Kultura dyskusji? To jest możliwe!

Siedząc przy komputerze, stałem się mimowolnym świadkiem dyskusji telewizyjnej na temat "historii i sprawiedliwości". Ale nie o treści będzie. O formie.

 

"Polska" dyskusja - jak zawsze.Moja żona oglądała w TV program „Aeropag Gdański” – dyskusję o tym, czy historia może być sprawiedliwa. Stałem się mimowolnym swiadkiem dyskusji. Nie o treści jednak będzie. A o formie.
Było sześcioro dyskutantów w tym jeden duchowny, którego nazwiska nie pamiętam, za co przepraszam, bo jego klasa była równa pozostałym: Pani prof. Łętowskiej, Pana prof. Osiatyńskiego, Pana prof. Samsonowicza, Pana red. Wierzejskiego i Pana Krzemińskiego.

Nie podobało mi się póki co. Spokojnie, uprzejmie, miło…

„Towarzystwo wzajemnej adoracji” – pomyślałem. Po kilkunastu minutach, lekko zirytowany gadającymi głowami, odwracającymi moją uwagę od Internetu, podzieliłem się swoją uwagą z żoną, zasłuchaną w dyskutantów.

- Co ty mówisz? – obruszyła się – Ja właśnie wolę takie dyskusje. Przynajmniej coś mądrego powiedzą. I wcale nie włażą sobie do tyłków! Nie przeszkadzaj!

„Dobra już, dobra” – pomyślałem i dalej… nos w monitor. Jednak coraz uważniej zacząłem słuchać dyskutantów. Nie będę pisał o treści, bo to dość skomplikowane, jednak zauważyłem niemal natychmiast, że oni rzeczywiście dyskutują. Rozszerzają pole wzajemnego widzenia a poza tym się kłócą! Tyle, że takiej kłótni to ja w życiu nie widziałem To znaczy, kiedyś widziałem, a nawet brałem udział, ale było to tak dawno, jakby w ogóle nie było.

Oto np. Pan prof.. Samsonowicz był łaskaw nie zgodzić się ze zdaniem Pani prof. Łętowskiej. Ale nie zgodził się w taki sposób, że po prostu… nawet nie wiem jak to opisać. Wszyscy byli uśmiechnięci, przyjaźni a nawet rozbawieni a przecież oboje różnili się w kwestii.

Pamiętam takie dyskusje z podstawówki. Kiedy pani uczyła nas: „Dzieci, dyskutujmy parlamentarnie”. To oznaczało: kulturalnie, grzecznie. Od tamtej pory jednak, no, może nieco później, dyskutowałem najczęściej w knajpie, a potem nie dyskutowałem, tylko oglądałem dyskusje w TV. Tylko, że te dyskusje z podstawówki, do tych np. z TV mają się jak pięść do wiatraka, albo jak piernik do nosa, albo jeszcze gorzej.

Okazuje się, że moje dyskusje knajpiane niczym specjalnym nie różniły się od nieco późniejszych, oglądanych dyskusji telewizyjnych. No, może poza jednym szczegółem: Te z telewizji były/są (czasami) bardziej zrozumiałe werbalnie, bo zdarza się, że nie są bełkotem w alkoholowym upojeniu. Ale chodzi mi wyłącznie o zrozumienie brzmienia poszczególnych wyrazów (czasami).

Dokonałem jeszcze jednego odkrycia. Otóż ci dyskutanci w „Aeropagu Gdańskim” wiedzieli o czym mówią. No! To już jest przesada! Nie dosyć, że dyskutują, to jeszcze wiedzą o czym! Normalnie to się przecież nie zdarza. Tak samo jak nie zdarza się szczera wymiana grzeczności między dyskutantami. Na codzień przecież zdarza się wzajemne opluwanie Brudzinskiego z Nitrasem, Kurskiego z Nowakiem, prezesa ze wszystkimi i takie tam, podobne, pomyjowe „Śmigusy – Dyngusy”, gdzie temat dyskusji nie ma najmniejszego znaczenia. Zresztą podobne klimaty dyskusji można spotkać w Internecie. Mnie też się to kiedyś zdarzyło.

Raz obraziłem autora artykułu i bohatera tegoż. Absolutnie chamsko. A kiedy wróciłem tam po jakimś czasie i to zobaczyłem, nie mogłem uwierzyć, że ja to napisałem. Rzecz jasna, gdybym mógł, zapadłbym się pod ziemię i mocno, pokornie przeprosiłem. Ale! Przeprosiłem bez wyroku sądowego. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Ze wstydu za swoje własne słowa. To u naszych polityków się nie zdarza. U  wielkiej grupy internautów, przeprosiny w ogóle, jakiekolwiek, nie istnieją.

„Dobry byłby ze mnie polityk!” – pomyślałem kiedyś. A zaraz potem – „Matko jedyna… STOP! Zaraz! Przecież jakbym był politykiem i spotkał w dyskusji posła… (no, tego…) to nie miałbym wyboru: Albo on mnie, albo ja jego!”.

Pewno byłbym dzisiaj „kurskopodobnym” jakimś… tworem. Jestem „ostry”, ale nie jestem alfą i omegą. I w przeciwieństwie do tych właśnie „kurskopodobnych”, wiem o tym.

Dyskusja sześciu „postaci”( cokolwiek o nich myślę i jakkolwiek zgadzam się z nimi lub nie, są to „postaci” niezaprzeczalne, przynajmniej dla mnie) uprzytomniła mi i przypomniała, czym mogłaby być i powinna dyskusja. Szkoda, że tak niewiele osób możemy obserwować w  dyskusji. Szkoda, że nie stanowią wzoru do naśladowania dla tych, dla których powinny stanowić. Bo to jest, jak dla mnie, kwintesencja intelektualizmu.

Kilka lat temu oglądałem w TV jakieś spotkanie wielkie, intelektualistów polskich. Nie wiedziałem, że tylu mamy intelektualistów i w dodatku takich fajnych. Okazuje się, że wystarczy być aktorem, żeby być intelektualistą. Nieważne jakim: mądrym czy głupim, mającym coś do powiedzenia czy nie. Ale popularnym. I intelektualista gotowy. Z przydziału. No, a o politykach to już nawet strach napisać – „nieważne jakim”. Bo w końcu polityk… każdy, to… intelektualista. Z przydziału!