Kibicowanie kibica.

Ludzie zawsze są przykrojeni na miarę swoich czasów.

 

Kibicowanie  kibica.

Właściwie to jestem nie zainteresowany, czyli według wszelakich reguł, nie jestem kibicem. Ale ja się interesuję, czyli wychodziłoby, że jestem. Bardzo trudna sprawa. Oczywiście, rzecz dotyczy piłki kopanej, w której to dziedzinie kibic nie zainteresowany nie ma prawa życia.

A czy ma prawo się interesować? Nie, ma taki obowiązek! Inaczej nie ma prawa być Polakiem. Polak i kibic piłki kopanej to jedno i to samo.

Rozumiem to i właśnie dlatego tak mi trudno.

Kiedyś to i ja byłem kibicem zwyczajnym, ale to były inne czasy. W taką, jaka teraz jest, drużynę niemiecką czy austriacką, nawet holenderską, Grzegorz Lato albo Szarmach, o Gorgoniu już nie wspominając, weszliby jak rozpalony nóż w masło. Takim drużynom to oni mogli strzelać goli tyle, ile by zechcieli. Dziesięć to dziesięć, dwadzieścia też by dali radę.

Ale ludzie zawsze są przykrojeni na miarę swoich czasów.

Przestałem być kibicem zainteresowanym wtedy, kiedy odszedł Trener. Kogo mam na myśli, to jest moja sprawa. Na jego miejsce wzięli takiego jednego, co przypominał konia, raczej taką szkapę znaną z literatury. Nie są to słowa bez pokrycia, o ile wiem, pokrycia bywały tam często, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że do świetnej karety zaprzężono szkapę. Stało się to, co się stało. Szkapa karetę rozwaliła i zdechła.

Od tego czasu kopana piłka faktycznie stała się okrągła, ale czasami zdaje mi się, że na boisku jest wyłącznie jedna bramka. Nasza. I do tej bramki często wszystkie piłki wpadają, ile by ich na boisku nie było. Aż dwudziestu kilku piłkarzy i dwóch trenerów stara się o to.

Nie ma żadnego znaczenia, z kim właściwie gramy. Może to być drużyna gdzieś na przykład z Tuwy albo Kochinchiny, może to być drużyna, co wszystkie medale zgarnęła – szansa, że przegramy, jest zawsze taka sama. Że wygramy – odrobinę nie mniejsza. I chociaż szkapę zastąpił już jakiś trener, znający się na pompkach i przebieżkach, trzeba powiedzieć bez wstydu, że ten trener za każdym razem należy do najbardziej zdumionych. Niezależnie od wyniku. Jego zdumienie stanowi największą, kosmiczną zagadkę współczesnej piłkologii.

Nie, żebym był wybitnym znawcą tej patriotycznej dziedziny. O trenowaniu wiem trochę jako instruktor sportowy czegoś, co ma z piłką niewiele wspólnego, jednakże trenowanie to zawsze trenowanie. Zielone pojęcie mam.

Na czym więc polega trenowanie kadry naszych wybitnych piłkarzy?

Sądzę, że nie na pompkach, przebieżkach, nie na ćwiczeniach refleksu przy łapaniu piłki. Od tego są trenerzy w klubach, którzy ćwiczą piłkarzy na co dzień. Trener kadry nie jest od tego, by wyrabiać sprawność fizyczną, jest zaledwie od tego, żeby ją oceniać i utrzymywać. W odniesieniu do wyrabiania sprawności zmiana trenera nie jest na ogół czymś korzystnym.

Zadanie trenera kadry jest znacznie bardziej poważne, znacznie bardziej istotne dla osiągnięcia celu, czyli zwycięstwa w prestiżowym meczu. Zakładając, że sprawność fizyczna stanowi wcześniej uzyskaną oczywistość, co może być jeszcze potrzebne?

Ano to, czego tak cholernie brak naszym asom. Są to dwie rzeczy: wzajemna współpraca, czyli „zgranie się” w składzie kadry, odmiennym od składu klubowego – oraz taktyczne rozpracowanie przeciwnika, inaczej mówiąc, znajomość jego mocnych i słabych stron. Z tych dwóch rzeczy powstaje trzecia: plan gry.  

Wszystkie te trzy rzeczy należą do elementów klasycznej taktyki, stanowiącej podstawowe zadanie trenera kadry. Czy z tego zadania trener się wywiązuje? Nie mam tu nawet zielonego pojęcia, ale sądząc z wyników – wywiązuje się raczej kiepsko. Dowodem na to niech będzie fakt, że bardzo często o wyniku decyduje indywidualna akcja zawodnika, rzadko zaś atak zespołowy, który najczęściej zawodzi.

Czy jest na to rada? Jest, pewnie. Lektura Moltkego albo Schlieffena, ostatecznie Szaposznikowa. Każdy sierżant wie, o co chodzi.