━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
No rzesz kurwa, ja pierdole, dzień dobry. Ledwo otworzyłem oczy już wiedziałem, że ten dzień do najlepszych należał nie będzie. Obudził mnie garnek zimnej wody wylanej na twarz za uprzejmością mojej kochanej kobiety o godzinie punkt szóstej, a zaraz mój rozanielony syn zaczął po mnie skakać. Spojrzałem w sufit z głośnym westchnięciem przeczesując mokre włosy. Oszaleję z tą kobietą. Niechętnie wstałem z łóżka wyciągany przez syna, który jeszcze cieszy się pięknej szkolnej edukacji zanim zrozumie, że cały ten system jest chuja warty. Udałem się pod prysznic, zaraz potem ubrałem i zleciłem pokojówce posprzątanie tego co narobiła moja małżonka, niech ją piekło pochłonie... Z drugiej strony niech już sobie egzystuje, bo przynajmniej Minhyung ma z kim spędzać czas, gdy ja nie mogę się wyrwać z roboty. Dalej zaspany i nieusatysfakcjonowany wczorajszym brakiem pożądanych ekscesów, wypiłem kawę w swoim gabinecie, by ominąć wyjątkowo natarczywą żonę. Dzisiaj miała być kolacja u jej rodziców, czy ki cholera? Z westchnieniem ulgi zobaczyłem, że na dzisiejszy dzień mam tylko zaplanowaną rozmowę z producentem, a Mordor w postaci kolacji u teściów zaszczyci mnie dopiero w przyszłym tygodniu. Jeszcze nie trzeba prosić się o śmierć. Pamiętacie jak wspominałem, że ten dzień do najlepszych nie będzie należał? Otóż zaczęło się zaraz po tym jak odwiozłem syna do szkoły i udałem do wytwórni. A w zasadzie tam chciałem się udać, ale ściągnął mnie dość pilny telefon on moich pracowników związanych z szemranymi interesami. Dwójka wysłanników wpadła głębiej niż ćwierć dolarówka w gówno.
Resztę dnia spędziłem w siedzibie zamknięty na cztery spusty, żeby przypadkiem, któryś inteligent nie postanowił mnie wkurwić jeszcze bardziej... Otóż się przeliczyłem, bo jednak istnieje coś takiego jak telefon, którego nie mogę wyciszyć, bo zaraz coś się spierdoli, a nie potrzebuję, żeby gówno śmierdziało jeszcze bardziej. W końcu łaskawie skierowałem spojrzenie na wyświetlacz, a dostrzegając że dostałem wiadomość od mojego drogiego przyjaciela, nie miałem zamiaru go ignorować. Przynajmniej będę miał tyle uciechy w tym dniu, bo on zawsze musi coś odpierdolić. I tym razem się nie pomyliłem, a przyjaciel zaszczycił mnie takimi oto wiadomościami:


Wieczorem na szczęście byłem już w domu, ale jak zawsze robota poszła za mną. Miałem już serdecznie dość po całym dniu siedzenia nad papierami i najchętniej bym to popierdolił, ale nikt tego za mnie nie zrobi, a szkoda. Już mało ogarniając co się koło mnie dzieje, będąc całkowicie pochłonięty przez to co wychodzi spod moich rąk, że zgarnąłem pierwszą lepszą rzecz z szuflady, chcąc spiąć grzywkę, która zdecydowanie prosi się o ścięcie. Spiąłem białą grzywką oczojebnie zieloną gumką, najpewniej mojej żony i sięgnąłem z powrotem po długopis... z czerwonym samochodzikiem przyczepionym do skuwki należącym do mojego syna. Skąd te rzeczy wzięły się w moim biurze? Nie mam zielonego pojęcia, ale ciii. W końcu z zamyślenia i drobnego otępienia wyrwało mnie pukanie...wróć... pierdolniecie w drzwi. - Proszę... - rzuciłem nawet nie kwapiąc się do podniesienia wzroku. Dopiero słysząc głos JK, spojrzałem na niego, a zaraz potem na długopis, który dalej dzierżyłem w dłoni. - Z tobą wszystko w porządku? - zapytał wyraźnie hamując śmiech. Zrobiłem zniesmaczoną minę i podniosłem wyżej długopis syna. - No nie wiem, sam powiedz. - odparłem rzucając wszystko i przeciągając, przez co strzeliło mi kilka zastanych kości. - Och, kończę się... nareszcie... - zaśmiałem się cicho spoglądając na browarki, które przyniósł mężczyzna. - Twój tyłek czuje się wystarczająco doceniony, czy trzeba się tym jeszcze zająć? - zaśmiałem się biorąc od niego butelkę, otworzyłem ją od razu zaspokajając pierwsze pragnienie, co skutkowało opróżnieniem połowy butelki.



━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━