JustPaste.it
 
 

W miasteczku tak niedużym i tak specyficznym jak Alpen Claire popularność baru mlecznego wydawałaby się raczej wątpliwą możliwością. Kto zechce wydawać ciężko zarobione pieniądze na wysłużony zestaw Frytki i Burger czy Shake Dnia z odrobinę za dużą ilością bitej śmietany? Nawet turyści powinni się byli poznać – w końcu Club Diner nie był reprezentantem tradycyjnej kuchni, a zlepkiem najbardziej popularnych opcji z możliwych. Tych tłustych, słodkich, ociekających keczupem i sosem klonowym opcji...

A jednak. Każde małe miasteczko musiało mieć swój malutki bar z naleśnikami serwowanymi na śniadania, świętą dolewką czarnej kawy i kelnerkami, które wyciągały notesiki z kieszonek mundurków jeszcze zanim gość dobrze rozsiadł się w swoim boksie.

- Co dzisiaj, złotko?

Pytały, znając doskonale przyzwyczajenia odwiedzających – ten wstępował po nocnej zmianie na kawę, żeby choć trochę odegnać wieczorne przepicie; tamta para gołąbeczków była na czwartej randce i nie przeszkadzało im, że mają po czterdzieści lat; ta inna uciekała przed czwórką wrzeszczących dzieci i chociaż nie znosiła swojej obecnej pracy, nie wyobrażała sobie, by rzucić ją i zostać zmuszoną do przebywania w domowym przedszkolu. Nie wiedziała jeszcze, że pochłaniany każdego popołudnia kawałek ciastka skończy się za kilka miesięcy nieprzyjemnym komentarzem męża, zatrzaśniętymi drzwiami i separacją, o której będzie bardzo głośno.

Club Diner był świadkiem wielu scen. Rodzinnych scen. Scenek zazdrości. Dłużących się, szarych jak codzienność scen wypełnionych pomrukami nad pudełkiem frytek lub mieleniem burgera. Bardzo wiele ścieżek się tutaj krzyżowało, niektóre stykały się po raz pierwszy, inne rozchodziły tymczasowo, by powrócić. Wszyscy powracali, bo Club Diner był jedynym tak uroczym miejscem w całym Alpen Claire i każdy mieszkaniec prędzej czy później spotkał się z okazją doskonałą do świętowania właśnie tutaj.

Jane odnajdywała się tu bardzo dobrze. Wydawało się jej, że przeszła już pracą na wylot i stopiła się ze swoją funkcją jak poprawnie skonstruowana maszyna – miała w końcu na to całe trzy lata, długie trzy lata mieszkania w Alpen Claire! – ale praca przeszła też nią, dopasowując się do jej e p i z o d ów, jak z braku lepszego nazewnictwa definiować należało ubytki w jej pamięci. Lubiła tu przychodzić. Czuła się tu bezpiecznie. Uwielbiała poznawać historie tkwiące za talerzami tostów i wilgotnymi śladami po szklankach mrożonej herbaty. Z tej perspektywy miasteczko i jego mieszkańcy mieli wiele uroku. I nawet zmieniające się prędko twarze Zesłanych nie robiły wrażenia.

Czasem zapominała nawet, że do n i c h sama należy.

Cały dzień - to było bardzo proste. Notesik, uśmiech, podskoczenie do stolika. Uśmiech. Zamówienie. Stara kasa brzęczała za każdym razem, gdy któraś z dwóch pozostających na zmianie kelnerek robiła podsumowanie zakupu. Pachniało słodko - ale z domieszką głębokiego tłuszczu, w którym dochodziła świeża porcja frytek. Ten tłusty zapach był chyba najprzyjemniejszym, co mogło spotkać człowieka po ciężkim dniu.

- Dzień dobry! Przypominam o naszej akcji z naklejkami, zbierz pięć, a szósty posiłek będzie gratis. Polecam pierś z kurczaka albo naleśniki z sosem malinowym. Co podać?

Formułkę wypaliła jak z procy, ale uważniejsze spojrzenie na siedzącą przy stoliku kobietę przyprawiło ją o dziwne uczucie... To było coś w jej spojrzeniu czy w całej postawie ciała? Jane odniosła wrażenie, że w tym przypadku nie będzie mowy o puszystych naleśnikach. Intuicja, tak, podobno to czasem objawiało się silnym, wewnętrznym ostrzeżeniem. Właśnie doświadczyła czegoś takiego.

 ━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀