Arcybiskup co pachnie krwią

Wczoraj w Łodzi abp Marek Jędraszewski powiedział z ambony, że jesteśmy morderczą czerwoną zarazą. Że my wszyscy - walczący z biciem kobiet, popierający prawa transseksualistów i niepłodnych małżeństw - jesteśmy jak stalinowcy. Że chcemy, by Polacy "legli pokotem".

Według niego jesteśmy zdrajcami i jesteśmy jak epidemia. Dosłownie: arcybiskup użył słowa "zaraza". I dodał "lewacka". "Ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak przerażający w skutkach jest jej zamiar, byśmy legli tu wszyscy pokotem?" - zapytał.

 

Takie słowa coraz częściej padają w Polsce. W internecie i w prasie prawicowej trwa "patriotyczne wzmożenie", które sprawiło, że słowo "patriota" trudno traktować inaczej niż wyzwisko. Gorzkie wyzwisko. Im bliżej władzy jest PiS, tym częściej czyta się i słyszy "prawdziwych Polaków", którzy wciąż mówią o stryczku i kuli w łeb. To dla lemingów, bo dla imigrantów internauci - i to wcale nie anonimowi - chcą otwierać obozy zagłady. "Dzień pomsty" za in vitro zapowiadają nawet dziennikarze sportowi, jak Paweł Zarzeczny z "Polska The Times". "Fronda" otwarcie wychwala palenie "czarownic" na stosach. A już od wielu - zbyt wielu - miesięcy w polskich mediach straszy ksiądz Oko przypisujący homoseksualistom cechy nieludzkie, a ateistom - mordercze.

Takich słów nie używa się bez konsekwencji. Mówienie o ludzkiej zarazie niesie śmierć. Hasło "ŻYD=WSZY=TYFUS PLAMISTY" poprzedziło Holocaust. W latach 30., tuż przed Wielką Rzezią, miała miejsce eksplozja "słownej agresji przygotowawczej". Nie tylko w Niemczech. "Czysta, niczym nie zmącona nienawiść stanowiła dominującą cechę życia społecznego już w drugiej połowie lat trzydziestych" - pisze Frederic Spotts o Francji w książce "Haniebny pokój". "Sytuacja była na tyle nieciekawa, że Georges Simenon, człowiek prawicy, którego trudno posądzić o społecznikowskie odruchy, postanowił powołać organizację mającą na celu neutralizowanie tego zjawiska. Przygotowano specjalne naszywki ze sloganem BEZ NIENAWIŚCI i wydrukowano plakaty z hasłem: TY MASZ SWOJE POGLĄDY, JA MAM SWOJE - WYRAŻAJMY JE BEZ NIENAWIŚCI (...) Cała akcja nie przyniosła żadnych widocznych rezultatów".

No właśnie. Co mógł dać apel pisarza - nawet tak zdolnego i poczytnego jak Simenon - gdy z radia i gazet lała się bez przerwy czysta nienawiść do Żydów i masonów?

I dzisiaj - gdy podobna nienawiść do lewicowców, feministek i homoseksualistów leje się nawet z najwyższych ambon - co może przynieść apel tak zdolnego pisarza jak Wojciech Tochman?

"Znam tę ludobójczą gadkę z Rwandy. To mowa nienawiści, która poprzedza zabijanie. To gęstniejący zapach pogromu. Jeśli do niego dojdzie, historia zapamięta, że stało się to za prezydentury Andrzeja Dudy. Polaka katolika, który ocalił hostię" - kilka dni temu napisał Tochman w tekście pod tytułem "Zapach".

Tochman pyta: co jest nie tak z katolickim wychowaniem prezydenta Dudy i innych polskich katolików? Oni z coraz większym zapałem wykluczają, piętnują i potępiają swoich bliźnich. Robią to w sposób jednoznacznie zapowiadający pogrom, terror, może nawet wojnę domową. Jak to jest, że religia katolicka, ze swym nauczaniem i swą moralnością, nie ochroniła ich przed kultem hejtu?

Odpowiedź jest straszna. To nie jest tak, że katolicyzm słabo chroni umysły katolików przed nienawiścią. Katolicyzm w katolickich umysłach tę nienawiść nieustannie zaszczepia - i to coraz bardziej zawzięcie. Potwierdził nam to właśnie abp Jędraszewski.

Oczywiście, wiem, że katolicyzm to nie tylko to. To także Franciszek z Asyżu i Franciszek w Rzymie. To Jan Turnau, którego czytam. To wybitny charyzmatyczny kaznodzieja dominikański Adam Szustak, którego słucham - czasem z uśmiechem, ale czasem z podziwem. To kilka osób bardzo dla mnie ważnych, z którymi się przyjaźnię.

Ale w Polsce XXI wieku katolicyzm stał się przede wszystkim tym. Inspiracją dla nienawiści, która przywołuje sznur i kulę, a czasem nawet komorę gazową. Trudno tej inspiracji nie rozpoznać - i nie nazwać po imieniu - gdy kolejny hejter rozczula się nad kilkukomórkowymi zarodkami (bo one są "ludźmi"). A zaraz potem chce zabijać gejów (bo oni żyją w grzechu i są "zarazą", więc prawo do życia im nie przysługuje).

W tej sytuacji katolicy "otwarci" stają się w Polsce kwiatkiem do kożucha. Kożucha, który coraz bardziej śmierdzi krwią.

Oczywiście, zaraz ktoś przytoczy tu statystyki, z których wynika, że ci "otwarci" stanowią w Polsce większość. Według CBOS ortodoksyjni katolicy - znający i wierzący we wszystkie dogmaty katolickie, równocześnie odrzucający wszelkie elementy wierzeń pozachrześcijańskich - stanowią tylko 5 proc. Polaków. Masy katolickie wierzą w bardzo różne rzeczy.

Jednak to nie znaczy, że są one "otwarte". Wśród różnych rzeczy, w które te masy wierzą, jest też płynąca z ambon kato-nienawiść. I najwyraźniej jest ogromnie popularna. Bo w innych sondażach, sondażach politycznych, kato-nienawistny PiS zbliża się do 50-procentowego poparcia. A razem z narodowcami, Kukizami, Korwinami, Braunami i innymi kato-nienawistnikami zbierze się tego więcej niż połowa narodu. Na pewno frustracja wynikająca z biedy ma wpływ na takie wybory polityczne. Ale ona właśnie pomaga ludziom akceptować nienawistne ideologie. I tak się dzieje, że ze wszystkich nienawistnych ideologii najchętniej akceptowany jest kato-hejt. Oczywiście nierozłącznie stopiony w jedno z nacjonalizmem ("Polak-katolik"). Nawet gdy nienawidzący tłum nie uznaje lub nie rozumie rozmaitych katolickich dogmatów i innych teologicznych subtelności, to chętnie akceptuje "teologiczne" usprawiedliwienie dla rozkoszy nienawiści. A katoliccy duchowni i publicyści jeszcze chętniej mu tego usprawiedliwienia dostarczają.

W tej sytuacji muszę zapytać wszystkich katolików naprawdę "otwartych": czemu jeszcze bierzecie w tym udział? Choćby bierny - znosząc cicho nienawiść z ambony? Czemu głośno nie przerwiecie księdzu, nawet i arcybiskupowi, gdy podczas kazania wymiotuje żółcią na was i pół Polski? Czemu nie wystąpicie z polskiego Kościoła katolickiego, który coraz mniej godny jest miana Kościoła? Czemu samą pasywną obecnością w strukturach i papierach tej organizacji nabijacie jej statystyki?

Przecież dobrze wiecie, że Chrystus i chrześcijaństwo nie ograniczają się do jednej firmy.

Mój apel zapewne zostanie oceniony jako przesadny (polskim katolikom trudno jest sobie wyobrazić, jak w Polsce czuje się niekatolik). I zapewne nic nie da, bo apele pisarzy rzadko są skuteczne (nawet Simenon w swoim czasie nie dał rady).

Ale nie mogę nie apelować. Bo się boję. Boję się tego, co może się stać w naszym kraju. Pamiętam, co się działo w 1991 roku w Mławie. Był pogrom Romów. Pamiętam katolickie ataki na dom dzieci zarażonych wirusem HIV. A 15 lat temu w Płocku był nawet pogrom "satanistów". Katolicy z nożami biegali za długowłosymi mężczyznami.

Boję się, że będą bić. Zaczynam się bać, że będą zabijać. A przede wszystkim boję się, że zabiją mi duszę. Że się do nich upodobnię i zduszę w sobie to, co ludzkie i boskie. Że walcząc z nimi, zacznę walczyć podobnymi metodami. Że kato-faszyści zrobią ze mnie stalinistę.

Po przeczytaniu kazania abp. Jędraszewskiego złapałem się na tym, że myśląc o katolikach, użyłem w głowie tego słowa.

Zaraza.

 

 

 

 

Źródło: Tomasz Piątek