Koniec American Dream

Drukowane pieniądze wydaje się za granicą. Deficyt handlowy w styczniu bieżącego roku wyniósł on niemal 45 mld dolarów i był wyższy o ponad 16 proc., niż w roku poprzednim

 

702ce90df0de50c708c0ff02f3707fb4.jpg

Stany Zjednoczone, największa gospodarka świata, dostają ostatnimi czasy coraz mocniejszej zadyszki. Druk pieniądza przez Rezerwę Federalną przypomina sypanie piasku w tryby maszyny, niska inflacja to jedynie pozory, a wieszczone ożywienie gospodarcze jest raczej krótkotrwałą poprawą nastrojów.

 Amerykańska reforma opieki zdrowotnej, określana przez administrację Obamy mianem Medicare, a przez złośliwych Obamacare, przez wiele środowisk uważana jest za kulę u nogi, z jaką od 1 stycznia 2014 r. będzie musiała borykać się amerykańska gospodarka. Senator Marco Rubio z Partii Republikańskiej uważa, że nowa ustawa będzie niekonstytucyjna w części, w której stanowi o karach pieniężnych, które będą wiązać się z niewykupieniem przez Amerykanów ubezpieczenia zdrowotnego. Zdaniem senatora, rząd nie może nakazywać obywatelom nabywania określonych dóbr i usług i dlatego obowiązek ubezpieczania się jest niekonstytucyjny. Louis Woodhill, przedsiębiorca i współpracownik magazynu „Forbes” stwierdził niedawno, że niezależnie od tego, jaką funkcję będzie spełniać nowa ustawa o ochronie zdrowia, podniesie ona koszty i ryzyko zatrudniania ludzi (w niektórych przypadkach koszt ubezpieczenia wzrośnie nawet o 146 proc.). Jednocześnie znacząca rozbudowa systemu zasiłków zmniejszy chęć ludzi do pracy za najniższe stawki. Rośnie też liczba firm, które ostrzegają przed negatywnymi skutkami Medicare. Niektóre firmy już zapowiedziały, że część kadry będzie musiała zostać przeniesiona na niepełne etaty lub stanowiska czasowe. W ten sposób bowiem kierownictwo będzie chciało ominąć karę za brak pełnego ubezpieczenia dla pracownika, która będzie wynosiła 3 tys. dolarów za osobę. Wydaje się, że administracja prezydenta Obamy zorientowała się, jak negatywne skutki dla gospodarki może mieć nowa ustawa zdrowotna. W ubiegłym tygodniu przesunęła bowiem o rok początek obowiązywania kar finansowych nakładanych na pracodawcę, który nie ubezpieczy pracownika.

 

Jeśli chodzi o rynek pracy, w czerwcu tego roku bez pracy było 7,6 proc. Amerykanów, czyli o jedną dziesiątą procenta więcej, niż w miesiącu poprzedzającym. Dla ekspertów było to zaskoczeniem. Kulminacyjny moment stopa bezrobocia osiągnęła w październiku 2009 r., gdy liczba bezrobotnych sięgnęła ponad 10 proc. społeczeństwa. Mimo zauważalnej poprawy od tamtego czasu, nie należy zapominać, że USA mają należącą do najwyższych na świecie liczbę bezrobotnych w wieku 20-26 lat. Niemal połowa ogólnej liczby bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze 34 lat. Nastroje wśród młodych osób nie są optymistyczne. Wyniki przeprowadzonej przez firmę Accenture badań wskazują, że prawie połowa absolwentów szkół średnich  jest rozczarowana rzeczywistością rynku pracy, zatrudniona poniżej swoich kwalifikacji lub w ogóle ich nie wykorzystuje.

 

Na pierwszy rzut oka amerykańska gospodarka zaczyna odżywać.  Ceny nieruchomości rosły w trakcie ostatniego roku szybciej, niż przez poprzednie 7 lat. Indeksy giełdowe utrzymują się na bardzo wysokich poziomach, spadają ceny benzyny – w ostatnim tygodniu maja galon potaniał o 16 centów. Wzrósł też amerykański PKB, o 2,5 proc. w pierwszym kwartale bieżącego roku, czyli nieco więcej, niż na przestrzeni kilku ostatnich lat.

 

Czy są to dane, które powinny uspokajać, czy może wręcz przeciwnie? Miniona dekada, nie tylko w USA, upłynęła pod znakiem druku pieniądza na wielką skalę. W latach 2003-2007 rosły ceny akcji, nieruchomości, surowców – niemal wszystkiego. Myliłby się jednak ten, kto uznałby owe wzrosty za oznaki rozwoju gospodarczego. Rosnące ceny doprowadziły w końcu do pękania kolejnych baniek, a były efektem dużo większej ilości środka płatniczego w obiegu. Dodatkowy pieniądz musiał znaleźć ujście we wzrostach cen. Wobec tego, czy rosnące ceny akcji i nieruchomości w USA obecnie nie powinny zapalić czerwonej lampki, szczególnie w kontekście nieprawdopodobnych ilości pieniądza, pompowanego przez Bank Rezerwy Federalnej?

 

FED co miesiąc skupuje aktywa o wartości 85 mld dolarów. Inflacja powinna zatem ostro skoczyć w górę, a nawet zmienić się w hiperinflację. Tak się jednak, przynajmniej teoretycznie, nie dzieje. Według rządowych statystyk, stopa inflacji wynosi zaledwie 1,5 proc. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Amerykańska organizacja badająca koszt wychowania dziecka w USA opublikowała ostatnio raport z ankiety przeprowadzonej wśród ponad 2 milionów osób robiących codziennie zakupy. Badanie obejmowało okres od pierwszego kwartału 2011 r. do pierwszego kwartału 2013 r. Wyniki mówią same za siebie: koszt dziennej opieki nad dzieckiem lub wynajęcia opiekunki wzrósł o 65 proc., produktów dla dzieci – o 23 proc., edukacji – o 39 proc., artykułów żywnościowych – o 6 proc., ubezpieczenia zdrowotnego – o 111 proc. Poza tym, czynnikiem zmniejszającym amerykańską inflację jest deficyt w stosunkach handlowych z resztą świata.  W styczniu bieżącego roku wyniósł on niemal 45 mld dolarów i był wyższy o ponad 16 proc., niż w roku poprzednim. Oznacza to, że Stany Zjednoczone importują dobra i usługi warte 45 mld dolarów więcej, niż eksportują. Wydawanie dolarów za granicą zmniejsza zaś tempo wzrostu cen w kraju.

 

Politycy i media wychwalają trwające ostatnio między USA, a UE negocjacje w sprawie stworzenia strefy wolnego handlu. Mówi się o milionach nowych miejsca pracy. Polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski dzielnie „naprężył muskuły”, sytuując nasz kraj niemal w roli światowego mocarstwa, gdy stwierdził, że polskie MSZ będzie „zagrzewać Komisję Europejską oraz Stany Zjednoczone do osiągnięcia porozumienia”.

 

Ciężko wyobrazić sobie całkowicie wolny handel w wykonaniu tak zbiurokratyzowanej instytucji, jaką jest Unia Europejska, w której funkcjonuje niezliczona ilość zakazów, reglamentacji, kwot i limitów. Czy rzeczywiście będzie ona w stanie otworzyć się na wolny handel i zrezygnować ze swego protekcjonizmu? Podobne pytanie rodzi się w kontekście Stanów Zjednoczonych. Jeszcze kilka lat temu łączna ilość rządowych dopłat dla rolników przewyższała tam kwoty przeznaczane na unijną „wspólną politykę rolną”. USA zakazuje importu szeregu płodów rolnych z wielu krajów rozwijających się, tylko po to, by bronić rodzimych producentów, a konsumentom fundować wyższe ceny i sytuacji tej w wielu przypadkach nie zmienia nawet porozumienie o wolnym handlu NAFTA. Do annałów amerykańskiego interwencjonizmu przeszły przypadki niszczenia miliardów pomarańczy, czy nakładanie kar pieniężnych na farmera, który postanowił rozdać dwa miliony ton pomarańczy biedocie. Setki miliardów wydawane zarówno w Europie, jak i USA na subsydiowanie rolników mają wyniszczający wpływ na zdolność krajów Trzeciego Świata do rozwinięcia solidnych podstaw rolnictwa i poprawy warunków bytowania swoich obywateli.

 

Rodzi się wobec tego pytanie, czy trwające po obu stronach Atlantyku negocjacje nie skończą się na pustej retoryce, ewentualnie korzyściach dla wybranych grup interesu. Tymczasem, po przykład nie trzeba sięgać daleko. Niestowarzyszona z Unią Europejską Szwajcaria podpisała w pierwszych dniach lipca porozumienie o wolnym handlu z Chinami. Na jej podstawie likwidacji mają ulec wszelkie ograniczenia w wymianie handlowej między obydwoma państwami. Umowa czeka jeszcze na ratyfikację przez szwajcarski parlament. Jest to pierwsza umowa o wolnym handlu, podpisana przez Chiny z państwem Europy zachodniej. Czy nie jest zastanawiające, że kraj ten nie należy do Unii Europejskiej?

 

Tomasz Tokarski

 

 

Źródło: Tomasz Tokarski