Dlaczego nie czytamy?

Kolejne raporty Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa zatrważają. W tym roku okazało się, że zaledwie 11% z grupy 3000 badanych można uznać za osoby czytające.

 

Przynajmniej jednokrotny kontakt z książką zadeklarowało 39% respondentów. Liczby te mogą zatrważać, tym bardziej, że od 2004 roku notujemy systematyczny spadek w tych statystykach. Gdzie szukać wyjaśnienia dla tej sytuacji?

Rynek książki i kapitalizm

Przypomnijmy kilka dobrze znanych prawd, które jednak mają kluczowe znaczenie dla rozpoznania interesującego nas tutaj problemu. Po 1989 rynek książki w Polsce przeżył niesamowity boom: jak grzyby po deszczu powstawały nowe wydawnictwa i księgarnie. Wydawało się, że teraz, kiedy opadły wszelkie zewnętrzne ograniczenia dla instytucji kulturalnych, czytelnictwo (podobnie jak konsumpcja innych dóbr kultury) będzie kwitnąć. Niestety, okazało się odwrotnie. Wolna Polska nie była książkowym rajem. Wszystkie owe małe inicjatywy upadały jedna po drugiej ze względu na niewypłacalność. Nakłady spadały. Bez państwowej pomocy na rynku mogli utrzymać się tylko najwięksi gracze. Dlatego też Kinga Dunin zdiagnozowała sytuację jako powrót centrali (powrót do centralnego zarządzania kulturą), gdzie rolę wyznaczania ram przejął Książę Dydo, czyli Dominujący Dyskurs Medialny. Można się podśmiewać z lewicowego zaperzenia Dunin, ale diagnozuje ona faktyczny problem: ciężko zaistnieć na rynku książki z pozycjami spoza kanonu: albo recenzowanego w znanych pismach, albo szkolnego (a tu wchodzą i podręczniki, które są najlepiej prosperującym sektorem rynku książki). Upadło także wiele ważnych pism kulturalnych i literackich. Słowem, zaczął się proces, którego zwieńczeniem są dziś grupy „miłośników książek” na Facebooku, gdzie ważne jest zdjęcie książki koło kubka z kawą albo tani cytat, a nie samo czytanie. Wolimy lajkować obrazek z kotem na opasłym woluminie, niż poczytać.

35d9bd50ab9f8d71a14d83e7a1d1f44b.jpg 

Nowe technologie, czyli czytanie na Facebooku

Pytanie brzmi, czy w ogóle da się pomyśleć czytanie jako czynność wspólnotową i społecznościową (tj. taką, którą razem przeżywamy w mediach społecznościowych). Czy nowe media zrobiły czytelnictwu więcej szkody niż pożytku?

Teoretycznie można powiedzieć, że nowe kanały komunikacji (blogi, media społecznościowe) otworzyły nowe możliwości promocji dla książek, którym ciężko się wpisać w mainstream.  Mnogość stron, blogów, fanpage’y poświęconych czytelnictwu i kochaniu książek winna nasuwać wniosek, że oto czytający chcą wyjść z getta i pokazać się światu. Niestety, nie jest tak różowo. Gdyby zsumować ilość osób zaangażowanych w takie inicjatywy i porównać ją ze statystykami dotyczącymi rynku książki (np. dochodami tego sektora), ujrzelibyśmy rażącą dysproporcję. Innymi słowy, deklaracja niechodzenia do łóżka z osobą nieczytającą lub definiowanie siebie jako niestatystycznego Polaka, który lubi czytać książki nie przekłada się w żadnym stopniu na realny proces czytania ani kupowania książek. Snobizm na książkę ma teraz inny ciężar: nie ma lansu na znajomość konkretnych tekstów, ale raczej na gadżeciarstwo. Książka jest pustym fetyszem, z którym fotografujemy się pod kocem, z kotem, dla wytworzenia pewnego efektu. Paradoks jest tu dość prosty: czytanie książki wymaga odwrócenia oczu od ekranu komputera. Jeśli jednak to uczynimy, to jak będziemy mogli poinformować o tym, że czytamy?

 

Papierowy fetysz

Jest rzeczą zastanawiającą, że książka: papierowa, stara, w stosach, staje się podstawowym znakiem rozpoznawczym książkofilów w internecie. Nie jestem przekonania, że książka jako taka - plik kartek zszyty z jednej strony – powinien być w jakiś sposób uprzywilejowany. Jakość definiowana jest przez treść. Dlatego też, jeśli ktoś fetyszyzuje się na czytanie jakiegoś romansidła w nieudolnym tłumaczeniu i uznaje to za wysokie, bo przecież czyta książkę, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że naprawdę bardziej pożyteczne byłoby poczytanie jakiegoś dobrego bloga. Kupować papierową książkę o bieganiu, skoro mogę skorzystać z kilku świetnych stron, prowadzonych przez profesjonalistów, którzy szybko odpowiedzą na moje pytanie w komentarzach, o ile będę mieć jakieś wątpliwości? Kupować papierową wersję książki, która jest w domenie publicznej i mam prawo mieć ja za darmo, bo jest wspólnym dobrem nas wszystkich? Wrzucać swoje słodkie fotki z czytania słabego kryminału? Doprawdy, może lepiej obejrzeć serial? Książka ma uczyć myślenia i krytycznego stosunku do rzeczywistości, a tym czasem widzę z przerażeniem, jak wywołuje dokładnie odwrotny efekt. Nie ma co fetyszyzować akurat tej formy podawczej tekstu: ważne, żeby czytać: uważnie, odważnie, po swojemu.

 

Czytanie krytyczne

Marzy mi się sytuacja, w której będziemy rozmawiać o czytaniu: w internecie, w knajpach, w pracy. Być może jest to utopia, ale wydaje mi się, że możemy się realnie zbliżyć do jej realizacji, jeśli pozbędziemy się kilku fatalnych, kastrujących przekonań. Przede wszystkim musimy się pozbyć przekonania o jakiejś obiektywnej wyższości papieru nad nośnikami elektronicznymi czy innymi. W dobie radykalnego przyrostu tekstów, którymi jesteśmy codziennie bombardowani, w obliczu tak ogromnego wachlarza możliwości lektury, trzeba po prostu nauczyć się wybierać. To archaiczne zakładać, że z samego faktu, że coś jest wydrukowane, wynika, że ma jakąś wartość.  Łukasz Gołębiewski, najbardziej chyba wnikliwy komentator rynku książki w Polsce, w ogóle łączy zmianę pojęcia książki (generalnie chodzi o ebooki) z nowym myśleniem o czytaniu i możliwością utworzenia się nowej kultury lektury. Statystyki czytelnictwa oddają przede wszystkim fakt, że nie potrafimy połapać się w tej mnogości, nie mamy dobre rozpoznanych kanałów komunikacji tekstowej. Czasy wymagają od nas coraz więcej samodzielności i niezależności w myśleniu, a zarazem zdaje się, że coraz mniej jej uświadczamy wśród otaczających nas ludzi…