
────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────
Stosunek Lisy do p r a w d y przypomniał burzliwy związek; najpierw jej unikała, robiąc bodajże wszystko, byleby tylko nie wpaść na tę femme fatale wśród wszystkich prawd. Później zmieniła zdanie i chciała ją lepiej poznać, ale wtedy to ona stwierdziła, że niekoniecznie jej z Lisą po drodze. Potrzebny był dopiero wstrząs, nagłe olśnienie, przełom - jakkolwiek to nazwać - by się zeszły, ale w tym momencie zaczęły się prawdziwe schody. Wszystko sprowadzało się do tego, że Lisa nie miała pojęcia, co z poznaną już i po części nawet oswojoną prawdą zrobić. Były na siebie skazane - nie mogła jej wyprzeć, ale z drugiej strony, porozumienie w jakiejkolwiek kwestii zdawało się być w ich przypadku czystą abstrakcją.
Największy problem stanowiło dla Zesłanej - nie cierpiała tak o sobie myśleć, a jednocześnie raz po raz powtarzała to określenie w myślach, zupełnie jak dziecko, które nauczy się "brzydkiego" słowa - ustosunkowanie się do tego wszystkiego, czego częścią przyszło jej się stać. Nie mogła sobie znaleźć miejsca i tak jak wcześniej własny dom wydawał jej się najgorszym więzieniem, tak teraz tylko tam czuła się swobodnie. Miała wrażenie, że to jedyne miejsce, w którym malało ryzyko zrobienia czegoś nie tak. Nie znikało zupełnie, ale ograniczenie interakcji z innymi ludźmi dawało duże prawdopodobieństwo, że jednym nierozważnym słowem nie wyda na siebie wyroku śmierci. Przywykła już do tego, że nie musi gryźć się w język; jej sąsiadki nadal ze zgrozą wspominały słowa, którymi nieraz je uciszała, bo przecież "nikt wcześniej nie ośmielił się tak do nich odezwać, tfu!". Lisa zdążyła pozbyć się jakichkolwiek oporów, a teraz mogło się to okazać fatalne w skutkach. Z całą mocą dotarło do niej, że Alpen Claire to jeden wielki spektakl. Mieszkańcy nieustannie grali przed Zesłanymi - jedni lepiej, drudzy gorzej - a nieświadomi Zesłani zmuszeni byli brać w tym udział. Bliżej im jednak było do niewolników na starożytnej arenie, których widowiskowa śmierć stanowiła główną rozrywkę nieco bardziej uprzywilejowanych, niż do aktorów jako takich. Nie, aktorami byli wyłącznie mieszkańcy, a od niedawna zaliczała się do nich także Lisa. Ona jednak, przynajmniej na razie, grała podwójnie; przed Zesłanymi i przed mieszkańcami. Zesłanym nie mogła powiedzieć, czego się dowiedziała - to było proste. Mieszkańcy natomiast pod żadnym pozorem nie powinni się dowiedzieć, że przychodzą jej do głowy porównania takie jak to do krwawych starożytnych praktyk, które współcześnie byłyby przecież nie do pomyślenia w jakimkolwiek cywilizowanym miejscu. Cóż, to i tak była jedna z łagodniejszych metafor, jakie podsunęła jej wyobraźnia, więc o pozostałych tym bardziej nikt nie powinien wiedzieć.
Bała się, że którego dnia najzwyczajniej w świecie puszczą jej nerwy i coś jej się... wymsknie. Była ostatnio wyjątkowo nerwowa i nie trzeba było dużo, by wyprowadzić ją z równowagi. To był kolejny powód, dla którego wolała unikać ludzi, ale jednocześnie izolacja nie do końca jej służyła. W gruncie rzeczy bardzo chciała porozmawiać z kimś o tym wszystkim, ale nie miała nikogo, z kim mogłaby się podzielić swoimi obawami i wątpliwościami. Nikomu w tym mieście nie mogła zaufać. Nikt nie mógł zrozumieć sytuacji, w jakiej się znalazła...
Czy na pewno nikt?
O Jane dowiedziała się przypadkiem i natychmiast stwierdziła, że musi ją poznać. Nie spodziewała się niczego przełomowego - w zasadzie oczekiwania Lisy zdawały się z dnia na dzień maleć - ale był to pomysł, którego się uczepiła i który koniecznie chciała wprowadzić w życie jak najszybciej. Jeszcze tego samego dnia udała się do Club Diner, w którym wcześniej w zasadzie wcale nie bywała. To nie były jej klimaty; ta swojskość, która innych przyciągała, na Lisę działała wręcz przeciwnie. Czuła się tam bardziej obco niż gdziekolwiek indziej i tym bardziej niezrozumiały był dla niej powód, dla którego ta dziewczyna zdecydowała się pracować właśnie w takim miejscu. Uznała jednak, że najprościej będzie pójść prosto do lokalu, zamiast bawić się w podchody i czajenie się w pobliżu wyjścia, aby "dopaść" kelnerkę, kiedy tylko ta skończy zmianę. Nie, Lisa lubiła proste rozwiązania, dlatego też jak gdyby nigdy nic weszła do Club Diner i usiadła przy jednym z wolnych stolików, rozglądając się z wyrazem twarzy, który można by określić mianem "umiarkowanego zainteresowania". Bądź co bądź miejsc takich jak to nikt nie odwiedzał w celu podziwiania wystroju, toteż nikomu nie przyszło do głowy zadbać o wystrój w stopniu większym, niż było to konieczne. Ludziom także nie miała ochoty się przyglądać - te same nudne twarze, które widywała codziennie na ulicach, na tle czerwonych obić boksów wcale nie wyglądały ciekawiej. Interesowała ją właściwie wyłącznie tajemnicza Jane, o której wiedziała tyle, że też jest Zesłaną i też dobrze wie, co się tak naprawdę dzieje w tym mieście. Nie była co prawda pewna, jak ta dziewczyna wygląda, ale w zlokalizowaniu jej pomogła Lisie przypięta do fartuszka plakietka z imieniem. Być może to właśnie nieco zbyt natarczywe spojrzenie lub coś innego w wyrazie twarzy Lisy sprawiło, że to akurat ona, a nie jakaś inna kelnerka zdecydowała się do niej podejść. Równie dobrze mógł to być całkowity przypadek.
- Dzień dobry - odezwała się, początkowo lekko zdezorientowana wyrecytowaną przez Jane formułką. - Niech będzie kurczak... Albo nie, naleśniki. W zasadzie wszystko mi jedno, nie jestem głodna. - "Nie jestem głodna" raczej nie często padało w miejscu takim jak to, więc Lisa automatycznie rozejrzała się wkoło, jak gdyby chciała się upewnić, że nikt oprócz kelnerki nie usłyszał jej słów. Jednocześnie pomyślała, że byłoby o wiele prościej, gdyby wcześniej ustaliła, co właściwie chce jej powiedzieć. Nigdy tego jednak nie robiła, żyjąc w przekonaniu, że odpowiednie słowa zawsze się znajdą.
- W zasadzie chciałam z tobą porozmawiać - dodała, wracając spojrzeniem do Jane. Nie chciała wyjść na desperatkę, ale jak dotąd - przynajmniej we własnej opinii - szło jej całkiem nieźle. Owszem, była nieco spięta, ale poza tym nic w jej zachowaniu nie pozwalało wątpić w jasność jej umysłu. No, może to nerwowe wepchnięcie wystającej ponad resztę serwetki z powrotem do serwetnika było odrobinę zastanawiające. Ale tylko odrobinę. - Zupełnie przypadkowo dowiedziałam się, że mamy sporo wspólnego. Obie nie pochodzimy stąd, ale... Ale zaaklimatyzowałyśmy się może nieco lepiej niż inni. W zasadzie z zaaklimatyzowaniem się mam problem i o tym właśnie chciałam z tobą porozmawiać, ale... - wyrzuciła z siebie znacznie szybciej, niż by należało i dopiero wtedy zorientowała się, że to może nie być najlepsza taktyka. Wzniosła oczy ku górze i westchnęła ciężko, zanim ponownie spojrzała na czekającą nadal kelnerkę. - Boże, pewnie nic nie rozumiesz z tego bełkotu. Chodzi mi o to, że obie wiemy o czymś, o czym teoretycznie, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, nie powinnyśmy wiedzieć. To nie jest odpowiednie miejsce, żeby o tym rozmawiać, ale gdybyś mogła... Gdybyś chciała poświęcić mi chwilę, to pewnie zrobiłoby mi się raźniej. Coś w tym stylu - zakończyła odrobinę niezręcznie, nieprzyzwyczajona do proszenia o cokolwiek. Oparła dłonie na stoliku i skinęła głową, jak gdyby dla zwieńczenia tej wypowiedzi. Nadal nie miała pojęcia, czy Jane cokolwiek zrozumiała, ale uznała, że nic więcej w tych okolicznościach nie może zdradzić. Co prawda mówiła najciszej, jak potrafiła, ale... Czy to naprawdę miało jakieś znaczenie? Wieści i tak mogły dotrzeć do niepowołanych uszu. Albo "uszu".
- I tak, w zasadzie mogłabym zjeść te naleśniki - dodała, posyłając Jane uprzejmy, choć trochę sztuczny uśmiech.
────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────