Memento mori

O narodowym rachunku sumienia.

 

Trudno pisać o czymś, co niemal wszyscy już przeanalizowali i opisali na wszelkie możliwe sposoby. Od 10 kwietnia nie było gazety czy tygodnika, które nie opisałyby ze szczegółami katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, uroczystości żałobnych, konduktów i pogrzebów oraz sytuacji politycznej i społecznej przed, w trakcie i po tym tragicznym wydarzeniu. Cokolwiek napiszę, ktoś inny pewnie już coś podobnego napisał czy powiedział. Trudno, nawet król Salomon miał ten problem, skoro na wstępie Księgi Koheleta zawarł  zdanie: „To, co było, znowu będzie, a co się stało, znowu się stanie: nie ma nic nowego pod słońcem" [1].

1c07dbb13db0b0441250893c14924931.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest w Panu Wołodyjowskim taka scena: Zagłoba przybywa do klasztoru, do którego wstąpił jego przyjaciel pułkownik Michał Wołodyjowski. Chce go zachęcić do opuszczenia zakonu  i ponownego wstąpienia do wojska. Wołodyjowski kilkakrotnie odmawia i powtarza słynne kamedulskie zawołanie: memento mori, pamiętaj o śmierci. Telewizja Polska powinna nam często przypominać ten film, choćby  po to, abyśmy na zawsze zapamiętali, żeby... pamiętać o śmierci.

Ktoś mógłby zapytać: po co mam pamiętać o śmierci? Przecież życie jest piękne, trzeba żyć i się niczym nie przejmować.

Piękne? Być może, ale pod warunkiem że mam dom, dobrą pracę, zdrową rodzinę, coroczne wakacje za granicą i nikt z bliskich mi nie umarł. No i jeszcze jeden warunek: mam gwarancję, że wszystkie wcześniej wymienione warunki nie ulegną zmianie. Tyle że nikt takiej gwarancji dać mi nie może.

Dlaczego więc mam pamiętać o śmierci? Żeby pamiętać o przyszłej odpowiedzialności za swoje czyny, słowa, a nawet myśli. Wspomniany już król Salomon napisał: „Synu mój (...). Wysłuchaj końcowej nauki całości: Bój się Boga i przestrzegaj jego przykazań, bo to jest obowiązek każdego człowieka. Bóg bowiem odbędzie sąd nad każdym czynem, nad każdą rzeczą tajną — czy dobrą, czy złą” [2]. W Nowym Testamencie jest podobna wypowiedź: „(...) postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd” [3]. Chodzi o to, by żyć tak, aby się tej odpowiedzialności nie obawiać.

Pamiętajmy o śmierci, sami, żeby nie musiały nam o niej przypominać — i wybudzać jak z jakiegoś letargu — takie katastrofy jak ta smoleńska. Pamiętajmy, żebyśmy nie musieli się czuć zażenowani, widząc dziennikarzy i polityków płaczących na wizji rzewnymi łzami nad losem tragicznie zmarłych przeciwników ideologicznych, którzy za życia byli przez nich niemiłosiernie i często niewybrednymi słowami tępieni. Pamiętajmy, żebyśmy nie musieli się wstydzić kiedyś za siebie, bo ci dziennikarze i politycy zachowywali się tak często pod zapotrzebowanie „żądnej krwi” opinii publicznej (elektoratu).

Niech mąż pamięta o śmierci, kiedykolwiek przyjdzie mu ochota zdradzić żonę. Niech żona pamięta o śmierci, kiedy robi mu kolejną awanturę o jakąś drobnostkę. Niech oboje pamiętają o śmierci, gdy będą się rozwodzić — dla dobra dziecka, oczywiście.

Memento mori, pracodawco, który nie płacisz pracownikom za nadgodziny, nie odprowadzasz składek do ZUS-u, zatrudniasz gotowych na wszystko za głodowe stawki. Memento mori, pracowniku, nieszanujący pracy, który przestajesz pracować, kiedy tylko pracodawca wyjdzie za próg twojego miejsca pracy. 

Memento mori, urzędniku, traktujący petentów jak zło konieczne; i petencie, który próbujesz za łapówki uzyskać pozytywną dla siebie decyzję. 

Niech pamiętają o śmierci duchowni wykorzystujący seksualnie powierzone ich opiece dzieci. I psychiatrzy robiący to samo swoim pacjentkom.

I my wszyscy pamiętajmy o śmierci, kiedykolwiek będzie nas kusiło mówić o innych źle za ich plecami, a nawet prosto w oczy.

Czy wymieniać dalej?

Generalnie memento mori wszyscy, bo „nie ma ani jednego sprawiedliwego” [4].

6f6660762eb7766f24f4e444e866dc16.jpg

Ponadtygodniowa żałoba, którą niedawno obchodziliśmy, była jednym wielkim memento mori dla naszego narodu. Majestat, ale i groza śmierci podziałały na nas jednocząco. Szkoda tylko, że dla dokonania rachunku sumienia i postanowienia poprawy potrzeba nam raz na jakiś czas wielkiej tragedii, podczas gdy wystarczyłoby tylko czasami sięgnąć po Pana Wołodyjowskiego.

Andrzej Siciński (fot. A.S.)

 

[1] Koh 1,9. [2] Koh 12,12-14. [3] Hbr 9,27. [4] Rz 3,10.

[Artykuł ukaże się w miesięczniku "Znaki Czasu" 5/2010].