In vitro - palący problem

 

07177e364c4a61aac3314080359c6f96.jpgZabieg  in vitro kosztuje ok. 5 – 6 tysięcy złotych.  Można do tej ceny doliczyć również koszty wizyt, badań i całe resztę mniej lub bardziej ukrytych wydatków prowadzący do posiadania upragnionego dziecka. Czym jest  zapłodnienie in vitro, każdy w Polsce wie, bo stało się ono problemem na tyle palącym, że porusza się temat upragnionych dzieci w każdej debacie kampanii wyborczej.  Sprawę zna każdy i od strony moralnej i od strony praktycznej. Sam zabieg szczęścia nie daje, ale podobnie jak pieniądze na niego potrzebne, bardzo szczęściu pomaga.

Ja, na in vitro, staram się patrzeć od strony wielkości problemu. Wielkość ta podobno dotyczy 20% polskich rodzin, które pragną mieć dzieci, ale natura nie przysposobiła rodziców w odpowiednie przymioty organizmu. Czy wielkość tego problemu należy liczyć w ilości nim dotkniętych czy w jakości tego problemu? To jest pytanie godne polemiki.

Czasami natura prokreacji  mówi nie.  Powody takiej decyzji natury oczywiście w wielu przypadkach znane nie są, bo wiadomo, że natura z reguły na prokreację patrzy łaskawym okiem.  Natura wręcz prokreacji się domaga, a temat seksu to ulubiony temat nie tylko młodzieży, ale całego społeczeństwa. Człowiek, podobnie jak zwierzę, do prokreacji czuje naturalny pociąg i ciągłość genów pragnie zachować za każdą cenę. Taka jest jego konstrukcja i jest to jak najbardziej zrozumiałe. Gdy jednak natura poskąpi odpowiednich przymiotów by cel ten osiągnąć, człowiek -  w równie naturalny dla siebie sposób - chce tę naturę przechytrzyć. Skoro  prokreacja i chęć ulepszenia natury jest dla człowieka czymś normalnym, to również in vitro, samo w sobie, dla wielu niczym zdrożnym nie jest. Jeśli ktoś ma wątpliwości natury moralnej, to nikt nikogo do rodzenia nie zmusi (przynajmniej na razie). Dusza zadomowiona (bądź nie) w zarodku to temat niezbadany, zwłaszcza że naukowcy jeszcze nie odkryli gdzie się ów ważny narząd znajduje i w którym momencie u człowieka się pojawia. Oczywiście, jeżeli pojawia się w ogóle, bo spore grono  debatujących na ten temat uważa, że dusza wcale nie istnieje. Sprawa duszy podobnie jak wszelkie sprawy niewidocznie i nieweryfikowalne jest niewyjaśniona, więc każdy musi sobie takie kwestie rozwiązywać za pomocą własnych doświadczeń i dedukcji.

Mam przyjemność znać bardzo miłego człowieka chorego na dystrofię mięśniową. Człowiek  ten skończył 24 lata, co powoduje, że zostało mu tylko 10 do przeżycia. Leku na jego chorobę nie ma, jedynym sposobem przedłużenia życia jest rehabilitacja. Rehabilitacja niestety jest dla niego zbyt kosztowna, stosuje  ją w ograniczonym zakresie, w zależności od posiadanych środków finansowych. Narzeka on czasami, że nie urodził się w Niemczech, gdzie pomoc  w walce z chorobą jest darmowa. Okazuje się, że dla dzieci chorych na dystrofię nie znalazły się pieniądze na rehabilitację. Pieniądze zaś, rząd chętnie znajdzie na leczenie bezpłodności, gdyż problem jest o wiele bardziej palący. Dodam, że człowiek ten, mimo wielkiej chęci posiadania rodziny, zakładać jej nie chce. Hormony i u niego pracują normalnie, chęć do prokreacji jest. Na rodzinę zdecydować się nie potrafi, bo nie uważa za stosowne zostawiać żony z małym dzieckiem bez zabezpieczenia finansowego (becikowe wszystkich kosztów nie pokrywa), a  być może i z długami, gdyż większość jego pensji pozostaje w rękach prywatnych lekarzy i rehabilitantów. Przypadków ludzi borykających się z chorobą,  problemami finansowymi, oraz takich (płodnych), którzy o założeniu rodziny nawet nie śmią zamarzyć, jest w naszym kraju wiele. Wielu z tych osób można by spróbować ulżyć w cierpieniu. Wielu z nich, gdyby zapewnić im odpowiednią pomoc, mogłoby stać się użytecznymi obywatelami dla społeczeństwa, mogącymi żyć normalnie, pracować i powiększać dochód narodowy oraz decydować się na założenie rodziny.

Problem in vitro budzi we mnie zażenowanie. Jestem przekonana, że jeśli ktoś nie posiada kilku tysięcy na zabieg, nie powinien się na niego decydować.  Bezpłodność  jest chorobą, można ją leczyć, można zapładniać się in vitro. Natomiast,  dopóki chociażby jedno dziecko w Polsce zostanie bez darmowej protezy ręki, nogi  czy nawet ucha, dopóki nie będzie pieniędzy na leczenie obywateli już istniejących, by mogli żyć normalnie, problem in vitro uważam za problemik niegodny polemik. Skoro żyjemy w humanitarnym społeczeństwie, bądźmy humanitarni. Jeśli drogie panie i panowie chcecie być rodzicami, uczcie się już teraz współodczuwania, zapłaćcie za in vitro, by inne dziecko dostało darmową protezę. Upierajcie się,  by leczono należycie chore dzieci już istniejące, albo jeszcze lepiej - stwórzcie im dom.

Jeśli nie macie pieniędzy na zabieg, skąd weźmiecie pieniądze na szkoły, podręczniki, pieluchy i zabawki?

Skoro kochacie dzieci, może należałoby temu dziecku, którego nikt nie, chce dać opiekę?  Czy aż tak ważne jest, by dziecko było wasze, czy tak trudno wznieść się ponad zwierzęce instynkty rozsiewania własnych genów?

Skoro chcecie kochać, to czy nie można kochać tych,  którzy już istnieją i nikt ich pokochać nie chce?

Dlaczego dystrofia mięśniowa jest mniej ważną chorobą od bezpłodności?

I przede wszystkim, dlaczego obywatele widzą nieszczęśliwe niedoszłe matki, a nie dostrzegają nieszczęśliwych dzieci bez opieki, chorych i zaniedbanych, które można by adoptować za darmo?

Jeśli ktoś bezwzględnie potrzebuje urodzić własne dziecko, nie widzę w tym nic złego, ale niech nie zrzuca tego na karb podatnika. Podatnik, skoro i tak musi płacić, niech płaci na najbardziej potrzebujących,  a ci którzy mają swoje marzenia niech je spełniają wydając własne pieniądze. Gdy już rząd stworzy nam drugą Irlandię i wszyscy będziemy szczęśliwi, być może zostanę zwolennikiem bezpłatnego in vitro. Niestety, na razie widzę bardziej palące problemy i bardziej potrzebujących.