
❝⠀♐⠀❞
????
To wcale nie tak, że boję się psów. Nie chodzi o ich ostre zęby, które ostrzegawczo pokazują. Nie chodzi o siłę, z jaką potrafią zacisnąć szczęki, przebijając się przez skórę, mięśnie, a niekiedy również i kości. Nie chodzi o silne łapy, zakończone pazurami, nawet jeśli nie są one tak ostre, jak u Gizmo. Nie chodzi o to, że potrafią być nieprzewidywalne, o to, że tak samo jak ludzie, potrafią polubić, bądź nie drugą osobę, ani nawet o to, że rozumieją, czują, reagują, że są żywymi istotami, a z reguły wszystko, co żyje, potrafi być niebezpieczne.
Nie boję się psów z tych wszystkich, dość oczywistych, powodów. Nie przez to, przez co rzeczywiście można się ich bać. Nie wzbudzają we mnie lęku przez to, przez co mogą wywołać go u innych osób.
Tego dnia, w którym doszło do incydentu, gdy całe moje dotychczas szczęśliwe i beztroskie życie przewróciło się do góry nogami, w jednej chwili okraszonej tragedią, która odbiła się na całej naszej rodzinie, ciągnąc się później wraz z wijącym wokół cierpieniem i zaglądającą w oczy apatycznością, tego dnia minąłem się z przygotowanym dla mnie mało szczęśliwym przeznaczeniem.
To nie ty powinnaś wtedy umrzeć, mamo.
Kolejne lata, gdy przyzwyczajałem się do noszonej maski, która zakrywała wcześniej tak podobną twarz do twojej [Oh, Diane, Sal to niemal idealna kopia Henry’ego pod wieloma względami, ale uroczy uśmiech odziedziczył po tobie.], mającej zapewnić komfort nie tylko mi, ale również innym osobom [Synu, gdzie twoja maska? Przecież miałeś ją nosić…], uchronić ich przed widokiem, który tobie na pewno nie przeszkadzałby tak bardzo, jak pozostałym, bo w końcu jesteś (byłaś) moją mamą i rozumiałaś i widziałaś tak wiele rzeczy, które dla innych były zagadką, pozostawały niewidoczne, kolejne lata, gdy czułem się jak zawieszony w próżni, odsuwając od siebie fakt, że ciebie już nie ma. Żyjąc w wytworzonej w dziecięcym umyśle iluzji, która chroniła mnie przed rozpadnięciem się na kawałki [Tato, kiedy mama wyjdzie ze szpitala? Cholera, Sal! Możemy nie robić tego dzisiaj? Po prostu za nią tęsknię.], gdy nie potrafiłem zrozumieć, czemu tata, zawsze przecież taki spokojny i okazujący nam tak wiele troski i miłości, nagle stał się chłodny, czemu był na mnie zły, choć przez większą część czasu starał się to ukryć [Ona nie żyje! Ona, kurwa, nie żyje! Mama nie wróci do domu!] i czemu, choć nigdy nie powiedział mi to wprost, obwinia mnie za to, że zniknęłaś z naszego życia. Kolejne lata, gdy iluzja powoli zaczęła pękać, a rzeczywistość wraz z okrutną i bolesną prawdą przebijały się przez wzniesiony przeze mnie mur, gdy wciskały się w każdą szczelinę, kolejne lata, gdy zrozumiałem tak wiele rzeczy i wiedziałem, czemu tata zaczął się zachowywać w podobny sposób. Gdy i ja zacząłem się obwiniać, to przez długi, niewiarygodnie długi czas nie potrafiłem przestać [Po prostu za nią tęsknię.], wciąż są momenty, gdy nie potrafię.
To nie ty powinnaś wtedy umrzeć, mamo. Kula, wystrzelona tamtego dnia z pistoletu, była przeznaczona dla mnie. Kula, przed którą osłoniłaś mnie własnym ciałem, biorąc najgorsze obrażenia na siebie, kula, która przeszła na wylot, uszkadzając tak wiele ważnych organów, kula, która końcowo odebrała ci życie, była przeznaczona dla mnie. Ten jeden wystrzał, niosący ze sobą śmierć, przed którym nie wahałaś się stanąć, by mnie uratować, ten jeden wystrzał, który miał dosięgnąć mnie, a dzięki tobie jedynie skazał mnie na życie w masce, gdy kula przeszyła cię, a jej odłamki trafiły mnie w twarz, gdy w matczynym odruchu przycisnęłaś mnie do siebie. Tamtego dnia to nie ty miałaś umrzeć, mamo. Tamtego dnia to ja miałem się pożegnać, z tobą, z tatą, z całym światem.
Poświęciłaś własne życie, by mnie ochronić. Byłaś najlepszą osobą, jaką znałem. Nigdy nie przestałem ci dziękować. Każdego dnia starałem się żyć ze świadomością twojego poświęcenia, żyć jak najlepiej, by nie poszło ono na marne.
Przez tak wiele lat była tylko jedna rzecz, której nie potrafiłem zrozumieć, [A co z człowiekiem z twarzą psa? Już to przerabialiśmy. Nikt mi nie wierzy. Ale widziałem człowieka-psa. Wystarczy, Sal.], rzecz, która w tym wszystkim pozostawała nie dającą mi spokoju zagadką, rzecz, powtarzana przeze mnie za każdym razem, gdy lekarze, policja, a nawet tata pytał o to, co się wtedy wydarzyło. Rzecz, którą wszyscy przypisali dziecięcej, zbyt wybujałej wyobraźni, rzecz, w którą – ich zdaniem – musiałem przelać swój strach, ucieleśnić go w zrozumiały dla dziecka sposób. Ale ja doskonale wiedziałem, co zobaczyłem tamtego dnia, wiedziałem, że człowiek z głową psa, który wymierzył we mnie broń, a później strzelił, był prawdziwy. I ty też to wiedziałaś, mamo. Stanęłaś pomiędzy nim, pomiędzy człowiekiem, który zamiast ludzkiej, miał głowę psa, a mną, w momencie wystrzału. Widziałaś go, tak samo wyraźnie jak ja. Widzieliśmy go oboje.
Nie boję się psów, dlatego, że mają ostre zęby. A dlatego, że ty, mamo, w tamtej chwili się bałaś, dlatego, że pies (maska psa), było ostatnim, co zobaczyłaś. A pomimo strachu o mnie, który ucieleśnił się w tej postaci, nie pozwoliłaś przejąć mu nad sobą kontroli. Nie boję się psów, dlatego, że potrafią ugryźć. Boję się ich, bo przez jedną chwilę były one dla ciebie największym lękiem; lękiem, którego nie miałaś okazji się pozbyć, stając z nim twarzą w twarz, ten jeden, jedyny raz, a zarazem ostatni. I boję się, że nigdy nie będę tak dobry i odważny jak ty, że gdyby kiedyś przyszło mi stanąć przed podobnym wyborem, [Sal, przepraszam, stary. Proszę, nie obwiniaj siebie. Przepraszasz za co? O czym ty mówisz? Muszę odejść. Obyś nie robił niczego głupiego. Już za późno. Niebawem odejdę. Przestań się wygłupiać, Larry. To nie jest zabawne.] gdyby życie osoby, która stałaby się dla mnie ważna [… Hej? … Larry?], gdyby ta jedna osoba miała na mnie polegać [Odbierz. Odbierz telefon, Larry… Lepiej, żebyś odebrał…], to boję się tego, że mógłbym się przez moment zawahać [O, Boże. Larry…], a ten moment, ten jeden moment zawahania, kosztowałby mnie wszystko.
