JustPaste.it

ce1b27a45c0ab4eff5b3a3bbb73b0bf3.jpg 32fd56a1846aa82e8024a5adb53fb6ff.jpg

 

━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀⠀⠀⠀⠀━━━━━━━━━━━

 

Stosunek J a n e do prawdy był tak prosty i łagodny, że aż nierozważny. Przypominał jej o tym szczególnie silnie wzrok pastora podczas nabożeństw, na które chodziła w celach towarzysko-społecznych i jego rzucane wprost: zdecyduj się wreszcie. Ha! Z d e c y d u j? Ale po co? Jane przyjmowała prawdę o TYM miejscu i o TYM jak coś oczywistego i logicznego – jakby nie było poza tą rzeczywistością innej. Bo nie było, nie dla niej. Istniała zaledwie od kilku lat, istniała tylko tutaj, a to wszystko, co działo się „gdzieś” i „wcześniej” interesowało ją zaledwie przez pierwszy okres, aż w końcu zrozumiała, że powinna celebrować swoją wyjątkowość TUTAJ. Wydawało się jej… Tak, gdyby musiała to jakoś zdefiniować, na pewno wskazałaby na tę kwestię – że w pogodzeniu się z brakiem przeszłości pomogła jej wiedza o prawdziwej twarzy Alpen Claire.

I po prostu dała się ponieść nurtowi.

Wiedziała, że pewnych rzeczy nie zrozumie nigdy. Nie odzyska tych godzin i dni, które jakaś siła wymazywała raz po raz z jej pamięci. Nie zobaczy oblicza TEGO i nie dowie się, czym TO jest. Nie zdobędzie zaufania wszystkich Mieszkańców. Nie pomoże wszystkim Zesłanym. Nie ominie jej l o s, a ponieważ miała w sobie nutkę hazardzisty, z niezdrową ekscytacją czekała, co jej wyznaczy przyszłość.

A więc nurt. To było doświadczenie niemal ekstremalne, ściskające przeponę i krtań, ale też wywołujące przyjemne dreszcze. Łaskotało ją od środka, wypełniało energią i wymuszało na jej ustach uśmiech. Jak mówiłam – była hazardzistką.

- Przyda się zimna lemoniada, hm? – spytała ciepło. – Zaraz wracam.

W przeciwieństwie do Lisy ani na sekundę nie oderwała od swojej rozmówczyni wzroku. Nie rozglądała się, sprawdzając, czy ktoś je usłyszał. Nie wznosiła oczu do nieba, tracąc cierpliwość. Nie odwracała spojrzenia, chcąc ukryć prawdę i wywinąć się z rozmowy. Z serdecznością i uprzejmie wysłuchała wszystkiego, co Zesłana miała jej do powiedzenia, uspokajając swoje pierwsze wątpliwości i alarm instynktu. To jeszcze nie była sytuacja awaryjna, to jeszcze nie był koniec świata. Widziała Zesłanych w gorszym stanie. A i wśród Mieszkańców raz przytrafił się krytyczny przypadek…

Wróciła, w istocie, już po niedługiej chwili. Nadal w swoim mundurku, tym razem z tacą z zamówieniem – położyła pięknie przyozdobiony jedzeniem talerz przez Lisą i dwie wysokie szklanki chłodnego napoju po dwóch stronach stolika. Bez słowa zajęła miejsce naprzeciwko Lisy.

Kojarzyła ją. Ale Jane miała ten niezwykły talent do kojarzenia wszystkich – i klientów Club Diner, i nie klientów. Mieszkańców i Zesłanych. Kolekcjonowała ich twarze i zbierała ich imiona, odnotowywała plotki i pogłoski, tworząc piękny katalog, dzięki któremu jej życie było o wiele łatwiejsze. Nawet jeśli twarze niektórych Zesłanych szybko mogła z katalogu wymazać. Nie przeszkadzało jej to. Jane była obyta ze śmiercią.

- Mam kwadrans przerwy, to nie za dużo, ale na małą rozmowę wystarczy, prawda? – spytała, uśmiechając się. – Wiesz, kim jesteś, a ja wiem, kim ty jesteś. A jednak pozwól, że… Cześć, jestem Jane – przedstawiła się, wyciągając do Lisy dłoń.

Jane – serdeczna, miła Jane. A jednak gdyby ktoś stanowił dla Alpen Claire niebezpieczeństwo, wydałaby go bez mrugnięcia okiem. Ale póki w je j u z n a n i u niebezpieczeństwa nie było… Jane lubiła rozmawiać.

 

 ━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀