Kontrast

Człowieka widzę jako sylwetkę rozciągniętą pomiędzy dwiema skrajnościami. 
Czernią i bielą. polem negatywnym oraz pozytywnym, "dobrem" i "złem". 
Nadmierne zbliżenie się do którejś z tych skrajności sprawia że tracimy emocjonalny balans, spojrzenie na świat zgodne z rzeczywistością, która jest mieszaniną tychże dwóch pól. 

 

Zbytnia jasność sprawia że widzimy świat jako pełen dobrych lecz zagubionych istot, wierząc że w gruncie rzeczy ludzie są dobrzy, lecz tylko zmienieni przez świat który utracił moralność i uniwersalne wartości takie jak miłość, nadzieja, wiara, równość, braterstwo... 
Zwykle wierząc w jakiś ideał moralny, np. Chrześcijańskiego Jezusa Chrystusa - inkarnację Boga, czyli spełnienie wszystkich tych wartości których tak brakuje nam w świecie w którym żyjemy. 
Obietnicę - wynagrodzenia za czynione dobro, przerwanie cierpienia i przezwyciężenie śmierci która wciąż napawa nas strachem, obawą przed nieznanym. 
Lecz zbytnia miłość przez swoją cechę współodczuwania, wczuwania się, rozumienia emocji i uczuć innych - prowadzi do rozpuszczenia naszego indywidualnego ego, własnej tożsamości - pozbawiając nas osobistych pragnień, dążeń i celów - co w rezultacie jest prostą drogą do poddaństwa, poświęcenia swojego życia na rzecz innych. 
Należy zastanowić się co tak na prawdę oznaczają słowa: "Kocham cię"
Zależność niszczy miłość, wprowadzając zalążek nienawiści. Kim jest druga osoba dla człowieka nie posiadającego siły sprawczej? 
Narzędziem, Bogiem? 
Być zbawionym od siebie... 
Oddać wszystko, nie mieć nic, zespolić się w poczuciu większej niż jednostkowa, tożsamości - na ile życie dla idei, dobre jest dla człowieka żyjącego zwłaszcza w tych czasach?
Ludzie zbyt dobrzy, zbyt empatyczni kończą miotani przez los jak szmaciane lalki, w końcu poświęceni dla czyjegoś dobra, umierając za nie swoje grzechy. 
Branie na swoje barki, nie swoich przewinień, powstrzymuje sprawcę od zmiany na lepsze. Im większe światło, tym większy cień.
Zakładając że Jezus istniał jako jednostka ze swoim filozoficznym systemem wierzeń, - jak wielki cień jego idea rzuciła na świat, widzi się do dzisiaj. 
Wielkie idee nie są możliwe do zrealizowania w realnym świecie z powodu zbyt wielu czynników, m.in. wolnej woli, rzeczywistością, która jest zbyt różnorodna by rósł na niej tylko jeden rodzaj roślin. 
Tak więc dużym skrótem - nadmierne światło eliminuje jednostkę, stawiając na piedestale kolektyw.

 

 

Jednak "razem" potrafi być największym piekłem, o czym doskonale wie mrok. 
Zbytnia ciemność dławi wszelką miłość do innych, najczęściej służy tylko samej sobie. Ego staje się władcą, rozrasta się kosztem innych, stawia sobie nadrzędny priorytet. 
Ludzie stają się tylko narzędziem, środkiem do celu czy też zabawką dla osoby pochłoniętej przez mrok. 
Człowiek taki widzi świat jako pozbawiony nadziei, miejsce pełne kłamstw, którym rządzi przemoc a prawo ustanawia najsilniejszy. 
Odcina się on od innych, ponieważ dzielone uczucia osłabiają go, niszczą poczucie jego własnej indywidualności, rozróżnienia własnego "ja" od nieprzyjaznego świata którym gardzi.
Cel uświęca środki, po życiu wypełnionym cierpieniem przychodzi śmierć a przypadkowa egzystencja na tej planecie nie ma większego sensu. 
"Ja" rośnie w siłę, otrzymując moc którą w innych warunkach dzieliła by z innymi ludźmi. Nie wierząc w miłość i jej ideały, osoba ta stara się podporządkować świat swojej woli. 
Wszystko zależy od jej umiejętności, lecz czym ona jest bez nich? Strach przed utratą posiadanej mocy, przed pustką i nie istnieniem - akumuluje tylko cierpienie przed którym starała się uciec. 
Ciemność rośnie, tworząc ból którym się żywi. Ceną za wzrost poczucia własnego ja, jest izolacja od innych, osamotnienie, a w rezultacie często nienawiść, zmieniająca człowieka w potwora. 
Zezwierzęcenie, ostre pazury i kły, kto pierwszy ten lepszy. Przywiązanie do realnego świata. 
Brak skrupułów, eliminacja sumienia - wolność gdy nikt już nad tobą nie stoi, przed nikim nie trzeba już odpowiadać, czy korzyć się w nadziei na przebaczenie i odpuszczenie domniemanych win...
Aż w końcu stanie się władcą absolutnym, bogiem jeśli się da, diabłem jeśli widzianym przez innych - bez różnicy, ponieważ liczy się tylko moc. 
Lecz taka osoba, nie znajdzie nigdzie pocieszenia, nie poczuje miłości przez strach przed utratą siły, mocy, siebie...  

 

 

"Duchowcy" czyli wszelcy ludzie czujący się bardziej świadomi i "dobrzy" od reszty populacji, zwykle żyją we własnych imaginacjach, fantazjach na temat świata w którym żyją. 
By tylko przerwać ból jaki czują, gotowi są usprawiedliwić i uwierzyć w każdą pasującą do ich pojmowania świata, ideę. 

 

- Jestem inkarnacją anioła? - Spoko.
- Jestem kosmitą z Proxa Centurii, z misją naprawy ludzkości? - Jak najbardziej.
- A może, mam w sobie coś co czyni mnie absolutnie wyjątkowym, jednak dalej daje mi poczucie wspólnoty z innymi, podobnie odczuwającymi? - O to mi chodzi! 

 

Normalny człowiek, który odczuł ból, szuka pocieszenia, szuka czegoś co załagodzi cierpienie, da wyjaśnienie i sens sytuacji. 
Czemu mnie to spotkało? - Pyta dziecko Boga.
- Dla nauki - odpowiada Bóg - rodzic. 
"Wszyscy jesteśmy jedną rodziną, to co zasiane, wraca, jesteś innym mną..." 
Takie podejście może mieć rację w tym samym "ekosystemie". Tej samej, wiosce, plemieniu, rodzinie... gdzie przeżycie ich członków jest zależne od stopnia ich współpracy, znajomości siebie nawzajem. 
Karma - przez mnóstwo ludzi, rozumiana powierzchownie. System nagrody i kary, podyktowany naszymi dobrymi lub złymi działaniami - tłumaczący nierówności społeczne i zło mimo dobra, ciągłością istnienia - inkarnowaniem się na tym świecie przez wiele wcieleń. 
Czyli na to co mam teraz, zasłużyłem sobie w przeszłości.  Widocznie, byłem zły (lub dobry) i dlatego moje życie wygląda tak jak wygląda... dlatego będę czynił dobro, by w przyszłości która nadejdzie mieć lepiej niż teraz. - Pozbawiając ten system wierzeń elementu religijnego, otrzymamy prosty schemat zachęcający ludzi do czynienia dobra, z wizją kary oraz perspektywą nagrody. 
Brzmi sprawiedliwie, a że jednostka nie myśli zbyt dużo o większym od siebie świecie, umyka jej naiwna prostota takiego postępowania, wierzenia zapobiegające zmianie swojego życia już teraz - według siebie, dla siebie, bez oczekiwania na coś co może nigdy nie nadejść. 
Czekanie na spełnienie obietnic wymaga poddaństwa. Wiara w obietnice, po czasie staje się koniecznością, stylem życia, przystosowaniem do rzeczywistości nad którą nie ma się kontroli a która żyje z nas - utrzymywaniem przy życiu wyobrażeń. Dysonans pomiędzy tym co jest a tym co ma być lub miało być, wprowadza jeszcze większe cierpienie. Błędne koło, kołowrotek, kierat - normalność, jeśli posiada się niewolniczą moralność. 
Każda idea potrzebuje przestrzeni, odpowiedniego środowiska na którym może się rozwijać. 
Ludzi należy tak ukształtować by na ich psychice zasiać ziarno kreowanego świata. Swoimi działaniami stworzą środowisko, na którym wyrośnie idea - narzędzie spełniające określoną funkcję. 
Niewolnik musi wierzyć w sens wykonywanej pracy. Być dobrym pracownikiem to nie zastanawiać się, działać zgodnie z wyznaczonym programem. 
Tak jak i ludzie, idee wchodzą ze sobą w relację. Jako że obejmują sobą znacznie szerszy obszar, zadomawiając się w psychice - mają wpływ na całe nacje. 
Idea, będąc czystą psychologiczną esencją - jest silniejsza od zdefragmentowanej psychiki człowieka. Przy odpowiednich okolicznościach opanowuje sobą jednostkę, włączając ją do swojej wspólnej kolektywnej mocy, tym samym zwiększając zasięg swojego działania. 

 

 

Tak jak w grze w szachy, istnieją zwykłe pionki i figury o większym znaczeniu, jednak obie uczestniczą w tej samej grze. 

 

Każdy system wierzeń wraz z jego mitologią - jest tylko interpretacją, próbą poznania realnego świata. Uporządkowania go dla większej kontroli nad życiem. 
Gorzej gdy religia przestaje być wskazówką a staje się fetyszem, wyznacznikiem życia, bogiem z którym nie można podjąć dyskusji z obawy przed utratą swojego życia, wyłączeniem z rodzinnego kręgu, chorobą, śmiercią czy tylko wydaniem na pastwę chaosu na powrót nieznanego świata. 

 

Czemu staramy się być dobrzy? Czemu postępujemy wbrew innym, "źle"? 
To przeciwieństwa kreują życie, konflikt napędza pragnienie - ile fantastycznych krain zdołamy jeszcze wymyślić zanim pogodzimy się z realiami istnienia na tym świecie?
Mówi się że "Piekło to inni" - coś co zakłóca jedność pojmowania, raj samopotwierdzenia, coś co każe wątpić i dociekać, nie dając rajskiego spokoju swobodnych wyobrażeń. 
Dlaczego ludzie biorą narkotyki? Ponieważ wybijają ich z rzeczywistości. 

 

 

"Współpraca dwóch zwaśnionych stron prowadzi do pomyślności" 
Człowiek który osiągnie wewnętrzną harmonię między swoim dobrem oraz złem, to ten który będzie mógł sprawnie poruszać się i tworzyć w szarej rzeczywistości. 
Umiejętność samolubstwa, zdolność do samo-poświęcenia, balans pomiędzy obiema skrajnościami, kreacja własnej drogi w zgodzie z sobą - nie z wyznaczonym ideałem nieświadomości kolektywnej. 
Ludzie mają trudność odróżnienia świtu od zmierzchu, nastawiają się zbyt pospiesznie na jedno lub drugie, tym samym dając moc własnym uprzedzeniom, tracąc kontakt z chwilą obecną, nie potrafią zerwać jej owoców. 
 
Powtórka, powtórka, zaklęte koło pragnień, cierpień i fantazji. Wydaje mi się że wyjście poza nie, wiedzie przez zrozumienie własnych działań i reakcji. 
Człowieka najpierw tworzy rzeczywistość, dopiero później to on ma wpływ na świat w którym żyje, wygląd swojego własnego życia. 
Zarówno postrzeganie siebie tylko jako części kolektywu, jak i myślenie o sobie jako o całkowicie odrębnej jednostce, jest błędem. 
Zbyt niskie mniemanie o sobie i słabo rozwinięte ego, czyni jednostkę bezwolną wobec środowiska w którym żyje. 
Z drugiej strony zbyt wielkie poczucie własnego ja, czyni z człowieka najeźdźcę, agresora - kogoś kto wykorzystuje środowisko na swoją korzyć nie licząc się z innymi. 

 

Wiara - zawsze bierze coś z osoby wierzącej, by budować wizję świata. Energią tą można budować wokół siebie mur, lub wiodące wyżej schody... poza ograniczenia skalkulowanych wierzeń, toksycznych trzymających przy ziemi wzorców oraz ciążących wyobrażeń. 
O ile radośniejsze staje się życie, wypełnione wolnością? Gdy nikt nie patrzy, nie osądza, nie kalkuluje... gdy nie trzeba przystosowywać swoich działań do wzorca którego się nienawidzi. 
Gdy potrafi zrozumieć się konsekwencje własnych błędów, gdy jest się odpowiedzialnym za słowa jakie się wypowiada, gdy działania prowadzą nas dokądś - gdy w końcu zaczyna się widzieć własną drogę, drogę którą pragnie się podążać. Gdy nic nie trzeba wyjaśniać, gdy się ją czuje.
Zrozumienie bez słów, które zwykle jeszcze bardziej komplikują sprawę. 
Pocięliśmy świat na fragmenty, podzieliliśmy własne wnętrza w nadziei że to coś poprawi, przy okazji zapominając o swoim prawdziwym "Ja". 
Czy duchowość nie jest jedną z reakcji na wrogi, wciągający nas świat - zwróceniem się do własnego wnętrza? 
Czy ateizm, nie jest odrzuceniem niesprawdzalnych nadziei i złudzeń, by zwiększyć efektywność tego co dostrzegalne? 

 

 

Wraz z nabieraniem większej perspektywy, zauważam rosnącą ilość rzeczy, których prawdopodobnie nigdy się nie podejmę. 
Przykładowo jaki sens ma "zmienianie świata" z tak ograniczonym czasem życia? Oczywiście, można próbować na różne sposoby, nie robić tego dosłownie, jednak jak pisałem wcześniej, każda wielka idea którą próbuje się zrealizować w tym świecie, przynosi ze sobą cień. 
Do pewnych działań, wymagana jest określona osobowość, do pewnego życia - określona tożsamość. 
Czy ważne jest w co wierzy narzędzie, dopóki wykonuje swoją pracę? Czy ważny jest światopogląd ograniczonego obywatela, dopóki jest uległy wobec prawa państwa w którym żyje, płaci podatki, i wychowuje swoje dzieci w jedynej słusznej wierze - ludzkim przeznaczeniu, takim jakim je postrzega?

 

Kreacja wymaga umysłowej niezależności, inaczej jest zwykłym odtwórstwem. Tak samo można bezmyślnie kopiować wzorce, jak i ustawiać je by działały podług zamierzonej intencji. 
Dużo zła czynione jest poprzez bezmyślność, z drugiej strony zbyt wielkie pragnienie kontroli powoduje bunt. 
Mam na myśli to że na pewnym etapie życia, człowiek powinien wstać z kolan, odzyskać swoją dumę i stać się świadomym twórcą własnego życia. 
Wychodzę z wniosku, że w pewnym sensie i tak jesteśmy "potępieni" żyjąc na tym świecie - z drugiej strony, można wziąć to za błogosławieństwo. 
Stosunek do życia powoduje łańcuch reakcji, prowadzący do zbieżnych z nim rezultatów.
Tym samym, dociekanie czy Jezus czy Budda oraz inne bóstwa, istniały oraz czy te systemy wierzeń głosiły prawdę - uważam za bezcelowe. 
Każdy punkt widzenia, zaczyna wytwarzać swoją własną "grawitację" przyciągającą rzeczy podobne. 
Dalej, dlatego też osobiście ciężko mi przywiązywać się do osób, miejsc, czy charakterów - skoro istotą życia jest ruch, a forma jego przejawów jest chwilowa, ciężko wierzyć w cokolwiek na stałe. 
Na określony czas, do wykorzystania potencjału danej rzeczy - owszem. Jednak później po zużyciu energii, forma rozpada się, zmienia, jej cząstki zostają zaabsorbowane przez inne. 
Idąc tym tokiem rozumowania, "Bóg" musiałby pozostawać poza stworzonym przez siebie systemem. Tak jak i władcę absolutnego nie dotyczą ustanowione przez niego prawa, ponieważ on sam stanowi prawo - jednocześnie będąc bazą, nierozłączną częścią stworzonego systemu. 

 

 

Mając dostęp, połączenie z tą energią - można bawić się w człowieka, nie będąc przymuszonym do martwienia się z powodu niedostatków. 
Pełny, jest szczęśliwy i daje z siebie wiele, ponieważ czuje że nic na tym nie traci. 
Powszechne też jest zbytnie utożsamienie się z tą energią - prawdopodobnie stąd tak wielu Jezusów i Napoleonów pragnących zbawiać świat.
Zbytnie poświęcanie się dla czegoś kosztem własnym, prowadzi do nadmiernego wyczerpania, osłabieniem energii życiowej. Tak naprawdę najszczęśliwsi są ci którzy mają siłę być sobą. 
Dosłownie. 

 

Myślę że ludzie tak bardzo pragną być kochani, ponieważ mogą na nowo odkryć siebie w innych oczach. 
Jednak bywa że po po pewnym czasie spędzonym razem, jedyne co zostaje, to iluzja dzielona przez dwóch obcych sobie ludzi. 
I twarda rzeczywistość, całkowicie wyprana z uczuć. 
Nieraz kontrast jest tak wielki że ludzie wpadają w depresję, pogrążają się w mroku gdzie nikomu nie muszą nic wyjaśniać, który usprawiedliwia ich rozpacz i smutek przed nieczułym światem. 
Jednak żadna noc nie trwa wiecznie a świt, jeśli tylko się go zaakceptuje - przynosi lepsze zrozumienie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

obrazki z netu, txt: Henear
................................................................................
Video thumb