Dlaczego nie lubię świąt?

- wszystkich, ale tych w szczególności - Święta = konwenans + obłuda + komercja

 

           Nie mam zamiaru pisać o tym, co było tu już wielokrotnie poruszane: o kwestiach religijnych, że Jezus - o ile wierzyć biblijnym legendom - z pewnością nie mógł urodzić się w grudniu, ani że jest to zawłaszczone przez chrześcijaństwo święto staroirańskiego boga Słońca, Mitry. Ani też o znaczeniu tradycji i obyczajów. Te sprawy są mi zwyczajnie obojętne. Nie traciłbym czasu na pisanie na ten temat, tylko po prostu nie obchodziłbym tych świąt, gdyby...

...gdyby nie fakt, że nie da się od nich uciec!

           Ale, ale...? Jak to można nie lubić świąt?

................................

                          Ja bym raczej zapytał, jak można je lubić?
           Albo inaczej: czy obowiązkowo muszę je lubić?

      Oczywiście, jeśli komuś sprawiają przyjemność:

  • rodzinne spędy, na których trzeba udawać radość ze spotkania z "ukochanymi bliskimi", z którymi często na codzień żremy się jak przysłowiowe psy (nie uwłaczając tym zwierzętom);
  • wręczanie i otrzymywanie, zwykle nie trafionych, prezentów;
  • obżeranie się do granic wytrzymałości, koniecznie "tradycyjnymi" potrawami, niezależnie od tego, czy rzeczywiście smakuja;
  • bombki, gwiazdki, łańcuchy, aniołki, Mikołaje, reniferki, i inne kiczowate ozdóbki;
  • konieczność wysyłania kartek z wydumanymi życzeniami --

-- to, rzecz jasna, nic mi do tego?

         Gdyby nie narzucano mi tego  "świętowania"! A jakże trudno NIE "świętować"? Poza komercją, której praktycznie nie da się ominąć, dochodzi presja rodziny, znajomych, środowiska. Telewizor mogę wyłączyć, gazet nie czytać, niemniej trudno byłoby przejść przez miasto z zawiązanymi oczami, żeby nie być bombardowanym widokiem świątecznych reklam. Zakupy też trzeba zrobić, zwłaszcza że zbliżają się dwa urzędowo "martwe" dni. A trudno chodzić po sklepie ze stopperami w uszach, żeby nie słyszeć w kółko do znudzenia "Jingle Bells" czy "White Christmas". Już od listopada, a często nawet października. Do tego te tłumy w sklepach?- horror! OK, "biznes to biznes": wielu handlowców w tym czasie ma większe obroty, niż przez całą resztę roku. Nie do nich mam pretensje - robią to, co każdy rozsądny biznesmen powinien zrobić w tej sytuacji - tylko do tłumu, który łapie się na ten chłam, jak przysłowiowe muchy na lep. A popyt określa podaż...

 

 

          Wszystko dla tych kilku dni:

      Zakupy, sprzątanie, gotowanie, pieczenie... Aż kiedy w końcu te "święta" nadejdą, padamy na pysk! Kilka tygodni męczarni dla dwóch-trzech dni (wątpliwej) przyjemności...   Warto???  Kompletnie nieopłacalny interes: trochę to przypomina wydanie np. 100zł na zbędne zakupy, żeby otrzymać 10zł rabatu.  Podobnie, jak klasyczne marketingowe sztuczki,  szczególnie często stosowane przed świętami. Ponadto, musisz  wystroić się "odświętnie", jak pajac. Wiem,że niektórzy to lubią, ale ja w krawacie się duszę, a w garniturze czuję się jak w pancerzu, nie wspominając już o eleganckich, niewygodnych butach.
Do tego masowa zagłada iglastych drzewek, które parę dni później wylądują na śmietniku.
       I jeszcze ten absurdalny zwyczaj: prezenty. Nienawidzę prezentów: ani dawać, ani dostawać. Zwykłe, wzajemne przekupywanie się, ponadto zobowiązanie do odwzajemnienia. Oby jak najdalej od takiej niewoli... 
Coraz częściej kupuje się typowo drogie prezenty, zwykle głównie po to, żeby pochwalić się swoim finansowym statusem.  A wtedy trzeba iść do banku - lub parabanku - po pożyczkę, no bo "zastaw się a postaw się"? To nic ,że od nowego roku będzie trzeba wyliczać każdy grosz? -  przecież "święta muszą być", a nie można sobie pozwolić na "wstyd" przed rodziną i znajomymi...?    

             Nie mogę się już doczekać, kiedy te śwIęta nareszcie miną? Ciężko je przetrwać, jeszcze trudniej ominąć. Nawet wyjazd za granicę na ten czas niewiele pomoże. Chyba, że do kraju muzułmańskiego, albo do Indii czy Chin? - ale tam mnie jakoś nie ciągnie. Najlepiej by było w kompletną głuszę - niestety, coraz mniej takich miejsc...

                                           .................................................................................................................................

            Widzę chyba tylko jedną, miłą dla oka, rzecz w tych dniach: podczas najdłuższych nocy w roku, mnóstwo kolorowych światełek. Wolałbym wprawdzie, żeby to był żywy ogień; świec, pochodni i ognisk... ale wiem, że w obecnych czasach to raczej niemożliwe.

      Gdyż tak naprawdę, to święto, które nadchodzi, jest świętem światła w czasie największej ciemności. Co prawda z parodniowym "poślizgiem", ale to przymusowe święto pokrywa się z zimowym przesileniem, które Celtowie zwali - Yule, a Słowianie - Gody. Od 21 grudnia (w tym roku od 6:12pm) Słońce znów z każdym dniem będzie świecić coraz dłużej! Bez żadnych religijnych czy mistycznych odniesień - tylko prosty, astronomiczny fakt. A z faktami nie da się dyskutować.

Dlatego życzę wszystkim, którzy to czytają:

010d9502359d1d6473a57943f79faaa7.jpg

Licencja: Creative Commons