Krótkie rozważania o cudzie medialnym.

Od dłuższego czasu w mediach często mówi się o rozmaitych cudach. Słowo to jest istnym wabikiem na spragnionych brukowych doznań odbiorców, których nie brakuje.

 

Przyjrzyjmy się temu zagadnieniu rozpoczynając od jego definicji. Wikipedia nie jest może do końca wiarygodnym źródłem historycznych faktów, interpretowanych na różne sposoby przez autorów publikujących na jej łamach, jednak na potrzeby moich rozważań definicja cudu zaczerpnięta z tego właśnie miejsca będzie wystarczająca. Otóż cud to: "zjawisko lub zdarzenie z różnych przyczyn nie posiadające wiarygodnego, naukowego wytłumaczenia, w kontekście religijnym przypisywane interwencji istot nadprzyrodzonych".

Jak wspomniałem na wstępie, w opinii niektórych najważniejszych w Polsce mediów cuda towarzyszą bardzo wielu wydarzeniom na świecie. Mamy więc:

Można rzec, iż mamy cudowne rozmnożenie cudów. Powyższe przykłady pochodzą z ostatnich kilku miesięcy z jedynie dwóch opiniotwórczych portali. Takich artykułów i audycji jest cała masa. Czy to nie jest deprecjonowanie pojęcia cudu? Osobiście nie wierzę w cuda, jednak definicja nie mówi nic o ich istnieniu bądź nieistnieniu, a jedynie określa warunki, które spełnione można określić tym mianem. Nie zamierzam się tutaj rozwodzić nad wiarą bądź niewiarą w cuda. Problem jaki chcę przedstawić ma zupełnie inne podłoże. W powyższych artykułach możemy przeczytać wiele na temat "cudownych" ocaleń. Nasuwają się więc pytania: kto ich ocalił? Bóg? Gorąca modlitwa? Siły nadprzyrodzone niezbadane do tej pory? A może gruzy haitańskich budynków rozstąpiły się i ofiary trzęsienia ziemi lewitując szczęśliwie wylądowały powyżej poziomu gruntu? Otóż nie! Wszystkie te cudowne ocalenia i odnalezienia są wynikiem ciężkiej pracy z poświęceniem życia rozmaitych służb ratunkowych i porządkowych. Czy Ci ludzie, którzy zostawili w domu zatroskane o ich los rodziny nie zasługują na wyższy priorytet od domniemanego cudu, na który nie ma najmniejszych dowodów? Ktoś mógłby mi zarzucić, że nie biorę pod uwagę faktu, iż to przecież bóg kieruje losami ludzi i prowadzi swoją niewidzialną dłonią zastępy ratowników do niemających już nadziei na ratunek ofiar. Odpowiadam więc profilaktycznie, gdybym na potrzeby tego artykułu założył - niezgodnie z moim światopoglądem -  że bóg istnieje, to nawet wtedy od świeckich mediów wymagałbym przedstawiania faktów mających pokrycie w dowodach. Być może niewielka domieszka spekulacji na temat niewyjaśnionych faktów zdarzenia nie jest zła, ale nie przystoi poważnym dziennikarzom. Nauczmy się doceniać osiągnięcia dzisiejszego świata. Błyskawiczne międzynarodowe akcje ratunkowe ocaliły życie wielu ludziom. To nauce hołdujmy, ponieważ to dzięki jej rozwojowi możliwa jest pomoc tym, których w zamierzchłych czasach spisano by na straty już w pierwszych chwilach katastrofy. Doceniajmy wagę faktów, nawet jeśli nie są zbyt medialne i nie da się ich wystarczająco szumnie przedstawić, aby nakład czy oglądalność poszybowały gwałtownie. Kiedy przyjdzie mi ochota na przypowieści o kosmitach podających numery totolotka panu Zbigniewowi z Poznania to z pewnością udam się do najbliższego kiosku po kolorową prasę z ogromnymi nagłówkami i nagą panią na ostatniej stronie. Kiedy jednak sięgam do medium uznanego za opiniotwórcze szukam faktów, na podstawie których wyrabiam sobie własną opinię, a rozważania na temat "co byłoby, gdyby" są dalekie od moich oczekiwań w stosunku do treści artykułu w powszechnym dzienniku. Kiedy dziennikarz przestaje być śledczym, a staje się filozofem, powinien jak najszybciej zmienić pracę.