Organic

manic?;-)

manic?;-)

 

Moja przyjaciółka z Warszawy je wyłącznie organiczną żywność. Kupuje ją w specjalnym sklepie za może nie horrendalne, ale niedostępne dla przeciętnego zjadacza ceny. Tu jest problem, bo na  bycie “organic” stać ludzi zamożnych. Przyjaciółka twierdzi, ze dzięki organic ma lepszą cerę, czuje się pełna energii i nie dostanie raka.  Problem kolejny to: skąd pewność, że to co kupujemy oznaczone charakterystycznym logo rzeczywiście jest organiczne? Bo to czy smaczne czy nie to już zupełnie inna sprawa, można się przyzwyczaić.

Paradoksem jest to, że kiedy runął mur berliński, okazało się że mieszkańcy NRD są o wiele zdrowsi niż ci z drugiej strony. Dlaczego? Bo nie mieli hipermarketów zaopatrzonych w trującą żywność.  Podobnie było kiedyś u nas, pamiętam jak babcia przynosiła kurę “od baby”, która smakowała genialnie (brojlera z mięsnego nie jestem w stanie przełknąć), a po domach chodziła – ryzykując co najmniej wysoką karę finansową – “baba” z mięsem. I wiadomo było, że mięso to pochodzi ze wsi. Kłopot w tym, jak i w jakich warunkach owa “baba” “przerobiła” zwierzę na kotlet.  Czy to było organiczne, bio  albo eko to pewności nie mam.Zresztą kto by wtedy się tym zajmował i grzecznie spytał “babę”: przepraszam, a czy ta cielęcinka za zycia na pewno nie była karmiona słomą czy inną śćiółką?

A warzywa? Organiczne są wyłącznie z lokalnych farm bądź z Wielkiej Brytanii. A jak twierdzą niektórzy witaminy mają tylko te mrożone.

Łatwo się w tym wszystkim pogubić, ale sama zainspirowana przez przyjaciółkę nakupiłam pełno żywności ze stosownym logo.  I nawet błonnik w pudełeczku, który szybko przełykam, starając się myśleć o czymś innym. Rozpuszcza się go w wodzie i wypija, o smaku nawet nie wspomnę.

Organic to  styl życia. Ćwiczenia, najlepiej pilates, organiczne kosmetyki a nawet ubrania.

Zdrowa moda, to fakt. Tylko nie dla wszystkich: z jednej strony tych, którzy żyją od pensji do pensji (wynoszącej około 1700 zeta), z drugiej dla obsesjonatów. Ortoreksja to  choroba taka sama jak anoreksja a przyjaciółka powoli zbliża się do przekroczenia granica między zdrowym jedzeniem a manią.

Czy jestem organic, nie wiem. Ale na pewno nie należę do pożeraczy świnek na śniadanie, obiad i kolację. Trochę brak mi ruchu, więc tu niestety mam zaległości, bo chronicznie nie znoszę ćwiczeń i co roku postanawiam, że zapiszę się na pilates. (Przyjaciółka  ma osobistego trenera, który nawiedza ją w domu).  W warzywa zaopatruję się w niewielkim prywatnym sklepiku ale nie mam pewności, skąd pochodzą. Więc chyba jeszcze daleko mi do bycia organic, więc  nie jestem trendy. Trudno mi też czytać zawartość składników na opakowaniach bo niedowidzę;-)