JustPaste.it

Jᴇsᴛ ᴍɪ sᴍᴜᴛɴᴏ ɪ ᴄᴢᴜᴊę ᴊᴜż ɴɪᴇ ᴍᴏɢę﹐
Mᴏᴊᴇ ʀᴏᴢᴊᴇʙᴀɴᴇ ᴊᴜᴛʀᴏ ʟᴇżʏ ɴᴀ ᴘᴏᴅłᴏᴅᴢᴇ﹐
Wᴛᴇᴅʏ Tʏ ᴘʀᴢʏᴄʜᴏᴅᴢɪsᴢ ɴᴀ ᴍᴏ́ᴊ ᴋᴏɴᴄᴇʀᴛ.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Nie byłem do końca pewien, czy głowę rozsadza mi bardziej dźwięk mojego bijącego serca, czy może jednak równomierne piszczenie aparatury szpitalnej, która jest podpięta pod moje ciało. Wiadome było dla mnie tylko jedno... Czułem się błogo i to w tym dziwniejszym sensie znaczeniu tego słowa. Po części miałem wrażenie jakbym się unosił, mój umysł dryfował gdzieś między snem, a jawą, ciało jakby straciło zmysł dotyku, węchu, smaku, a słuch był niezwykle przytępiony, zupełnie jakbym trzymał głowę pod wodą. Chcąc ścisnąć dłoń brata swoją nie byłem do końca pewien czy aby na pewno chłopak trzyma mnie za rękę, czy to tylko mózg płata mi figle i to dziwne uczucie ciepła jest iluzją. Potwierdzenie moich przypuszczeń, że jednak brat jest przy mnie dotarło do mnie po jakimś czasie, kiedy usłyszane słowa zlepiły się w zwięzłą i w miarę logiczną całość. Mój mózg jednak był zbyt zmęczony na to, żeby jakoś specjalnie je interpretować, więc tylko pogodziłem się z myślą, że mojemu bratu nic nie jest i nic nie zagraża. I jak mam być do końca szczery z sobą, to tylko ta informacja liczyła się dla mnie najbardziej w tym momencie. Jakoś fakt, że nie byłem w stanie otworzyć oczu, zszedł na dalszy plan.

 

Powoli moje zmysły zaczęły się na nowo wyostrzać. Nie słyszałem już w uszach bicia własnego serca, a uciążliwe pikanie maszyn ustało i mój mózg przestał je po prostu rejestrować. Zamiast tego dochodził do mnie złamany głos brata. Słyszałem jego słowa, rozumiałem ich sens, ale za nic nie mogłem dopatrzeć się jakiejkolwiek przyczyny jego przeprosin. - Mez... spokojnie... - powiedziałem słabo, dość łamiącym się głosem, kiedy chłopak ujął moją twarz w dłonie i przysunął się, niemiłosiernie płacząc i użalając się nad całą tą sytuacją. - Nie mogę... otworzyć oczu... - odparłem w końcu zniecierpliwiony tym faktem, chciałem w końcu rozchylić powieki, spojrzeć na brata i na własne oczy stwierdzić, że rzeczywiście nic mu nie jest. Na to jednak musiałem jednak poczekać, ale nawet wtedy mogłem rozchylić tylko powiekę lewego oka i dopiero wtedy do mnie dotarło, że mam zabandażowaną większość twarzy. Pierwsi lekarze do mojego pokoju weszli dopiero po jakimś czasie, ale ich miny ani trochę mi się nie podobały i też nieco zaczęli owijać w bawełnę, aż jeden z nich po prostu nie wytrzymał. - Masz w oku odłamek granatu, którego nie byliśmy w stanie usunąć... Przykro nam, ale już nigdy nie odzyskasz wzroku w prawym oku, ale lewe po drobnej rehabilitacji powinno działać normalnie. To samo tyczy się ciała, po kilki tygodniach wszystko powinno wrócić do normy. - odparł młody lekarz, a mnie dosłownie zamroziło. - Co?... - szepnąłem i zdezorientowany spojrzałem na Meza, ale jego spojrzenie... - Nie... Nie... - powtórzyłem nie mogąc się pogodzić z tym bądź co bądź wyrokiem. Słowa doktora były dla mnie dosłownie jak usłyszenie skazania na dożywocie. I tak się dosłownie czułem, jakby mentalne kajdany zaciskały się na moich rękach, a umysł... Gdzieś na chwilę utknął i nie mógł się wyrwać, a nawet dalsze słowa lekarzy nic na to nie poradziły i tylko odwróciłem głowę. Nie mogłem się dosłownie pogodzić z tym wszystkim...

 

Czułem się... Nijaki, chociaż nie jestem pewien, czy to aby na pewno dobre określenie tego stanu. W jednym momencie straciłem sens wstawania z łóżka, bo fakt, że straciłem wzrok jest dożywotnim wyrokiem. Nie zdziwię się, że lider jak tylko dowie się o moim stanie wystawi nagrodę za moją głowę, na Meza i na Cynthię w obawie, że nasza trójka zacznie kurwa sypać i to wszystko stanie się przeze mnie. To wszystko to moja wina, bo kurwa zawiodłem i przyszło mi zapłacić najwyższą cenę. Już lepiej byłoby, żebym zginął, bo przynajmniej nie musiałbym żyć ze świadomością, że wykluczą mnie z dotychczasowego życia, bo stanę się dla nich całkowicie niepotrzebny. Śmieć, którego w każdej chwili można wyrzucić i nie odczuje się tego w jakikolwiek sposób. Właśnie tak się czułem, a słysząc ciągłe przeprosiny brata, słysząc jak płacze, widząc jak łzy ciągle leją się po jego zmartwionej twarzyczce za każdym razem kiedy kieruje na mnie swoje spojrzenie... Czułem się wtedy jeszcze gorzej, bo widziałem do jakiego stanu doprowadziłem własnego brata, osobę którą przyrzekałem chronić za wszelką cenę, obiecałem, że już nigdy nie będzie musiał przez nikogo płakać... Zawiodłem jako brat... Zawiodłem jako ukochany... Zawiodłem jako przyjaciel, jako ktoś kto jest wzorem... Teraz jestem już po prostu nikim, a nieobecność miłości mojego życia, fakt że mnie zostawiła tym bardziej mnie dołował...

1528f4b3e5d13c4e9d37c81d89f49f45.gif

Zatapiając się coraz bardziej w swoich myślach czułem jak chęci do życia maleją, codzienne otwieranie oka traciło sens, nie wiedziałem po co pielęgniarki przychodzą, zmieniając kroplówki, bo w dalszym ciągu nie byłem w stanie jeść normalnie. Czułem się i byłem wrakiem człowieka, nic nie miało dla mnie sensu, nie widziałem powodów do dalszego życia, aż w końcu, któregoś dnia usłyszałem rozmowę lekarzy przechodzących nocą po korytarzu, kiedy Mezo spał jak zabity, wymęczony czuwaniem nade mną, a ja nie byłem w stanie mrużyć oka. - Chcę spróbować... - powiedziałem, kiedy stanąłem nieco niepewnie w drzwiach swojego pokoju, a lekarze aż podskoczyli przerażeni moim głosem. Pewnie nie spodziewali się, że ktoś może nie spać o tak późnej nocnej godzinie. - Nie do końca rozumiem... - zaczął jeden, a ja od razu zawarczałem, bo w końcu pojawiła się dla mnie nadzieja, a ja za wszelką cenę chciałem z niej skorzystać.

 

Operacja okazała się być dla mnie nie tyle ryzykowna pod względem tego, że mogę stracić wzrok, bo to już się stało, ale mogło dojść do uszkodzenia mózgu, ale ja nie widziałem wyboru, byłem zdecydowany i pewny swego, nawet jeśli miałbym przypłacić to sprawnością umysłową. O dziwo, kiedy Mezo był przy mojej rozmowie z lekarzami na ten temat nie odezwał się ani słowem i chociaż moja podświadomość wręcz krzyczała, że brat nie do końca chce zgodzić się z moją decyzją, to jednak nie czuje się na siłach, żeby chociaż spróbować mnie od tego odwieźć. Ostatecznie jednak doszło do operacji, która poza pięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem powodzenia, bo albo się uda, albo nie, to niosła za sobą prawdopodobne niebezpieczeństwo i znikomą możliwość poprawy mojego aktualnego stanu, ale to była dla mnie ostatnia deska ratunku. Długo czekałem na jakiekolwiek rezultaty związane z zabiegiem, ale długo nie mogłem się doczekać czegokolwiek, drobnego słowa, a nawet kiedy zmieniano mi opatrunki, zabroniono mi otwierania oczu.

 

Jednak ja jak to ja w końcu musiałem stracić cierpliwość. Poszedłem do łazienki, która znajdowała się w moim pokoju, oczywiście po omacku i zdjąłem ze ściany lustro, które po powrocie do pokoju, położyłem na łóżku. Usiadłem na skraju materaca i powoli zacząłem odwijać stertę bandaży. Pasek za paskiem, powoli i ostrożnie nie zważając nawet na to, że usłyszałem czyjeś wejście do pokoju. - Joel - usłyszałem spanikowany głos brata, a zaraz jego szybkie kroki w moją stronę, by ostatecznie poczuć, jak chwyta moje dłonie, swoimi lodowatymi chcąc powstrzymać od całkowitego zdjęcia opatrunków. - Mezo, proszę... pozwól mi... - powiedziałem cicho w odruchu kierując twarz w jego stronę, jakbym chciał na niego spojrzeć. Ten gest wykonywałem raczej przez fakt, że byłem do tego przyzwyczajony, bo niestety oboje moich oczu było zasłoniętych, więc jedyne co widziałem od kilku dni to całkowita ciemność i już po prostu zacząłem przez to nieco wariować.

 

Ostatecznie to sam Mezo pomógł mi się całkiem pozbyć bandaży co oczywiście nie obyło się bez uronionych przez niego łez. Nie musiałem jednak ich widzieć, żeby być świadomy ich pojawienia się w jego, pewnie już spuchniętych oczach. Dlatego podniosłem ręce i powoli wyczułem opuszkami palców jego policzki, tam ułożyłem dłonie i kciukami, bardzo ostrożnie i delikatnie ścierałem kolejne łzy spływające po jego skórze. - Nie płacz, proszę... Wszystko w porządku... - odparłem, ale sam do końca nie wierzyłem we własne słowa. I będąc szczerym to niewiele myliłem się w swoim przeczuciu. Kiedy opatrunki całkowicie opuściły moją twarz powoli rozchyliłem powieli. Robiłem to z dużym trudem, ale kiedy już to się stało... Zamarłem. Obraz przed moimi oczami był całkowicie zamazany, widziałem wszystko nie tyle jakby było za mgłą, ale... jakbym nagrywał film, kiedy aparat nie zdołał złapać fokus'a i ten efekt utrzymywał się przez dłuższą chwilę. Dopiero stopniowo wszystko jakby wracało do normy, ale tylko pozornie. Dalej widziałem dość dziwnie i nie jestem w stanie tego opisać, ale wystarczyło, żebym przysłonił najpierw jedno, a potem drugie oko, żeby zrozumieć, że operacja się nie powiodła i może nie byłem kompletnie ślepy na prawe oko jak podejrzewali lekarze, ale widzenie jasnych zarysów i jakiś plam, które w rzeczywistości były jakimiś przedmiotami, czy osobami, nie było jakimś specjalnym pocieszeniem w tej sytuacji.

de2be18b21759ab520fa47c2729fbb6c.gif

Nie pozwoliłem sobie ponownie zasłonić oczu, a co więcej zażądałem wypuszczenia ze szpitala. Chciałem się już po prostu znaleźć w domu, wśród czterech ścian, które tak dobrze znam, nawet jeśli i tak codziennie musiałbym przyjeżdżać na kontrolę. Byłem gotów to zrobić, ale nawet mój rodzony brat miał inne plany i nie liczył się z moim zdaniem i chociaż wyraźnie powiedziałem, że nie chcę mieszkać w jego domu, tylko chcę wracać do naszego, ten i tak zrobił po swojemu. Coś mi przez to mówiło, że chce mieć świadomość, że nic nie zrobię głupiego przez wzgląd, że nie znam tamtego domu i przez jakiś czas sprawdzała się taka praktyka Meza. Drugiego dnia po powrocie ze szpitala Mezo stwierdził, że pójdzie na jakieś zakupy na co ja mu jedynie odmruknąłem, że doszło to do mojej świadomości, chociaż zaczęło mnie coraz mniej interesować, gdzie aktualnie znajduje się mój brat, ani co robi, bo w końcu jest dorosły i nie będzie się wiecznie bawił w moją nianię. Po dobrym kwadransie użalania się nad sobą leżąc w nowym łóżku, zachciało mi się zapalić i to chyba po raz pierwszy od dość długiego czasu, w zasadzie to od dnia wypadku. Wiedząc, że pewnie przyzwyczajenie Meza do zostawiania papierosów w kuchni pozostało, wystarczyło mi się jedynie tam dostać... I już na samym starcie pojawiają się schody, ale jak już zachciało mi się fajek to z nałogiem nie wygrasz.

 

Z zamkniętymi z bólu spowodowanym badaniami oczami wstałem i przyległem dłońmi do ściany, która stała się moim wsparciem i swego rodzaju kierunkowskazem. Szedłem powoli, ostrożnie stawiając kolejne kroki i trzymając spuszczoną głowę starając się skupić i jakoś wyobrazić otaczającą mnie przestrzeń co było nie lada wyczynem, bo jednak wcześniej w tym domu byłem jedynie raz i nie miałem okazji dokładnie przyjrzeć się rozmieszczeniu pokoi, a co dopiero mebli w nich umieszczonych. Kierowałem się więc logikom, dochodząc do wnioski, że kuchnia będzie znajdowała się na parterze. Zostało mi więc dostać się do schodów i z nich już raczej prosta droga do kuchni, ale jednak najpierw trzeba do nich dotrzeć. Szedłem powoli wyostrzając swój słuch jak i dotyk, chcąc znaleźć w tym dwóch zmysłach jakąkolwiek wskazówkę, ale niestety zbędne było moje szukanie, więc brnąłem cały czas w ciemno, dosłownie i w przenośni. Nagle jednak natrafiłem na coś dłonią i mimowolnie przestraszyłem się nie spodziewając wyczuć pod palcami dość ciepłej przeszkody. Dopiero głos brata pytający mnie, gdzie chcę pójść, uspokoił mnie. - Chciałbym w końcu zapalić, więc pomyślałem, że zejdę do kuchni... - odparłem usilni przytrzymując się ściany jakby to była moja najstabilniejsza podpora, a jakbym tylko wziął z niej rękę, straciłbym równowagę i runął co nie było do końca prawdą. - Chodź, zaprowadzę cię... - odparł głos i zaraz poczułem jak ostrożnie ujmuje obie moje dłonie pozbawiając mnie ściany pod rękę i tak jak mówił, zaprowadził do kuchni robiąc ze mną powolne kroki i chociaż nic nie mówił, czułem jak prowadzi mnie, żebym był w stanie ominąć wszelkie przeszkody i bezpiecznie dotarł do odpowiedniego miejsca.

 

To był jednak zarazem pierwszy i ostatni taki raz, bo chociaż z jednej strony czułem się jakbym miał rzeczywiste wsparcie ze strony brata, to jednak moja zrujnowana psychika podpowiadała mi swoje, co z biegiem czasu stawało się nieznośne i niestety temu wszystkiego uległem, poddałem się nie widząc sensu dalszej walki o kolejny dzień. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale któregoś dnia po prostu podszedłem do drzwi swojego pokoju, zamknąłem je i przekręciłem klucz w zamku uniemożliwiając bratu wejście do środka. Słyszałem jak się dobijał. prosił, błagał we łzach, żebym otworzył drzwi, pozwolił mu wejść, albo chociaż się odezwał, żeby jakkolwiek dowiedzieć się, że nic mi nie jest i jestem po tej drugiej stronie drzwi, ale na nic takiego nie byłem w stanie się zdobyć i tylko siedziałem na parapecie, łóżku, albo pod drzwiami opierając się o nie plecami i słuchając kolejnych historii brata, który bezustannie siedział na podłodze na przeciwko wejścia z nadzieję, że w końcu otworzę drzwi, ale... Długo nic takiego się nie stało. 

 

Przez ostatnie kilka dni praktycznie nie wychodziłem ze swojego pokoju. Nie odsłaniałem rolet, nie wychodziłem nawet nic zjeść. Cieszyłem się jedynie, że łazienkę mam w pokoju, więc nie musiałem go opuszczać żeby wziąć prysznic. Udawałem, że mnie nie ma. Z bratem nie widziałem się w ogóle. Nawet kiedy słyszałem jak mnie woła, milczałem i udawałem, że mnie nie ma. Stałem się cieniem i wrakiem człowieka, nawet nie tyle fizycznie co psychicznie. W końcu nie łatwo pogodzić się z częściową utratą wzroku, kiedy twoja praca, w większym stopniu, polega właśnie na obserwacji. Te kilka dni najwyraźniej były mi potrzebne. Musiałem ochłonąć i przemyśleć kilka rzeczy. Te kilka dni mi jednak zupełnie wystarczyło, żeby dojść w zasadzie do jednego, jedynego wniosku. Nie mogę pozostać w miejscu. Problem jednak tkwi w tym, że w takim stanie lider nie będzie chciał mi przydzielać zleceń. W sumie to mu się nie dziwię, ale nie wiem co zrobię kiedy odstawienie pracy potrwa dłużej, nie wiem, tydzień, może dwa... Nie podlega jednak wątpliwości, że sam fakt niewykluczenia mnie całkowicie z dotychczasowego życia było największym zaskoczeniem w tym wszystkim.

 

Dzisiejszego poranka postanowiłem w końcu wyjść ze swojej ciemnicy. Odsłoniłem żaluzje w oknach, otworzyłem je, a kiedy się ubrałem zszedłem na dół. Nie było zbyt wcześnie. Wręcz w sam raz. Plus minus godzinę potrzebuje jeszcze Mezo, żeby zejść do kuchni. Znalazłem się tam pierwszy i zacząłem przygotowywać nam śniadanie. Oczywiście nie miało to być nic wykwintnego, zwykła jajecznica z szynką i może nawet tosty uda mi się zrobić nie doprowadzając do wystrzelenia kuchni w powietrze? Dawno nie spędzaliśmy ze sobą czasu, tak jak normalna godzina, nie mówiąc nawet o wspólnym posiłku. Albo nie było któregoś z nas dniami i nocami w domu, albo byliśmy zajęci, ewentualnie coś się wrzuciło na ruszt na mieście i wracało się do domu jedynie trochę przespać, żeby nie wyglądać jak rozwinięta mumia. Była niedziele, i nawet w gangsterskim świecie, jest to dzień w pewnym sensie wolny. Więc, mnie nie wezwą też z wiadomych powodów, a Mezo skoro wrócił do domu na noc, to wybędzie dopiero jutro rano. Zanim zabrałem się za przygotowanie posiłku, jakby automatycznie, sięgnąłem po telefon i puściłem muzykę. Wziąłem się do roboty nucąc pod nosem w pewnym sensie ciesząc się, że jednak coś widzę i może wyglądałem z daleka dość zabawnie, kiedy schylałem się na odległość dziesięciu centymetrów od przedmiotu, żeby cokolwiek dostrzec, to jednak gdzieś znalazłem w sobie siłę na to, żeby jednak to zrobić. Nim się obejrzałem, zacząłem śpiewać normalnym głosem, nie przejmując się totalnie niczym, tak jak miałem w zwyczaju to robić kilka lat temu. I może Mez stwierdziłby, że już jest ze mną przez to lepiej, ale ja doskonale wiedziałem, że to jest jedynie przykrywka dla czegoś znacznie gorszego niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

 

26ed9b9119ec93c2a4307f834a1a7f35.jpg9738b5ea51d6286e8b6a62ca480c5a11.jpg9f5f48cc99ad3283b18ba877d5af9c17.jpg

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━