Granica, gdzie ją postawić?

Każdy z nas ma na głowie wiele obowiązków: zawodowych, rodzinnych, towarzyskich. Są rzeczy, których się od nas oczekuje. są rzeczy, które sami deklarujemy się robić.  I wszystko jest cacy…dopóki są granice.

Granice odkryłam  dosyć późno. Za późno, bo jak się okazuje, sama powinnam była je wyznaczyć. Okazuje się bowiem, że to co wydawać się może oczywiste, nie zawsze takie jest. Jak w pewnym powiedzeniu, jak pomożesz za pierwszym razem, podziękują, za drugim razem, będą czekać, za trzecim zapytają „co tak późno?” Zorientowałam się, że bycie „niezastąpioną” ma swoją cenę. Która bywa zbyt wysoka.

Chęć sprostania wymaganiom wypływa z ambicji, empatii, czy po prostu z własnego poczucia „ja mogę”. I z gruntu jest dobra, jednakże… zawsze powinna działać w dwie strony. Nadmienić także trzeba, że zawsze możesz odmówić, bo takie jest twoje prawo. Tylko, że jeśli przyzwyczaisz wszystkich do tego, że nie mówisz „nie”, możesz skończyć przytłoczony sprawami innych, a na swoje już nie będziesz miał siły, ani chęci. Zresztą i tak braknie ci czasu. Dlatego opracowałam sobie pewien zestaw pytań, które pomagają mi weryfikować czy mogę zając się daną sprawą:

  1. Kim jest osoba, która mnie o coś prosi?- oczywiście są osoby czołowe na liście, jak mój partner czy najbliższa rodzina. Jesteśmy stadem więc siłą rzeczy, polegamy na sobie. Przyjaciele też są wysoko na liście, ale… tutaj bywa różnie.
  2. Ile czasu zajmie mi dana sprawa, problem?- jeśli jest to coś na czym się znam i nie zabierze mi pół dnia to żaden problem, ale … jeśli wymaga przeorganizowania całego mojego wolnego popołudnia to… mierzę siły na zamiary.
  3. Czy dana osoba naprawdę nie da rady beze mnie?- bywało, że proszono mnie o rzeczy, których innym się po prostu nie chciało robić, ja brałam na siebie problem, a delikwent pryskał zadowolony.

Bardzo dużo zajmowałam się sprawami innych. Przez wzgląd na to, że jakoś zawsze dawałam radę, przychodzili. Tylko, że w pewnym momencie pojawiły się wyrzuty sumienia, że w czasie wolnym piszę, czytam czy robię cokolwiek dla siebie, a nie załatwiam spraw: zawodowych, koleżeńskich czy innych powierzonych mi misji.

I wtedy zapaliła mi się czerwona lampka. Że tak dalej być nie może.

 Przyszła zmiana.

I co się okazało? Jest mniej ludzi, ale więcej relacji z tymi, którzy rozumieją. I więcej czasu dla mnie.

Biorę głęboki wdech… bo mogę.