Andrzej Bargiel: Wszystko poszło do przodu, a my mentalnie zdobywamy te góry jak w PRL-u
33-43 minutes
- Gdy byłem bardzo młodym człowiekiem, wydawało mi się, że himalaizm to coś strasznego. Taki obraz wyrobiłem sobie na podstawie filmów. Jest ci zimno, cały czas masz zadyszkę, robisz trzy kroki i zatrzymujesz się, żeby złapać oddech. Walczysz o życie, żeby przetrwać i nie zostać w górach. Do tego środowisko himalaistów jest małe, elitarne, trudno się do niego dostać. Ale już na dwóch pierwszych wyprawach na ośmiotysięczniki: Mansalu i Lhotse, zobaczyłem coś zupełnie innego. Spodziewałem się megaciężkiego pobytu w bazie przez dwa miesiące. Że trzeba będzie gotować, wspinać się w ekstremalnych warunkach, zakładać kolejne obozy. Okazało się, że bazę budują agencje turystyczne, jest tam stołówka i kuchnia, gotuje kucharz, każdy ma swój namiot i jaki taki komfort. Nikomu krzywda się nie dzieje i nawet można odpocząć. Książki poczytać, telefonów i maili nie odbierać. Całkiem spoko życie. Na pierwszej wyprawie nie wszedłem na szczyt, zostałem zawrócony z 7600 m - kierownik kazał schodzić, bo ekipa nie miała już sił. A jeśli chodzi o mnie, nie chciał, bym samotnie zdobywał szczyt, bo uznał, że byłem za młody i niedoświadczony. Zupełnie tego nie żałowałem. Nie czułem, że doznałem porażki.
Nie zależało ci na szczycie?
- Zależało, ale to była dla mnie przede wszystkim przygoda. Cieszyłem się, że mogę jeździć na nartach w tak pięknym miejscu. Nie traktowałem tego jak olimpiady. Z kolei podczas drugiej wyprawy, na Lhotse, było ciśnienie, żeby wejść za wszelką cenę. Za pomocą jakichkolwiek narzędzi, w tym wykorzystując ludzi. Dla mnie to nie był sport. Jeżeli korzystasz z Szerpów, którzy noszą ci plecaki, to nie jest wspinaczka. Dlatego przestałem jeździć na te wyprawy.
Jeśli nie wspinaczka, to co - turystyka?
- Na Lhotse był młody, dwudziestokilkuletni Szerpa. Do 6,5 tys. m latał w dżinsach, ray-banach i kręcił sobie filmiki z iPhone'a. Idziemy, a on nagrywa: "Jesteśmy w obozie pierwszym, słoneczko świeci, a ze mną są turyści z Polski...". A tu Hajzer, himalaiści, duma narodowa...
.i polska martyrologia?
- To było zupełnie inne spojrzenie.
Czemu obraz polskiego himalaizmu cały czas opiera się na eksponowaniu cierpienia i zmagania z nadludzkimi przeciwnościami?
- Za komuny mieliśmy najlepszych himalaistów na świecie, oni wtedy rzeczywiście eksplorowali góry, przełamywali kolejne bariery, robiąc bardzo trudne przejścia, a przy tym używali megaprymitywnego sprzętu. To było naprawdę niesamowite. Ale nie doszło u nas do zmiany pokoleniowej. Ci sami ludzie, którzy zdobywali Himalaje w PRL-u, w dużej mierze zdobywają je nadal, wśród nich jest m.in. Ryszard Pawłowski, który organizuje wyprawy komercyjne, czy Darek Załuski, który wspiera wyprawy narodowe. Dziś to 60- i 50-latkowie. Brakuje nam dobrze wytrenowanych młodych ludzi, którzy będą mieli inne spojrzenie na wyprawy, inny pomysł na ich przygotowanie, technologię i sprzęt, inną świadomość własnego organizmu. Wszystko poszło do przodu, a my mentalnie zdobywamy te góry jak w PRL-u.
Co konkretnie poszło do przodu i w jakim kierunku?
- Na świecie zdobywa się trudne ściany, niekoniecznie ośmiotysięczne. To jest bardzo duża wartość sportowa. Za wejścia zimowe nie przyznaje się złotego czekana. W tym momencie wejście na ośmiotysięcznik nie jest już wyczynem sportowym. Wynajmujesz agencję trekkingową i wchodzisz. Ten mit cierpiętniczy często bierze się z tego, że większość himalaistów to nie są sportowcy. Dla przeciętnego człowieka przeżycia podczas takiej wspinaczki są bardzo intensywne, po prostu bardzo się tam męczy. Przy obniżonej zawartości tlenu w powietrzu, odwodnieniu i ekstremalnym zmęczeniu może czuć, że jest na granicy wytrzymałości. Że doprowadził organizm do sytuacji ekstremalnej.
A jak na 8 tys. m zachowuje się sportowiec?
- Najważniejsze jest to, że bardzo dobrze zna ograniczenia swojego organizmu.
Wniosek nasuwa się sam: w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy na wyprawy powinni jechać tylko ludzie odpowiednio przygotowani i wytrenowani?
- Ciężko komukolwiek zabronić wspinania się. Ale na pewno większość polskich himalaistów nie trenuje profesjonalnie i nie są to sportowcy wyczynowi. Powód jest prosty: nie mamy żadnych struktur i finansowania. Jeżeli trenujesz od dzieciństwa i robisz to systematycznie, organizm zupełnie inaczej funkcjonuje, masz dużo większą wydolność. Tam, gdzie amator stanie i powie: dalej nie idę, ty nawet nie zakaszlesz. Szybkie tempo poruszania się i dobra kondycja wpływają też na bezpieczeństwo i świadomość tego, co robisz. Na szybkie podejmowanie decyzji i minimalizowanie ryzyka. Jeśli jesteś szybki, możesz uciec przed załamaniem pogody, nie spędzasz dużo czasu w warunkach, które są zabójcze. Nie bez powodu w przypadku ośmiotysięczników mówi się o strefie śmierci. Jeśli jesteś szybki, nie doprowadzasz organizmu do granic wytrzymałości i przez to możesz czerpać więcej przyjemności ze wspinaczki. Dla mnie to jest w porządku, że ludzie chcą się realizować i wyjeżdżają w góry. Ale nie podoba mi się, że robią to nieprzygotowani. Nie mają umiejętności technicznych ani doświadczenia. To generuje wypadki i akcje ratunkowe, w których inni wspinacze muszą brać udział i sami narażać się na niebezpieczeństwo.
Spotkałeś się z taką sytuacją?
- Wiele razy. Latem tego roku, podczas zdobywania Śnieżnej Pantery, na Piku Lenina (7134 m n.p.m.) spotkałem Kanadyjczyka, który szedł z kijem bambusowym. Powiedział, że to jego zabezpieczenie przed wpadnięciem do szczeliny lodowcowej. A jak wpada, dzięki temu kijowi wychodzi.
To nie jest tylko problem wspinaczy amatorów, ale też profesjonalistów. Po tragedii na Broad Peaku Janusz Onyszkiewicz, ówczesny szef Polskiego Związku Alpinizmu, powiedział mi, że wspinacze nie potrzebują rozmów z psychologiem i weryfikacji wytrzymałości. A Krzysztof Wielicki przyznał, że kondycji jego i Macieja Berbeki nie sprawdzano, bo po co.
- Bo oni mieli wtedy największe doświadczenie ze wszystkich himalaistów w Polsce. Brakuje ludzi z nowoczesnym podejściem do himalaizmu. Artur Hajzer próbował to zmienić, tworząc program Polski Himalaizm Zimowy, wyszkolić himalaistów, którzy będą dla nas zdobywać ośmiotysięczniki, wprowadzać badania, treningi, ale nie wyszło. Słabością tego projektu, o czym głośno mówiłem, także Arturowi, było to, że angażował półamatorów, a nie rasowych wspinaczy. Ideałem byłoby wynajdywać młodych ludzi, którzy się świetnie wspinają, nawet w skałkach, i przez kilka lat szkolić ich w Tatrach, Alpach i Kaukazie. Budować ich doświadczenie. To później przekłada się na działanie w górach wysokich. Tam, na klasycznych drogach, nie jest bardzo trudno. Jest po prostu wyżej i mniej tlenu, ale poziom trudności może być ten sam co w Tatrach. Człowiek, który się wspina, trenuje, wychowuje w górskim środowisku, ma wykształcone pewne nawyki, instynkty. Jeśli znajdzie się w niebezpiecznej sytuacji, na chłodno oceni, jakie jest zagrożenie, i mając świadomość tego, co potrafi, podejmie decyzję. W profesjonalnym sporcie nie ma miejsca na partyzantkę, że każdy robi swoje i nie obchodzi go grupa. Wyjeżdżamy razem i wracamy razem. Jestem odpowiedzialny za wszystkich uczestników.
Czułeś na wyprawach PHZ taki profesjonalizm?
- Dobrze je wspominam, było na nich miło. Ale w PHZ nie było długofalowego planu działania. Był od wyprawy do wyprawy. Obserwowałem pewne mechanizmy, które mnie niepokoiły. Np. uczestnikami tych wypraw byli młodzi ludzie, którzy nie mieli poważnych osiągnięć. Takiego człowieka nie powinno się wysyłać na ośmiotysięcznik. Każdy z nich chciał się tam pokazać z dobrej strony, bo miał świadomość, że jeżeli się nie wykaże, to może być to jego ostatni wyjazd. A to po prostu może generować niebezpieczne sytuacje. Ci ludzie nie jeździli ze sobą wcześniej na obozy, nie znali się, nie mieli świadomości tego, co kto potrafi. Spotykali się na godzinkę przed wyprawą i potem na lotnisku. Ciężko stworzyć ekipę doświadczonych himalaistów, potrzeba na to lat. Ale Artur mówił, że nie ma na to czasu, że inni nas wyprzedzą. Chodziło o to, żeby Polacy byli pierwsi.
Alternatywa jest taka, że będziemy wysyłać nieprzygotowanych ludzi, którzy będą ginąć tak jak na Broad Peaku.
- Ja nie wziąłbym odpowiedzialności za nieprzygotowaną ekipę. Bałbym się. Na pewno mamy kilku himalaistów, którzy są bardzo dobrzy: Janusz Gołąb, Adam Bielecki, Artur Małek. Ale to za mało, by zdobyć K2 zimą.
Co sądzisz o ekipie, która pojechała na feralny Broad Peak? Czy to byli nieprzygotowani ludzie?
- Na pewno byli przygotowani najlepiej, jak potrafili. Ale czy wystarczająco? Nie wiem tego na pewno. To nie był wieloletni proces, bo nie było struktury, która by im to umożliwiła.
Jak ty się przygotowywałeś przed zdobyciem Śnieżnej Pantery? Byłeś badany przez lekarzy, psychologów?
- Trenuję wiele lat. Mam wokół ludzi, którzy są specjalistami w różnych dziedzinach sportu. Sam mam też bardzo dużo doświadczenia w trenowaniu własnego organizmu. Przed Panterą miałem badania wydolnościowe, sprawdzali moje osiągi i to, czy jestem zdrowy. Mam trenera, Piotra Sadowskiego, który rozpisuje mi plan treningowy pod konkretną wyprawę. Codziennie się ruszam: biegam po górach, a w sezonie jeżdżę na nartach. Na trzy miesiące przed wyprawą zaczynam trenować według planu. Wtedy ćwiczę 4-5 godzin dziennie. Dla mnie to podstawa, od tego zależy moje bezpieczeństwo i realizacja celu.
I jak było z kondycją w tym roku, podczas zdobywania Śnieżnej Pantery?
- Z 50 dni, które trwała ta wyprawa, osiem byłem w górach. Wszedłem wtedy na pięć siedmiotysięczników, ze wszystkich zjeżdżałem na nartach do granicy śniegu. Z jednego zjechałem na jednej narcie, bo druga mi się wypięła i spadła w przepaść. Po zdobyciu jednego szczytu przylecieliśmy helikopterem do bazy pod drugim. Szef bazy powiedział, że albo wejdę za parę godzin, albo za tydzień, bo idzie załamanie pogody. Nikomu się nie chciało czekać, wszyscy byli zmęczeni i chcieli wracać do domu. Wszedłem w 7,5 godziny, pokonałem 3,5 tys. m w pionie. Niektórzy w bazie nie zdążyli mnie zobaczyć, a ja już byłem po szczycie. Wypracowaliśmy szacun, bo na początku, ze względu na to, że towarzyszyła nam ekipa telewizyjna Canal+ Discovery kręcąca dokument o moich wejściach, patrzyli na nas z pobłażaniem.
W 2010 roku pobiłeś rekord w biegu na Elbrus Race. Jak to wyglądało?
- To był wyjazd w ramach PHZ. Z Polski pojechaliśmy tam pociągiem, na miejscu jedliśmy zupki chińskie, spaliśmy w namiotach, budżet na głowę: 1000 zł na 10 dni. A tam profesjonalnie przygotowane ekipy z innych krajów, m.in. z trenerami. Czekając na bieg, w ramach aklimatyzacji dwa razy wszedłem na szczyt na skiturach. W pięć godzin zrobiłem 3350 m w pionie. Bieg miał być odwołany, bo spadło śniegu po kolana i strasznie wiało. Ostatecznie jednak zawody się odbyły, a ja miałem na tyle dobre tempo, że wbiegłem na szczyt, zanim dotarli na niego sędziowie. Pomogłem im rozstawić namiot, w którym można było się przebrać i napić ciepłej herbaty. Jak z tym skończyliśmy, musiałem zrobić powtórkę i przejść ostatni odcinek jeszcze raz, bo mieli coś z tego nakręcić. O pół godziny pobiłem rekord himalaisty Denisa Urubki z 2006 roku.
Trenujesz, wbiegając na Kasprowy?
- Mieszkam w Zakopanem, w ramach treningów co jakiś czas wbiegam z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Żeby oszczędzać kolana, zjeżdżam kolejką na dół i znowu wbiegam. Kiedyś wbiegam - wszyscy na szlaku mi się przyglądają. Później wbiegam drugi raz i ci sami ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem. Jak mijam ich trzeci raz, to już wydaje im się, że coś z nimi nie tak.
Skąd ta twoja wytrzymałość?
- To nie jest nic nadzwyczajnego, można ją wypracować. Wystarczy wiele lat trenować i wtedy to się odbywa naturalnie. Jak z każdym innym sportem, jeżeli poświęcasz na niego czas i jesteś systematyczny.
Kiedy zacząłeś trenować?
- Za dzieciaka. Mieszkałem z rodzicami na wsi, w Łętowni koło Jordanowa w Małopolsce. Rodzice mieli małe gospodarstwo, w którym nie było maszyn i praktycznie wszystko trzeba było robić ręcznie. Trawę kosić, ziemię orać, sadzić, zbierać. To była ciężka robota, ale też dobre wprowadzenie do sportu, które wpłynęło na moje osiągi. W ramach treningów biegałem wokół wioski, nawet po kilkaset kilometrów tygodniowo. Czasami wybiegałem nocą do Myślenic, 50 km. Miałem taką zajawkę, że jak nie poszedłem ćwiczyć, to źle się czułem. Raz obudziłem się o drugiej w nocy i miałem wyrzuty sumienia, że nie poszedłem na trening. Nie dałem rady zasnąć, więc wstałem pobiegać. To było bardzo prymitywne, bo mimo że dużo trenowałem, nie miałem żadnej diety ani odnowy biologicznej, żeby się zregenerować. Mój organizm bardzo się męczył. Ale czerpałem z tego dużo radości. Tylko tych prac polowych nie lubiłem. Poza tym to było uciążliwe. Wkurzałem się, że codziennie powtarzam te same czynności. Czułem, że to nie jest rozwojowe i nigdy nic z tego nie będzie. Więc często gdzieś się zawijałem, moje rodzeństwo zresztą też. Siostra, uciekając przez okno, złamała rękę czy nogę. Jak masz dziesięcioro rodzeństwa, to różne rzeczy się dzieją. My w ogóle nawzajem się wychowywaliśmy. Nikt nas nie odwoził do przedszkola, mimo że to były 3 kilometry. Jako siedmiolatek brałem za rękę młodszą siostrę i sam ją odprowadzałem. Czasem jeździliśmy stopem. Ludzie szybko kumali, że to my, i często nas zabierali. Albo zimą wracaliśmy zamarzniętą rzeką, która płynęła wzdłuż drogi. Jak byłem młodszy, to na sankach zajeżdżałem do szkoły, a potem to już na nartach.
Rodzice sport popierali?
- Miałem ciężką relację z ojcem, bo on uważał, że sport to jest marnowanie czasu. Chował mi narty, nie pozwalał wychodzić na treningi. W ubiegłym roku przyjechałem z wyprawy, dzwonię do domu, a on mówi: "Wróciłeś już z tych wycieczek? Przyjechałbyś do domu i pomógł, tyle roboty jest". Któregoś razu przyjechałem tydzień po operacji barku - jeździłem na Słowacji, po długim locie na nartach przy lądowaniu złamała się narta i spadłem kilkaset metrów, na rok zabroniono mi wyczynowo uprawiać sportu - a ojciec powiedział, żebym rąbał z nim drzewo.
Tą operowaną ręką?
- Nie, na szczęście lewa była operowana. Na wsi ludzie nie przejmują się takimi rzeczami. Skoro żyjesz, znaczy, że możesz pracować. Ale ten kontrast też jest fajny, lubię go. Bo w domu nie muszę opowiadać o tym, co się działo w górach. Mogę tam pojechać i po prostu odpocząć.
A mama?
- Mama jak to mama, martwi się. Są msze w kościele u mnie w wiosce.
Za?
- Żebym wrócił. Mama je organizuje i jak wracam, mówi, że powinienem pójść do kościoła podziękować. Rodzice są dość konserwatywni i uważają, że do kościoła trzeba chodzić. Kiedyś to był dla nas duży problem. Wracaliśmy ze szkoły 3 km, a potem musieliśmy jeszcze na msze, np. na majówki. Dziennie robiliśmy 12 km. Tylko był problem z butami, bo szybko je zdzieraliśmy.
Skąd miałeś pierwsze narty?
- Od dziadka, który jeździł na nich w dzieciństwie, kilkadziesiąt lat wcześniej, po górkach wokół Łętowni. Leżały na strychu, turbo stary model. Były skorodowane, wypadały z nich śrubki. Żeby zamontować wiązania, musiałeś wywiercić dziurę, nie miałem wiertarki, więc wymyśliłem taki patent, że wbijałem gwoździe, wyciągałem je i w te dziury wkręcałem śrubki. Żeby lepiej siedziały, wciskałem w te dziury zapałki. Miałem 7-8 lat, więc to była straszna kombinatorka. Później za rakietki do ping-ponga i scyzoryk wymieniłem się z sąsiadem na narty. Te z kolei były za długie, miały 190 cm, i musiałem je pół metra przyciąć piłą. Buty też były za duże, 44. numer. To były czasy, kiedy był już dostępny dobry sprzęt, ale nie mogłem sobie na niego pozwolić. Byliśmy wielodzietną rodziną, mam siedem sióstr i trzech braci, w domu było raczej biednie.
Wstydziłeś się tego?
- Nikt o tym nie myślał. Naszymi sąsiadami były dwie rodziny wielodzietne, też im się nie przelewało. Ale to było niesamowite, że w latach 90. tak naprawdę liczyło się tylko to, by móc coś robić. W ogóle nie zastanawiałeś się, czy masz coś modnego, kolorowego, czy masz nowe narty, czy 100-letnie. Teraz jest presja mody, co roku nowy model. Producenci sprzętu hodują sobie klientów od najmłodszych lat.
Mieliście przygotowane trasy?
- Nie, sami robiliśmy. Bokiem podchodziliśmy z kolegami pod górkę pod domem, ubijając w ten sposób śnieg. Budowaliśmy skocznie, robiliśmy slalomy, czasem nawet wycinaliśmy las, żeby móc szybciej jeździć. Górki były całkiem spore, w erze Adama Małysza skakaliśmy po 25 m, i to na tym amatorskim sprzęcie. Później, koło 2002 roku, na chwilę pojawiło się kolarstwo górskie. Niestety, zepsuł mi się rower, nie było mnie stać na nowy i musiałem zrezygnować. W 2004 roku mój brat Grzesiek, narciarz i ratownik TOPR-u, pokazał mi skitury. Zabrał mnie na swój dyżur do Białki Tatrzańskiej, żebym pojeździł, i po pierwszym razie stwierdziłem, że będę trenował w klubie Tatra Team. Drugi raz na skiturach i już brałem udział w zawodach, w Memoriale Piotra Malinowskiego.
Wtedy mogłeś już trenować jak profesjonalista?
- Nie. Nadal robiłem to sam, amatorsko. Dużo biegałem, na początku w trampkach, co nie było zdrowe. Miałem proste cele i marzenia: żeby mieć dobre buty, zegarek. Nie miałem nawet saszetki na bidon, niczego. Brałem butelkę w rękę, jabłko do kieszeni i sobie biegałem. Profesjonalny zegarek dla biegaczy udało mi się załatwić po roku czy dwóch, na starty w zawodach pożyczałem sprzęt. Kiedy od pierwszego sponsora dostałem kurtkę i narty, to był szał. Ale to też nie był sprzęt najwyższej klasy, narty np. regularnie się łamały i przez to przegrywałem zawody. To, że tyle osiągnąłem i doszedłem do takiego poziomu, chyba zawdzięczam tylko temu, że mocno wierzyłem w to, co robię.
Kiedy wygrałeś pierwsze poważne zawody?
- W wieku 17 lat wygrałem Puchar Polski w skialpinizmie z seniorami. Startowałem nieoficjalnie, bo byłem za młody, ale po prostu nie miałem z kim się ścigać w młodszych kategoriach. Chcieli mnie wtedy z reprezentacji wyrzucić.
Za co?
- Za to, że łamię przepisy. Zamiast zobaczyć, że jest jakiś talent i warto z nim coś zrobić, to kładli jeszcze kłody pod nogi. Wkrótce zająłem III miejsce w Pucharze Świata w kategorii juniorów. To był dowód na to, że mogę uprawiać ten sport na najwyższym poziomie. Ale nadal trenowałem amatorsko. Mimo że byłem członkiem kadry narodowej, nie było funduszy i systemu, który pozwoliłby profesjonalnie trenować. Nie miałem żadnego zaplecza. Żeby było taniej, jeździłem na zawody z przypadkowymi ludźmi: Słowakami, Czechami. Prawie że autostopem. Nie miałem kasy, żeby przyjechać wcześniej, zaaklimatyzować się, przygotować, więc zjawiałem się na ostatnią chwilę, dzień przed zawodami. Sam szedłem na odprawę, sam sprawdzałem trasę. Konkurowałem ze sportowcami, którzy mieli profesjonalne ekipy złożone z trenerów, serwismenów, lekarzy, fizjoterapeutów i masażystów. Byłem gotowy walczyć o medal, ale przez takie bzdury jak brak zaplecza przegrywałem.
Na przykład?
- Mistrzostwa Europy, miałem świetną formę. Już na rozgrzewce uszkodził mi się but, ale wydawało mi się, że się całkiem nie rozwali. Na półmetku trasy w swojej kategorii wiekowej byłem pierwszy, siódmy czy ósmy w kategorii seniorów. Ale but ostatecznie się złamał i tak dotarłem do mety. Byłem piąty. Przegrałem, bo nie miałem drugiej pary na zmianę. Stać mnie było na jedną, w których trenowałem i startowałem.
Na kolejnych zawodach miałem formę życia. Pojechałem prywatnie z Polskim Związkiem Alpinizmu na obóz. Po drodze zamarzł nam samochód, trzeba było naprawiać, nie mieliśmy kasy na benzynę, więc musieliśmy oszczędzać na jedzeniu, żeby nim wrócić. Wtedy mi się przelało. Straciłem wiarę w to, co robię. Ciężko pracowałem wiele lat i nagle okazuje się, że nikogo to nie interesuje, że nie mam możliwości rozwoju. Do tego doszło rozstanie z dziewczyną i śmierć mojego dziadka, wszystko mi się posypało.
Ale spotkałeś Artura Hajzera.
- W 2010 roku pojechałem z nim wziąć udział w biegu na Elbrus, potem Artur próbował mnie namówić na wyprawę na Makalu w 2011, na którą się nie zdecydowałem. Na kolejne - Manaslu i Lhotse, już tak. Ale nie traktowałem tego poważnie. Tym bardziej kiedy na miejscu zobaczyłem, jak to funkcjonuje.
Jak?
- Dużo siedzenia w namiocie, mało działania w górach, ktoś ci mówi, kiedy możesz ruszyć do góry, kiedy zejść, czy masz atakować szczyt, czy nie. Korzystasz z pomocy Szerpów przy rozwieszaniu lin poręczowych, stawianiu obozów, przygotowaniu drogi, ale potem, kiedy zdobywasz szczyt, w ogóle o nich nie wspominasz. Co ważniejsze, podczas tej wyprawy jeden Szerpa zginął, a drugi się odmroził. Wspólnie z Szerpami organizowałem akcję ratunkową.
Co się stało?
- Nasza ekipa spowodowała ten wypadek. Przyszedłem na Przełęcz Południową (7900 m), wchodzę do namiotu, a tam wszyscy, Szerpowie i wspinacze, nieprzytomni - wychłodzeni, wyczerpani zimnem i wiatrem. Mówię im, że schodzimy na dół, ale wyszło słońce i nasi wspinacze stwierdzili, że jednak zostaną i zaatakują szczyt następnego dnia. Szerpowie już wtedy źle się czuli i wdychali tlen z butli. Powinni zejść, ale bali się, że stracą pracę. Zszedłem do bazy pod Lhotse i kolejnego dnia znowu musiałem podejść na 7000 m, Szerpowie byli już w fatalnym stanie. Jeden z nich podczas sprowadzania spadł 1000 m i zginął, drugiego udało mi się ściągnąć do bazy i podać leki. Obaj mogliby żyć i być zdrowi, gdyby nasi zrezygnowaliby z ataku. Polacy wrócili po kilku dniach, bez szczytu, cali i zdrowi, tylko wyczerpani.
Pojedziesz zimą na K2, na narodową wyprawę?
- Artur próbował ze mnie zrobić himalaistę, ale nigdy tego nie poczułem. Ja po prostu zimą lubię jeździć na nartach, a tam trzeba dwa-trzy miesiące siedzieć w namiocie. Nie wiem, czy wytrzymałbym to psychicznie.
Ale to ostatni niezdobyty ośmiotysięcznik zimą. Bohaterem narodowym byś był.
- Jestem spokojnym człowiekiem, nie muszę być bohaterem. Nie uważam się za supersportowca póki co. To, co robię, to nie są przełomowe i historyczne momenty, ale podróżowanie połączone z wyzwaniem. Jerzy Kukuczka czy Wojciech Kurtyka jeździli w dzikie miejsca, eksplorowali. To były dużo poważniejsze wyprawy.
Nie masz takiej pokusy, żeby zostać Kukuczką naszych czasów?
- Nie chcę. Wiesz, chcę pojechać na parę wypraw, a później wycofać się w niższe góry. Czerpać radość ze wspinaczek i zjazdów narciarskich, których jest tyle, że życia nie starczy, żeby je wszystkie zaliczyć. Nie uważam, żeby himalaizm warto było uprawiać całe życie, bo z wiekiem staje się to coraz bardziej niebezpieczne.
A co warto? Co zamierzasz robić w życiu?
- Mam dużo planów. Chciałbym zostać przewodnikiem, jestem ratownikiem TOPR i chciałbym się w to bardziej angażować. Chcę zbudować dom, mieć rodzinę i rozkręcić biznes, który pozwoli mi spokojnie żyć.
Nie będziesz himalaistą do osiemdziesiątki?
- Nie. Trzeba w odpowiednim momencie powiedzieć stop. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że mam rodzinę, dzieci i jeżdżę na ekspedycje w Himalaje. To jest nieodpowiedzialne.
CV Andrzej Bargiel
- ur. 1988 r., skialpinista, narciarz, himalaista, przewodnik górski i ratownik TOPR. W rekordowym czasie wszedł i zjechał na nartach z ośmiotysięczników: środkowego wierzchołka Sziszapangmy (wejście i zjazd w 30 godzin), Manaslu (wejscie 14 godzin 5 min, wejście i zejście 21 godzin 14 min) i Broad Peaku (pierwszy zjazd na nartach ze szczytu). W 2016 roku pobił rekord himalaisty Denisa Urubki, zdobywając Śnieżną Panterę - pięć siedmiotysięczników leżących na terenie byłego ZSRR - w czasie 29 dni 17 godzin 5 minut. Swoje wyprawy realizuje pod hasłem: "Hic sunt leones" (Tam, gdzie są lwy)