Bartłomiej Misiewicz znów daje o sobie znać, robiąc to w całkiem niewybredny sposób.

 

Jak dotąd poważny rzecznik MON-u wysoko oznaczony najwyższym polskim orderem dokładnie pokazał na co go stać.


W popularnym już "Uchu prezesa" przedstawiany jako niezbyt rozgarnięty misiek o małym rozumku. Okazuje się, że nie na tyle małym, by móc zabawiać się w nocnym klubie w Białymstoku. Prawdopodobnie towarzyszyła mu asysta ochroniarza a nawet służbowa limuzyna. 
A zaczęło się od wizyty w Wojewódzkim Sztabie Wojskowym właśnie w stolicy województwa Podlaskiego na otwarciu punktu informacyjnego służby w Wojskowej Obronie Terytorialnej.


Podczas niecodziennej wizyty w nocnym klubie gorliwy pupilek Macierewicza ochoczo uczestniczył w rozmowach, szerokim strumieniem rozlewał się alkohol. A nawet proponował pracę w zaprzyjaźnionym resorcie. Pozytywnie opowiadał o swoim swoim hardym szefie, jak również wspominał o katastrofie smoleńskiej. 


Dlaczego o tym w ogóle wspominam? Już huczy o tym cały internet! Ja również dorzucę swoje wścibskie trzy grosze. Młody, porywczy Misiewicz chciał zabłysnąć i zdetronizować na razie jeden nocny klub w celu poszerzeniu elektoratu. Czy takim oto sposobem jest ocieplenie wizerunku samego pana Antoniego.
Co na to wszystko nieobliczalny Macierewicz? Pewnie po raz któryś z kolei wybaczy swojemu ulubionemu podwładnemu. Bo na to właśnie wygląda! Pisowskim poplecznikom wypada dużo więcej.

Macierewicz i Kaczyński na razie nie komentują całej sprawy, tak jakby bezpardonowo zamiatali ją pod dywan publicznej niepamięci.