Kto szuka prawdy, niechybnie trafi do Boga

Przybyli, zobaczyli, uwierzyli. Oddali hołd i złożyli dary. Wiodła ich gwiazda, której na imię: Prawda

 

mid-20256.jpg

Do dziś ta sama gwiazda, wysłana po trzech pogan, aby ziścić się mogła Epifania, wiedzie wszystkich uczciwie poszukujących prawdy do jedynego jej źródła – Boga, który jest Drogą, Prawdą i Życiem.

 

Trzej ludzie Wschodu, którzy przybyli z pokłonem do nowonarodzonego króla żydowskiego – wbrew rozpowszechnionemu przez ludową tradycję pojęciu – sami nie byli królami. Potwierdza to Ewangelia i podpowiada zwykła logika: przecież wschodni monarchowie, a już zwłaszcza starożytni, nie zwykli podróżować inaczej jak w otoczeniu licznej świty, z przepychem i pompą (a już na pewno nie incognito). Ewangelia nazywa owych przybyszów Mędrcami bądź Magami, najprawdopodobniej bowiem byli oni kapłanami religii zaratusztriańskiej, na pewno zaś astrologami, usiłującymi z układu gwiezdnych konstelacji wyczytać bieg dziejów.

 

Okazuje się zatem, że i astrologia może kogoś doprowadzić do Boga. Tu od razu uściślijmy: kiedyś mogła. W ciemnych wiekach starożytności, gdy czart panował, śmierć i trwoga, była wszak uprawnioną gałęzią nauki usiłującą udzielić odpowiedzi na pytania o kształt świata, jednak po objawieniu Jezusa Chrystusa utraciła wszelką rację bytu. Niemniej scena opisana przez świętego Mateusza bynajmniej nie straciła na aktualności i trafności obrazowania. Boga można odnaleźć na drodze poszukiwania intelektualnego. Bóg po to przy stworzeniu obdarzył człowieka rozumem, by ten za jego pomocą szukał swego Stwórcy i starał się pojąć Jego wolę. Trzech Magów prowadzi do Jezusa ciekawość i „naukowa” pewność, ujrzeli bowiem Jego gwiazdę i postanowili empirycznie dociec prawdy. Nie tylko filozofia rodzi się ze zdziwienia – wiara również. Żeby wierzyć, należy najpierw wiedzieć, w co się wierzy. Wiara bez rozumu jest ślepa, a nierzadko błąka się po bezdrożach herezji.

 

Każdego zaś szczerze szukającego prawdy Bóg niezawodnie doprowadzi do samego jej źródła, a choćby nawet gdzieś się podłodze zabłąkał, ześle mu przewodnika, który mu wskaże właściwy szlak. Przypomina się tu jako żywo przypadek C. S. Lewisa – zatwardziałego ateisty zgłębiającego pogańskie mitologie – który pod wpływem stricte rozumowych argumentów swego katolickiego kolegi J. R. R. Tolkiena, iż ludzkie mity odbijają fragmenty wiecznej Prawdy pochodzącej od Boga, uwierzył i stał się czołowym apologetą chrześcijaństwa.

 

Pokrewnego, bodaj jeszcze wyrazistszego przykładu w tej materii, dostarcza życie i dzieło wyniesionego niedawno na ołtarze Johna Henry’ego Newmana. Ów duchowny Kościoła anglikańskiego – wspólnoty do szpiku kości antykatolickiej, ufundowanej wszak na sprzeciwie wobec Rzymu – przygnębiony stygnięciem w niej wiary i postępującą laicyzacją oddał się wytężonej pracy na rzecz odnowy ducha anglikanizmu i obudzenia w nim ewangelicznej gorliwości. Postulując powrót do źródeł zagłębił się w badanie spuścizny Ojców Kościoła i pisarzy wczesnochrześcijańskich, podczas którego – zupełnie dla samego siebie niespodziewanie – odkrył, że najpełniej dzieło Apostołów kontynuuje tak przez anglikanów pogardzany Kościół rzymskokatolicki. Konwersja na katolicyzm stanowiła więc prostą konsekwencję intelektualnej uczciwości Newmana.

 

Uczciwość to pierwszy krok ku prawdzie. Każda uczciwie podjęta próba poszukiwania prawdy, niezależnie od punktu wyjścia, prowadzi do Boga, który jest całą prawdą i cała prawda do Niego należy. Każdy, kto się od Bożej pomocy odżegnuje, musi usunąć uczciwość z zestawu swych narzędzi. Pan Bóg nie będzie mu się narzucał. Ale do prawdy nie zbliży się taki ani o milimetr.

 


 

 

Źródło: Jerzy Wolak