylądował w swoim świecie, gdzie właśnie spotkał w końcu jednego z rodu Grenard i to jego. Jego brat dealował. Sam to robił, więc nie imponowało mu to aż tak, o ile można nazwać to w ten sposób. Zawsze zastanawiał się jak żyje choćby morderca. Jakie są jego myśli? Nie śnią mu się jego ofiary? Nie boi się o to, że ktoś w zemście zabije mu kogoś bliskiego? Albo gorzej porwie? Tak, byli dobrzy, nawet bardzo dobrzy, ale nie wszystko można przewidzieć. Zgubił się gdzieś zagłębiając w ostrych rysach mężczyzny. Nie mógł się odpędzić od kobiet i wcale go to nie dziwiło. Gdyby potrafił spojrzeć na niego pod tym względem pewnie też, by szalał. Jego to nie interesowało. Interesował go on pod masą względów, ale nie tym. To był chyba moment kiedy wrócił na ziemię. Gdzie był? I gdzie był Joel? Na szczęście, albo nieszczęście czarnowłosy i tych dwóch łebków byli realni i byli tutaj, a u niego były tiki nerwowe. Nawet nie zauważył kiedy się pojawiły. Szczęka delikatnie mu chodziła i chyba lekko wypłynęła mu ślina z rozchylonych warg. Nie tak miał wyglądać na tym spotkaniu. Nie tak miała się potoczyć jego rozmowa o pracę. Kolejna spieprzona rzecz w tak krótkim życiu.
*'Tak więc jesteśmy' po holendersku
**' Nie wierzę' po holendersku
