Epizod z dziecinstwa

Co oczy widziały i uszy słyszały w dzieciństwie zostaje i na starośc

 

Widzieć i słyszeć to nie to samo, co czytać o tym potem w podręcznikach historii pisanych na zamówienie określonego politykiera.

W płomieniach osady ginęli mieszkańcy, co dawali schronienie akowcom /

Wracałem od ciotki leśną osadą, wychodzili ze stodoły z podniesionymi rękoma partyzanci, uśmiechali się do esesmanów, jeden uszczypnął mnie za ucho i powiedział, zaraz tu będzie piekło, a esesman warknął raus, raus.

Biegłem do domu, za mną jazgot cekaemu i krzyk kobiet. Osada stanęła w ogniu. Swąd spalenizny roznosił się po okolicy, psy uciekały z podkurczonymi ogonami. Wskoczyłem do chaty zadyszany, a rodzice pod ikoną prosili "Boże, zbaw syna.” Tu jestem, i przytulając się do nich, opowiedziałem, co tam widziałem.

Przy kapliczce za pogorzelców stawiano świece, mama żałobnie śpiewała, a wosk kapał na ziemię z gromnicy.

Okopcone kominy, jak upiory w osadzie straszyły. Wilki i lisy rozciągały po krzakach padlinę spalonych zwierząt. To była zapłata faszystów litewskich za przechowywanie podstawionych przez nich samych „akowców”. Litwini i Łotysze byli gorsi od Niemca, szczególnie nienawidzili bogatych Polaków i akowców.

Leśni, tak nazywano u nas partyzantów, stawiali krzyże dla rozstrzelanych i popalonych mieszkańców, a dewotki szeptały, że to anioł, dzięki ich modlitwom stawia.. Dwóch, co udawali akowców, pojmali leśni, przywiązali do drzewa obok mrowiska. Zostały po nich ponoć szkielety i włosy.

W nocy psy wyły, za rzeką łuna rozświetlała pola, znów paliła się jakaś osada. Rozlegały się krótkie serie z automatów i donośne strzały karabinów. To pogrom, tylko nie wiadomo, kto kogo morduje, mówił głośno ojciec. Musimy stąd wiać! Pracuję w majątku dla Niemców, a czerwona partyzantka to nie akowcy, co nocą po żywność przyjeżdżają. A dokąd, pytałem? Do Głębokiego, ale póki co, tu pomieszkamy, odpowiadał.

Mordowali Niemcy i Rosjanie. Zabijali swoi swoich. Antagonizmy wyznaniowe i społeczne wzniecały chęć zemsty, powiększały szeregi kolaborantów i partyzantów. Kresy w ogniu i głodzie przechodziły z rąk faszystów do rąk Rosjan, a cofające się wojska zostawiały zgliszcza i ruiny.

Wiedza o Kresach u nas zwykle kończy się na Katyniu, akowcach i malowniczych dworkach. Gloryfikuje się garstkę zrusyfikowanych tam Polaków skumanych z opozycją białoruską, a zapomina się o tragedii ludzi zwykłych, którzy tam kiedyś mieszkali.

Z Warszawy lecą na Białoruś tylko słowa otuchy dla opozycji i zachęta do rozdrapywania zabliźnionych ran, do dobrego to nie prowadzi. Kto napisze o Kresach „prawdę” od a do zet?