
Wilk nie wiedział, co było tego przyczyną – obecność starszego brata dodająca otuchy, fakt, że znaleźli się z Nicolasem poniekąd w ich rodzinnych stronach, jako że Asther właśnie spośród wikingów się wywodziła, przychylność i gościnność tutejszych ludzi, czy może po prostu wcale niesłabe trunki, którymi byli raczeni już od kilku godzin – ale im dłużej przebywali w wikińskiej wiosce, tym lepiej i swobodniej się czuł. Nieprzyjemności przemiany zostały już spłukane przez wciąż dolewane napitki, a siły uzupełnione dzięki obfitości znajdujących się na stole potraw, które ze względu na prostotę przyrządzenia i głównie mięsny charakter przypasowały wilczemu podniebieniu. Przestało mu nawet przeszkadzać wciąż niesłabnące zainteresowanie ze strony mieszkańców; zaczął odwzajemniać posyłane mu spojrzenia i uśmiechy, podobnie jak kambion, który już od samego początku sprawiał wrażenie zadowolonego z bycia w centrum uwagi.
Dlatego też, gdy jasnowłosa, która dotychczas krzątała się przy ich stole częściej niż było to konieczne, oznajmiła, że pokaże im ich tymczasowy dom, lykan z ociąganiem wstał ze swojego miejsca, biorąc na drogę jeszcze spory łyk pitego właśnie trunku – nie wiedział dokładnie co to było, jednak całkiem mu zasmakowało.
Droga w towarzystwie dziewczyny, która, jak okazało się kiedy dotarli na miejsce, miała na imię Åse, była dość przyjemna. Wioska mimo powoli zapadającego zmierzchu wciąż tętniła życiem, ludzie byli zajęci prozą codzienności, w którą niespodziewanie wkroczyły dwa, uznawane przez nich za boskie stwory, którym tak naprawdę o wiele bliżej było do czegoś boskości zdecydowanie przeciwnego.
Sarrazin rzecz jasna nie zapominał o tym, że mieli do wykonania misję; wciąż z tyłu głowy tkwiła mu świadomość tego, że od powodzenia powierzonego im przez Ingri zadania zależały ich dalsze losy oraz to, czy w ogóle uda się im się stąd wydostać. Skoro jednak już znaleźli się w takim miejscu, to chciał w pełni to nowe doświadczenie wykorzystać. Chłonął więc wszystkimi zmysłami otaczający go nieznany świat przodków, wszelkie widoki, zapachy, odczucia i smaki, stwierdzając, że w gruncie rzeczy takie proste życie nie było wcale złe.
Chata, która została im przydzielona, okazywała się stać na uboczu, w dodatku przy brzegu morza, co wilka zdecydowanie ucieszyło, jako że lubił bliskość wody. Spokój i prywatność zaś do omawiania ich spraw były bardziej niż mile widziane. Jak mógł zauważyć po chwili, równie mile widziana do pomocy w kąpieli przez jego starszego brata była jasnowłosa, która ich tu przyprowadziła. Stojąc akurat za nią, przeniósł wzrok na kambiona – jego brwi powędrowały ku górze wyrażając zdziwienie, a twarz zdawała się pytać: "Nie wypiłeś czasem trochę za dużo?".
Oczyma wyobraźni zobaczył, jak siedzą z Nicolasem w wielkiej, cedrowej balii, a między nimi stoi półnaga Åse, polewająca ich wodą z cebra. Zamrugał kilka razy, próbując pozbyć się tej dziwnej wizji, która pewnie nawet i mogłaby się spełnić, zważywszy na fakt jak szybko i chętnie służka sięgnęła do sznurków swojej sukienki, nie zadając przy tym żadnych pytań ani nie próbując protestować. Ostatecznie jednak starszy z braci sprostował, że poradzą sobie sami, a blondynka, obiecawszy im nowe ubrania na jutrzejszy dzień, pożegnała się i wyszła. Sarrazin odniósł przy tym wrażenie, że ich niedoszła pomoc kąpielowa była zawiedziona zmianą zdania. Już podczas uczty widać było, że nie odstępowała ich na krok i najwyraźniej liczyła na nawiązanie większej zażyłości z synami Fenrira. Sam rzecz jasna nie był z wiadomych przyczyn takimi znajomościami zainteresowany, jednak nie zamierzał przy tym psuć uciechy bratu, jeśli ten zdecydowałby się na zakosztowanie takiego rodzaju tutejszych rozrywek.
Gdy zostali w chacie we dwóch, wilk obejrzał się na Nicolasa, który faktycznie zamierzał zabrać się za kąpiel. Nie dziwiło go to ani trochę, w końcu całkiem niedawno przeczołgali się przez jaskinię pełną mniej lub bardziej zgniłych trupów. Sam jednak wolał skorzystać z czegoś większego niż drewniana balia. Po co się ograniczać, skoro niemal dosłownie tuż za progiem mieli morze? Jak postanowił, tak zrobił – wziął zostawiony przez służkę tobołek z ubraniami i oznajmiwszy bratu, że idzie wziąć kąpiel, wyszedł na zewnątrz, odchodząc jeszcze kawałek od ich tymczasowego domu i widocznych w oddali, zacumowanych łodzi. Mimo że nastał już wieczór, wciąż było ciepło, a w najbliższej okolicy nie było żywego ducha, co stanowiło idealne warunki dla lykana, który niewiele myśląc rozebrał się i zostawiwszy ubrania oraz zawiniątko od Åse na brzegu, wszedł do wciąż nagrzanej wody.
Kąpiel zajęła mu kilka dłuższych chwil i była dosłownie ‘czystą’ przyjemnością, jako że wilk od małego uwielbiał wszelakie kontakty z wodą.
Do chaty wrócił w dobrym nastroju, czując się lżejszy o niekoniecznie przyjemne przeżycia, jakie spotkały obu braci w Baator, ubrany w rzeczy przyszykowane im przez jasnowłosą, zastając ciemnookiego także już po kąpieli i przebranego.
– Zwykła kąpiel, a człowiek czuje się jak nowonarodzony, co? – zagadnął podchodząc do swojego łóżka, na którym po chwili się wyciągnął, zostawiając zawiniątko z poprzednim ubraniem oraz sztyletem, z grawerem księżyca obok posłania. Podłożywszy sobie ręce pod głowę przymknął oczy, słuchając kambiona, który teraz, gdy mieli więcej prywatności, podjął temat ich pobytu w wikińskiej wiosce i czekających na nich zadań.
– Myślisz, że wiedźma, która odpowiada za wszystko, co tu się stało, jest znana Ingri? A co jeśli to o nią chodzi? – zapytał nagle, gdy starszy brat zamilkł. – Ale raczej wątpliwe, by wysłała nas tu po to, byśmy ją zabili – zastanowił się na głos. – Niezbyt mi się to wszystko podoba. O wiele bardziej wolę jasne sytuacje, a nie takie gierki – mruknął po chwili pod nosem i całkiem zamknął oczy. Ponownie zaczęło przybywać pytań, których i tak już wcześniej było więcej niż odpowiedzi. Jaki cel stara wiedźma miała w tym, by wysyłać ich do tego miejsca? Bo z pewnością nie chodziło jedynie o odszukanie nordyckich bogów. Kambion słusznie zauważył, że byli przez nią oczekiwani, stąd musiała znać przyszłość. Jakkolwiek by nie było, nie podobało mu się bycie jedną z kukiełek, co zasugerował Nicolas. A bardzo prawdopodobne, że się nie mylił. Co by nie mówić, miał jednak więcej do czynienia z demonami, czy choćby z ich własnym ojcem, niż lykan, który spędził niemal całe życie w wysokich górach, a jedyne istoty nadprzyrodzone, jakie spotykał, to potwory będące celem polowania jego przybranego ojca i innych Łowców.
– Jakby nie było, pewnie wszystkiego dowiemy się w swoim czasie – podsumował, bo wiele więcej nie mogli obecnie wymyślić.
Po chwili otworzył oczy, akurat by zobaczyć, jak brat sięgał po jeden z leżących na pobliskim stole toporków. Gdy ten został wyciągnięty ku niemu, a w powietrzu zawisło pytanie, Sarrazin podniósł się do pozycji siedzącej. Utkwił na moment spojrzenie szarych oczu w Nicolasie, przeniósł je na zdobioną runami broń i znowu wrócił do twarzy kambiona.
– Od dziecka byłem uczony, że nie można krzywdzić bezbronnych istot tylko dlatego, iż jest się od nich silniejszym – zaczął wyciągając rękę po topór. – Jeśli chodzi o walkę, owszem, będę walczył z każdym, kto zdecyduje się stanąć przeciwko nam. Nie dam się zabić, nie dam też zabić ciebie – kontynuował zaciskając palce na trzonku toporka, poniżej ostrza i odbierając go od brata. – Ale nie oczekuj, że będę zabijał niewinnych ludzi – dokończył ważąc w dłoni broń, przypominającą mu nieco dobrze znane z ich świata siekierki. Sam często takich używał, choćby do odcinania zbędnych gałęzi z drzew, które miały posłużyć do jego rzeźb. Na gdybanie Nicolasa odnośnie ich umiejętności bojowych, podrzucił lekko toporek w dłoni i niewiele myśląc rzucił nim w kierunku przeciwległej ściany. Ostrze świsnęło przeszywając powietrze i precyzyjnie przepołowiło wiszącą tam okrągłą tarczę, wbijając się mocno w jej zdobione runami deski.
– Dobra, trening rzucania toporem uważam za całkiem udany – stwierdził po chwili z uznaniem dla ostrości broni. – Ale jutro musimy jeszcze sprawdzić kilka rzeczy. Najlepiej bez świadków – dodał, ponownie się kładąc. Sam wcześniej także nie zastanawiał się nad tym, jak poradzą sobie w ewentualnej bitce, a lepiej było przekonać się o tym zanim się w jakąś wdadzą i lepiej też, by nikt im przy tym nie asystował. Doskonale wiedział, że Roche miał rację – musieli wypaść wiarygodnie przed tutejszymi mieszkańcami i nie mogli pozwolić sobie na żadną wpadkę. Najmniejszy błąd oznaczał kompromitację i pogrzebanie nadziei na powrót do ich świata. Wiedział także, że różnie mogło być, kiedy przyjdzie im walczyć – ‘kiedy’ nie ‘jeśli’, bo to, że prędzej czy później będą zmuszeni chwycić za miecze lub topory było pewne jak to, że słońce wstaje na wschodzie. Sam nie walczył często, jeśli za walkę można było uznać polowania w zwierzęcej formie. Raz zdarzyło mu się zmierzyć z niedźwiedziem w kanadyjskim lesie, po którym to mierzeniu się została mu blizna na plecach. Było także zdarzenie sprzed kilku lat, kiedy to razem z Sereną zaliczył wycieczkę do Doliny Godryka, a tam, na jednym z cmentarzy, potyczkę ze śmierciożercami, która zakończyła się tym, że w wilczej postaci jednemu z nich wygryzł serce. Był to dla niego dość niepokojący incydent, jako że wcześniej nie zdarzało mu się wpadać w taką furię ani całkiem poddawać zwierzęcym instynktom. Dlatego też nie miał pojęcia, co stanie się, gdy będą musieli walczyć wśród wikingów. Już w Baator ledwo zapanował nad sobą i nad zmianą w wilka, co wcale łatwo mu nie przyszło, mimo że był to tylko efekt zdenerwowania zamknięciem w klatce. Co będzie, gdy przemiana dosięgnie go na polu bitwy, wśród wszechobecnego zapachu nęcącej dla wilczych zmysłów krwi?
Z głowami przepełnionymi podobnymi myślami obaj bracia w końcu zasnęli. Musieli wypocząć i być w pełni sił przed jutrzejszym, nie zapowiadającym się na łatwy, dniem. Dniem, który rozpoczął się jednak całkiem przyjemnie, bo ładną, słoneczną pogodą oraz obfitym śniadaniem, po którym wraz z przybyłą do nich Sigrid, udali się na spacer – w tym czasie poznali szczegóły zadania, a właściwie dwóch zadań, jakie zostały im wyznaczone.
Lykan odzywał się niewiele, uważnie słuchając tego, co jarlowa miała im do powiedzenia. Nie było tego dużo, acz najważniejsze rzeczy zostały im wyłożone jasno – mieli pozyskać drewno ze świętych dla tutejszych mieszkańców drzew, a przy tym pozbyć się dwóch przeszkód, wspomnianej we wcześniejszej opowieści wiedźmy, a także zbuntowanego olbrzyma.
Wzmianka o drzewach potrzebnych do zbudowania łodzi wyjątkowo zaciekawiła wilka. Warsztat szkutnika, obok którego właśnie przechodzili, zainteresował go już wczoraj, gdy Åse prowadziła ich do chaty – miał okazję wykonać z drewna wiele przedmiotów, ale nigdy łodzi. Teraz zaś okazywało się, że będzie mógł pomóc przy ozdabianiu jednej z nich i to nie byle jakiej, bo mającej stać się darem dla samego Njörðra. Od razu się ożywił, przenosząc wzrok na Nicolasa zachwalającego jego talent do posługiwania się dłutem, po czym wrócił spojrzeniem szarych oczu do przywódczyni wikingów.
– Tak, jak rzecze mój brat, zajmę się tym z przyjemnością i dołożę wszelkich starań, by dar od waszego ludu spodobał się Njörðrowi – przytaknął słowom brata, patrząc w oczy Sigrid.
Jarl najwyraźniej została uspokojona ich zapewnieniami i obietnicą pomocy, bo gdy odchodziła wraz ze swoją towarzyszką oraz małą Aldis, zostawiając ich na pomoście samych, Sarrazin wyczuł, że była w o wiele lepszym nastroju. Odprowadził idące kobiety wzrokiem, po czym odwrócił się do brata, który korzystając z tego, że zostali we dwóch, zaczął zastanawiać się na głos, jak mogli zabrać się za powierzone im zadania.
- Hmm... wydaje mi się, że pośpiech nie jest wskazany – zaczął, gdy kambion zamilkł. – Sama Sigrid stwierdziła, że mamy do dyspozycji całą wioskę, a także tyle czasu, ile potrzebujemy. Sądzę, że powinniśmy go dobrze wykorzystać. Zacząłbym od wywiedzenia się, kim dokładnie jest ów olbrzym i dlaczego przestał przyjmować dary od tutejszych – popatrzył w kierunku, który wcześniej jako miejsce zamieszkania wspomnianego olbrzyma wskazała im jarl.
– Podejrzewam, że może być ku temu jakiś konkretny powód. Nie wiemy, czy chodzi o przerośniętego przygłupa, czy może jednak o bardziej bystrą bestię. Nie każdy wielkolud musi być mało rozgarnięty. Sam zauważyłeś, że gdyby to było takie proste, to tutejsi wojowie sami by go ubili – kontynuował, zaczynając spacerować po pomoście.
– Najpierw powinniśmy zasięgnąć języka u tutejszych. Åse i wieszcz to dobre tropy na początek. Dziewczyna zdaje się nami interesować, można to wykorzystać do podpytania jej o co nieco. Wieszcz też raczej nie będzie miał sekretów przed synami Fenrira – zerknął na niego uśmiechając się pod nosem.
– W sumie niegłupie to bycie bóstwami... sądzę, że mógłbym się do tego przyzwyczaić – rzucił do brata zanim zszedł z pomostu.
– Chodźmy, przyda się nam mały trening, skoro niedługo mamy sprawdzić się w walce. W chacie widziałem ciekawy kufer... – stwierdził i gdy Nicolas do niego dołączył, nieśpiesznym krokiem ruszyli kamienistą plażą w kierunku ich chaty.
Na miejscu przypuszczenia lykana się potwierdziły – we wspomnianym wcześniej kufrze znajdowało się więcej broni. Były tam, między innymi, dwa pokaźne miecze o inkrustowanych rękojeściach. Wilk wyjął jeden z nich i wyciągnął go z obciągniętej skórą, zdobionej złotem pochwy, by przyjrzeć się dwustronnemu ostrzu pokrytemu drobnymi runami, które zalśniło w padających przez okno słonecznych promieniach. Było długie i wyglądało na mocne, ale jednocześnie było także lekkie. Po chwili podał go bratu, by i ten mógł go obejrzeć, samemu ponownie zaglądając do kufra. Poza mieczami na dnie spoczywały również krótkie noże oraz topory, większe niż te znalezione wcześniej przez kambiona. Wszystkiego po dwie sztuki, dla dwóch braci.
– Nie znam się zbytnio na broni, ale wyglądają nieźle – stwierdził po chwili robiąc lekki zamach toporem. – Co myślisz? – zapytał wstając i odkładając topór.
– Chodź, wypróbujemy je – zaproponował nagle i popatrzył na niego szczerząc się w uśmiechu, po czym przymocował do pasa pochwę z jednym z mieczy i sięgnął po mniejszy toporek.
Droga nad znajome im już jezioro nie potrwała długo. Wciąż było wcześnie, dzień zapowiadał się ciepły i przyjemniejszy niż poprzedni, gdy przez większą część doby padało.
Wodospad skrywający jedyne wejście do dawnej świątyni szumiał jednostajnie, a przejrzysta woda, przez taflę której można było bez problemu zobaczyć dno, połyskiwała w słońcu zachęcając do kąpieli. Nikogo jednak poza dwoma wilkami w pobliżu nie było. To miejsce mimo niezaprzeczalnego uroku nosiło piętno dawnych wydarzeń, rzucających się cieniem na całą tutejszą społeczność, a także wciąż było niebezpieczne, jeśli wierzyć słowom wieszcza. Dzięki temu jednak bracia mogli mieć pewność, że raczej nikomu nie przyjdzie do głowy, by im przeszkadzać.
– Trochę treningu się nam przyda. Gdziekolwiek nie udamy się najpierw, czy to będzie wiedźma, czy olbrzym, umiejętności bojowe mogą być potrzebne. Całkiem możliwe, że Ingri wyposażyła nas nie tylko w automatyczny translator staronorweskiego, ale lepiej to sprawdzić, póki mamy czas – lykan, który zatrzymał się przy brzegu jeziora, zwrócił się do kambiona, odkładając topór pod starym drzewem o zwisających gałęziach, sięgających tafli wody. Wyjął z pochwy miecz, ponownie go oglądając.
– Mam nadzieję, że nic sobie nie poodcinamy, bo byłby wstyd... – mruknął pod nosem i wziął zamach, jednak zamarł w pół ruchu, dostrzegając, że w jeziorze coś się poruszyło. Ściągnął brwi i obejrzał się na Nicolasa.
– Widziałeś to...? – zapytał opuszczając broń, znowu wracając spojrzeniem do pieniącej się przy wejściu do groty wody, nieustannie spadającej z góry i rozpryskującej się o płaskie kamienie. Przez moment, który zdawał się trwać wiecznie, nic się nie wydarzyło. Sarrazin był już gotów pomyśleć, że coś mu się przewidziało, gdy znowu zobaczył ruch czegoś, co tym razem nie zniknęło tak szybko jak poprzednio. Ze spienionej wody powoli wynurzyła się naga, kobieca postać. W odróżnieniu jednak od typowych kobiet, ta była mocno przezroczysta i dosłownie uniosła się nad taflą jeziora, nijak też nie było po niej widać, że przed chwilą się w nim znajdowała – ani jej ciało ani długie, jasne włosy nie były mokre nawet w najmniejszym stopniu. Zjawa wpatrywała się w obu mężczyzn ciemnymi oczyma przez chwilę, po czym rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć i tak nagle, jak się pojawiła, zniknęła.
Wilk zamrugał kilka razy i powoli obejrzał się na stojącego obok starszego brata.
- Widziałeś, nie...? – dopytał dla pewności i potrząsnął lekko głową. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to wymordowane tu przed laty kapłanki. Czy mógł to być duch którejś z nich?
