Wirus.

 

A mówi do nas cicho,

 

A patrzy na nas wielkimi oczami saren.

Zwierząt, którym łaskawie pozwalamy żyć,

Tylko w małych stadach,

Nieprzekraczających  dwanaście sztuk.

Na obrzeżach  lasów z drzew,

które żadne nie umrze stojąc,

Wycinamy je w trosce, palimy do korzeni.

Suchą ziemię skuwamy asfaltem

 

Mówi do nas cicho

szepcze pięknem roślin,

którym łaskawie pozwalamy rosnąć,

by je zjeść, posmarować, wklepać,

wąchać, spalić, wciągnąć przez nos.

 

A krzyczy do nas i skamle o życie,

To stłoczone, które depcze po swoich dzieciach.

Nie widząc słońca, nie widząc trawy, nie widząc nieba

Które rodzi się bez oczu niepotrzebnych,

Bez niepotrzebnych części,

bez skrzydeł do lotu, bez płetw.

 

Szepcze brudnymi rzekami,

wyspami na oceanie z plastiku.

Zdziwiona nasyła wielkie fale,

susze i mrozy, na nic...

 

A szepcze do nas i ostrzega., a krzyczy, wyje i łka…

 

Wkrótce się o nas upomni.

Nie znajdziemy szczepionki.

Przed telewizorem nas dopadnie.

W domu, w dużym pokoju, przy stole.

Samotnych i nie.

I tych na plażach i tych w klubach, podczas orgii i mass

Kościołach, zborach, biegach po zdrowie.

I słabych, i mocnych, i młodych, i starych.

 

Najpierw starych, którzy słuchali a nie słyszeli,

Oglądali, a nie widzieli,

którym było dane  a nie zadane.

Którzy wybili ostatnie zwierzęta, by poprawić jakość.

I takich jak ja.

 

Znajdzie skuteczną hekatombę,

Maleńki wirus przejdzie wszystkie maski,

Żałośni nie zdołamy się schować, przespać, przeczekać,

Ta bessa nie odbije się od najniższych wskaźników.  

Nie da się oszukać