Marsz!

Dosyć już wciągania w spiralę bez końca, na samo dno den, w piekielną czeluść; zwyczajnego olewania ciepłym moczem własnego życia, darowanego nam przecież tylko raz.

Dosyć już wciągania w spiralę bez końca, na samo dno den, w piekielną czeluść; zwyczajnego olewania ciepłym moczem własnego życia, darowanego nam przecież tylko raz.

 

 

Najwyższa pora wziąć sprawy w swoje ręce (a tylną część ciała na literę "d" w tak zwane troki) i ruszyć z miejsca, w którym już tylko grzęźnie się, jak w bagnie. Dosyć wciągania w spiralę bez końca, na samo dno den, w piekielną czeluść beznadziejnej bezproduktywności, stagnacji, lenistwa, zwyczajnego olewania ciepłym moczem własnego życia, darowanego nam (jasna Aniela!) przecież tylko raz (!). Dosyć grzebania szans i nadziei, zanim jeszcze zdołały choćby łepek wystawić zza gruzu, jakim zasypywałam notorycznie swoje poczucie własnej wartości.. Połaszę się nawet o moje niezbyt lubiane stwierdzenie: "basta!". Koniec. Fin. The end. Das Ende. конца.

Bo jakim prawem zabijam w sobie chęć do działania, do pokierowania swoim życiem w taki sposób, żeby za lat kilka/-naście/-dziesiąt na pytanie "czy jestem szczęśliwa?" odpowiedzieć bez zająknienia:

tak! jestem cholernie szczęśliwa i nie potrzebuję takich wymysłów ludzkiej schorowanej natury jak wehikuł czasu. Czas był i jest moim Przyjacielem. Nie wykorzystywałam go. Brałam jedynie, co mi ofiarowywał i robiłam z tego użytek. I za to jestem dozgonnie wdzięczna.

Amen (że tak pozwolę sobie rzec, choć jakikolwiek bóg nie macza, nie maczał i nigdy maczać w tym palców nie będzie).
Oto biorę losy w swoje ręce. Dwie zdrowe ręce, które mam, by chwytać nimi, co spada z nieba. Losy naprawdę układają się często tak jak chcemy, tak, jak sobie wymarzyliśmy.. My jedynie, w strachu, z niedowierzania, że to wszystko dane nam jest tylko na jakiś czas i najpewniej za jakąś z góry ustaloną przez siły wyższe cenę, odrzucamy to, uciekamy, bronimy się przed tym rękami i nogami; wówczas zostajemy sami, bez nadziei, perspektyw, pośrodku chaosu, ociekając łzami i chowając głęboko w sobie urazę do całego świata, za to, że jest "taki okrutny".. a to wcale nie wina świata - a nasza. Nasza wina, najwinniejsza z winnych. Więc dzisiaj otwieram ramiona na to, co los chce mi dać, bez patrzenia na to spode łba, spoglądania z niepewnością i bezustannym wyczekiwaniem Dnia Zapłaty. Skoro zdarzają się w życiu pewne rzeczy - znaczy, że tak właśnie miało być. I dokładnie w tym momencie. Nawet jeżeli są to rzeczy "złe" (pojęcie względne), to zdarzają się one również nie przypadkiem. A jeśli dobre - to oznacza, że na nie zasłużyliśmy. Dziękuję więc i otwieram się na to, co kryje się za otwierającymi się drzwiami. Nie bez strachu, lecz powoli naprzód. Powoli, ale najważniejsze, żeby nie dać się nadal wciągać w bagno pozornego bezpieczeństwa sytuacji jasnych, klarownych i nie wymagających od nas wielkiej ingerencji, czy też odpowiedzialności.

 

A więc:

Głowa w górę.
Naprzód.
Marsz (!)