JustPaste.it
••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••  ╱ WE ARE THE PLAGUE #02

magnetojpst2.PNG

DAWNIEJ: I                                                                                                             

Milenium zbliżało się wielkimi krokami. Okrągłe liczby od zawsze budziły bezzasadny, społeczny lęk, jednakże to właśnie rok dwutysięczny miał być tym rozstrzygającym; ludzie obawiali się sądu ostatecznego, karmieni biblijnymi frazesami, a także zabobonami, wspominanymi omalże na każdym kroku. Początkowo niepokój oscylował głównie wokół – jakkolwiek idiotycznie to nie zabrzmi – przyjętego kilkadziesiąt lat wcześniej, sposobu zapisu daty w różnorakich programach komputerowych, co z nastaniem roku dwutysięcznego, miało przynieść katastrofalne skutki, dlaczego? Ponieważ rok ten zapisywany był tylko dwiema cyframi, co utrudniało przechowywanie informacji o nadchodzącym stuleciu; 00 nie wchodziło w rachubę, 01 na rok 2001 już owszem. Każdy rozumny człowiek zapewne przyjąłby do wiadomości racjonalne wytłumaczenie, lecz jak wiadomo takie jednostki stanowią mniejszość i tak w społeczeństwie zapanowała panika; ludzie masowo doszukiwali się znaków, panicznie sprawdzali swoje karty kredytowe, niesieni informacjami nadawanymi w telewizji, a brak autoryzacji w przypadku tych o wyznaczonej dacie ważności, przekraczającej rok dwutysięczny, przyprawiał ich o stan przedzawałowy. Interpretacji przybywało, a naród jak te owce zaganiane przez psa, łapał się w pułapkę własnego obłędu, nic dziwnego zatem, że ktoś postanowił to wykorzystać, publikując w mediach – poparty sfingowanymi dowodami – materiał, mówiący o prawdziwym zagrożeniu, mianowicie mutantach. W eter rozesłane zostały liczne nagrania, przedstawiające manifestację zdolności jednostek obdarzonych genem X, a do każdej z nich przypisany został scenariusz, jak i również – w ramach propagandy – słowa, jawnie nawiązujące do spełnienia przepowiedni. Wcześniej niemal wszędzie doszukiwali się znaków, wertując biblię, starożytne kalendarze, zapiski i te nieszczęsne liczby, świadczące o ostatnim roku istnienia świata, obecnie natomiast za pstryknięciem palców, przerzucili swą uwagę na mutantów. Z jakiej racji? Ponieważ daty nie można zmienić, wersów w pradawnych księgach również, jednakże istnienie jakiejś rasy – owszem. Ulice opustoszały, a stacje telewizyjne w tym okresie odnotowywały rekordową oglądalność; szczególną popularnością cieszyły się specjalne wydania programów informacyjnych, gdzie dzielono się z obywatelami kolejnymi nagraniami, oraz sposobami, jak zapobiec nadciągającej katastrofie. Ludzie bali się nowego, acz z czasem strach przerodził się we frustrację, a ta w następstwie skutkowała agresją i poczuciem bezkarności.

Lekarze rozpoczęli swoje badania, pseudolekarze eksperymenty, napisane naprędce nowe punkty w kodeksie karnym – ingerowały w wolność, natomiast ludność cywilna coraz częściej dopuszczała się samosądów; nierzadko publicznych.

Rok 1999, Kanada.

Słaby blask ulicznej latarni, przedzierał się przez mrok, spowijający niewielkie, zamknięte na klucz, pomieszczenie, oświetlane wyłącznie telewizyjnymi luminacjami; nastoletni Erik Lehnsherr pokrótce nasłuchiwał bredni, wypowiadanych przez jednego z publicystów, lecz uwagę koncentrował głównie na swych szczupłych dłoniach, oczyma skrupulatnie badając ich kształt. Wyginał je, zaciskał kurczowo w pięści, odchylał każdy z palców; jak to możliwe, że bez kontaktu fizycznego, były w stanie poruszyć przedmiot, znajdujący się w oddali? I z jakiego powodu ojciec zareagował w taki sposób, kiedy podczas pogadanki o szkole, w trakcie obiadu, młodzieniec przepełniony irytacją, spowodowaną jego wiecznym niezadowoleniem – zupełnie nieświadomie – powyginał sztućce?

Wówczas spokojny mężczyzna wpadł w szał i wykrzykując kolejne epitety w kierunku syna, wywrócił stół. Doszło nawet do szarpaniny w efekcie czego Erik został zamknięty w pokoju, a zza drzwi usłyszał kilka ostrzeżeń i niemal paraliżujące sformułowanie – „nie jesteś już moim synem”.  Matka wtenczas przyjęła bierną postawę i klęcząc przy rozbitej zastawie, zanosiła się płaczem, ostrożnie układając porcelanowe kawałki na plastikowej łopatce; dowód na to, jak wielki wpływ na ludzi mają mass media.

Z dnia na dzień, młody homo superior – wbrew własnej woli – został zapisany na terapię, a stanowiska obejmowane dotychczas przez rodziców, zapewniły im poufność; państwo Lehnsherr pracowali na rzecz organizacji Weapon X, przeprowadzającej badania nad obdarzonymi. Pierwsza wizyta w siedzibie zakończyła się awanturą, kiedy ojciec bezskutecznie wymuszał na podłączonym do aparatury mutancie, użycie nadludzkich zdolności, zresztą podobnie było przy kolejnych odwiedzinach laboratorium; chłopak nie mógł już patrzeć na rozmyte oczy lekarza, kryjące się za grubymi szkłami okularów o szerokich ramkach, miał dość tej absurdalnej sytuacji, braku wsparcia ze strony matki, zrozumienia czy akceptacji. Wielu rzeczy nie pojmował, tłamsił w sobie negatywne emocje, odczucia i żale, a zamanifestowany podczas feralnego obiadu dar, wciąż tkwił w letargu i nawet pod wpływem strachu, młodzieniec nie potrafił wyrwać go ze swoistego snu.

Pewien wieczór zweryfikował wszystko.

Około godziny dwudziestej pierwszej, Erik po cichu – jak to miał w zwyczaju – opuścił swój niewielki pokój i na palcach skierował kroki do kuchni, ażeby zaspokoić pragnienie szklanką soku; obawiał się konfrontacji z ojcem, coraz gorzej znosił obelgi i na domiar złego, pogrążony we frustracji, zaczynał w nie wierzyć. Pech chciał, że w drodze powrotnej stanął na jeden ze skrzypiących paneli i w nadziei, że mężczyzna niczego nie usłyszał, stał w bezruchu, ściskając kurczowo wargi w wąską linię, w myślach wznosząc modły do nieistniejącego boga.
———— Erik? —— Usłyszał pytający bełkot, dobiegający z salonu; milczał przez chwilę, kątem oka spoglądając w stronę rzeczonego pomieszczenia.
———— Wiem, że tam jesteś wybryku, przynieś mi piwo. —— Dodał po upłynięciu kilkunastu sekund, rzucając w drzwi gazetą, przez co obdarzony wzdrygnął się nieznacznie i zaraz spełnił prośbę głowy rodziny. Zaciskając zęby, postawił butelkę na stole, przed podpitym mężczyzną; na blacie znajdował się również identyfikator, pistolet wsunięty w skórzaną, niezapiętą kaburę, popielniczka wypełniona wciąż tlącymi się, niedopałkami i kilka nieudolnych działań, zapisanych długopisem na kartce. Ciężko stwierdzić co zamierzał w tym stanie obliczyć, aczkolwiek w ostatnim czasie przejawiał dość irracjonalne zachowania. Nastolatek nie odzywał się, nie prowokował, jedynie w myślach recytował kolejne obelgi, będąc zaskoczonym, że zna ich tak wiele; wziął głębszy, uspokajający oddech.
———— Co tak wzdychasz? —— Wycharczał, sięgając po plastikowy otwieracz. ———— Masz jakiś problem? Nie gap się szczylu, bo oberwiesz. —— Kontynuował, usilnie próbując przyłożyć dźwignię do kapsla, jednak poprzez upojenie alkoholowe, zadanie to nie należało do najprostszych; młodzieniec w tym czasie udał się do wyjścia; dźwięk tłuczonego o podłogę szkła, zatrzymał uciekiniera w progu, a także wywołał hałas za ścianą, gdzie matka spędzała czas w towarzystwie nagranego na kasecie VHS, ulubionego serialu.
———— W tym domu to ja decyduję o wszystkim, pozwoliłem ci wyjść? —— Ozwał się w końcu, przerywając niekomfortową ciszę, a młodzieniec nie odwracając się, wiedział, że ten wstał.
———— Chyba mogę pójść do swojego pokoju, mam patrzeć jak pijesz? Nawet mama nie chce spędzać z tobą czasu. —— Odparł niewiele myśląc, w międzyczasie dostrzegając kobietę w korytarzu; przykładała palec do ust, niemo prosząc, aby się nie odzywał.
———— Chyba się zapomniałeś! —— Wrzasnął i chcąc wyładować rozdrażnienie lub pokazać swą – niby – wyższość, pchnął nogą stół; nieprzyjemnie skrzypiący dźwięk, obił się o cztery ściany pomieszczenia, natomiast młody Lehnsherr obróciwszy się, spostrzegł, że mężczyzna sięga po broń.
———— To przez ciebie piję! Przez ciebie nie jestem w stanie zebrać myśli, hoduję pod swoim dachem mutanta, wynaturzonego potwora. Myślisz, że to takie proste? Oglądać cię codziennie? Świat upadnie przez takich jak wy! —— Bełkocząc, mało umiejętnie przeładował broń, tymczasem Erik wyciągnął przed siebie dłoń, jakby w geście obronnym.
———— No? Może pokażesz co tam potrafisz? Wielki mi mutant, umiejący wygiąć łyżki. Nie jesteś człowiekiem, jesteś gorzej niż zwierzęciem. —— Wybuchnął żałosnym śmiechem, na tyle głośno, że zaraz zakrztusił się i – chcąc nie chcąc – musiał na moment przerwać swój idiotyczny wykład, co obdarzony od razu postanowił wykorzystać, wycofując się z salonu, aczkolwiek byłoby zbyt różowo, gdyby ot tak uniknął kolejnego wiadra pomyj z ust własnego ojca.
———— Widziałem w telewizji do czego zdolne są te kreatury, potrafią się bronić! A ty? Nawet nie umiesz się odezwać, stoisz jak to cielę i na co czekasz? Na oklaski? Pochwały? —— Chwiejąc się, pokonał dotychczas dzielący ich dystans, ale młodszy zaraz ponownie się wycofał, tym razem za plecami napotykając ścianę; zadrżał nieznacznie, a w jego oczach bój toczył strach z rosnącym obrzydzeniem.
———— Przestań. —— Wychrypiał jedynie, kątem oka spostrzegając, jak matka na kuckach, chowa się za komodą; czara goryczy w końcu się przelała.
———— Oboje jesteście tacy sami! To wasza wina, że jestem tym, kim jestem, jakbyście trochę poczytali, wiedzielibyście, że gen X jest przekazywany, nie pojawia się znikąd, zatem któreś z was sprezentowało mi taki los! —— Zacisnął dłonie w pieści, wbijając krótkie paznokcie w skórę po ich wewnętrznej stronie.
———— Doskonale o tym wiecie i… —— Nie dokończył, ponieważ krótkie „zamknij się!” zwieńczył huk wystrzału, pojedynczy błysk i chmura gazów wylotowych; przeciętny człowiek nie jest w stanie dostrzec nadanego przez ciśnienie ruchu, dzięki któremu prędkość pocisku stale wzrasta, ażeby finalnie utkwić w celu, obdarzony natomiast – ku własnemu zaskoczeniu – był w stanie wyczuć kulę, dopiero przedzierającą się przez lufę. Czas jakby spowolnił, a wytworzone wokół chłopaka pole magnetyczne, odbiło pocisk i ten zmieniwszy tor, wwiercił się w ciało starszego Lehnsherra; mężczyzna w momencie stracił równowagę, niefortunnie uderzając głową o wystający, drewniany kant u dołu szafki na buty. Cisza, tak błoga. Zamarł, wewnętrznie targany emocjami, zmieniającymi się niczym wartości kart, podczas tasowania; zrobił coś niewyobrażalnego, ale zamiast obrzucać siebie winą, poczuł ulgę. […]

Obeszło się bez sądów, ponieważ matka – idąc po rozum do głowy – zeznała, iż śmierć mężczyzny nastąpiła w akcie samoobrony. Jej samoobrony. Siniaki na ciele pani Lehnsherr nie pozostawiły śledczym złudzeń; jak się okazało, terror nie dotyczył wyłącznie syna.

Kolejne tygodnie upłynęły na niemalże codziennych wizytach w podziemnych laboratoriach, wspomnianej wcześniej organizacji, gdzie młody obdarzony otrzymywał odpowiednie dawki medykamentów, w teorii mające pohamować rozwój mutacji, a nawet – z optymistycznym założeniem – całkowicie ją cofnąć; bezskutecznie. Kobieta obsesyjnie pragnęła wyleczyć swojego syna za wszelką cenę, dlatego nie obyło się również od sesji psychoterapeutycznych, medycyny niekonwencjonalnej, a nawet konsultacji z wróżką, reklamującą się prawie na każdej stacji telewizyjnej; tarot i inne sposoby sięgnięcia przyszłości w roku poprzedzającym milenium, przeżywał rozkwit, nic dziwnego, że nawet – podobno niegłupia – pani Lehnsherr, skusiła się na całkiem wiarygodną wiązankę słów, składających się w logiczną całość, a później potroiła wynagrodzenie za usługę, prosząc o dyskrecję. Jak z tym wszystkim radził sobie Erik? Czasami żałował tego, co stało się parędziesiąt dni wstecz; mimo tego, że ojciec nieustannie gnębił go i nie przebierał w środkach, młodzieniec zaczynał za nim tęsknić, ponieważ codzienne trajkotanie matki, kolejne próby zasięgnięcia porad i nieustanne wyjazdy sprawiały, że – jak się okazało – tląca się dotychczas frustracja przyszłego mistrza magnetyzmu, stale przybierała na sile. Często w nerwach niszczył różne rzeczy, wprawiał metalowe przedmioty w drżenie, wywołując rozpacz w rodzicielce, podnosił głos, lub słowem wzbudzał strach, potwierdzając, że wszystko to co mówią w mediach jest prawdą, a mutanci doprowadzą do końca świata; ludzie często w młodym wieku wyobrażają sobie, że w przyszłości zostaną strażakami, policjantami czy też sławnymi osobami. Przypisują sobie nadnaturalne zdolności, bawiąc się w superbohaterów na podwórkach, albo fantazjują o tym, jak to w pojedynkę ratują świat przed złem, Lehnsherr natomiast niczego nie musiał pozostawiać wyłącznie w sferze fikcji, ponieważ został obdarowany i miał świat na wyciągnięcie ręki.

Jak wiadomo - wszystko ma swoje granice.

Pewnego dnia młody mutant nie wytrzymał presji i dowiedziawszy się, iż matka chce go oddać na stałe do ośrodka badawczego, współpracującego z Weapon X, wpadł w niekontrolowany szał. Krzycząc, niszczył wszystko; począwszy od szafek wypełnionych dokumentami, skończywszy na piekielnie drogiej aparaturze i kolejnych, eksperymentalnych medykamentach. W zasadzie na tym mogłoby się zakończyć, gdyby nie atak ze strony zdyszanych strażników, prawdopodobnie niepotrafiących korzystać z windy, oraz „spokojnie, wyleczymy cię”, wyplutych naprędce przez kobietę, stawiającą własne bezpieczeństwo na szczycie hierarchii.
———— Nie jestem chory! —— Podniesiony, pełen pretensji ton młodego Lehnsherra przemieszał się z dźwiękiem drżących w tle przedmiotów, zagłuszonych chwilę później przez kilka wystrzałów. W afekcie mutant powtórzył sytuację z ojcem, lecz tym razem ofiar było znacznie więcej. Brzmienie upadających bezwiednie ciał, skwitowała niepokojąca cisza. Erik przez chwilę przyglądał się własnej matce, skąpanej w agonii, jednakże miał wrażenie, że dostrzega na jej twarzy spokój, jak gdyby swoim czynem zrobił jej przysługę; pojedyncze łzy spłynęły po jego młodzieńczych policzkach, przez co ukrył twarz w dłoniach i opadłszy na kolana, po prostu wpadł w rozpacz.


Jak to jest żyć z myślą, że pozbawiło się życia własnych rodziców
?

 

Przez kolejne miesiące z ukrycia obserwował, jak zmienia się świat, do czego dopuszczają się ludzie, byleby tylko zapobiec apokalipsie, niejednokrotnie był również świadkiem agresji wobec homo superior z widoczną mutacją; czuł wówczas wewnętrzną ulgę, ponieważ nie tylko był niepełnoletni, lecz także wyglądem nie wzbudzał żadnych podejrzeń pod tym kątem. Obawiał się, że ktoś go rozpozna, z tego względu ostrożność weszła mu w krew i za każdym razem, kiedy opuszczał swoje bezpieczne miejsce, chociażby w celu zdobycia pożywienia, miał się na baczności. Coraz umiejętniej wtapiał się w tłum; tłum pełen nienawiści, przesączony na wskroś słowami przerzucanymi z ust do ust, lub niesionymi przez media masowego przekazu.

Wybiło milenium, a słuch o nim zaginął.

DAWNIEJ: II                                                                                                            

Zapowiadany przed laty koniec świata, obecnie wywoływał kpiący uśmiech, aczkolwiek uprzedzenia wobec nowej rasy nie słabły; wyżej postawieni idioci co rusz wynajdowali preteksty ku temu, aby szczuć naród przeciw obdarzonym, a oni niczym marionetki wykonywali odpowiednie ruchy, pociągani za niewidzialne sznureczki, uparcie dając wiarę temu, iż działają wedle własnej woli – i oczywiście – w słusznej sprawie.

Na przestrzeni lat, Magneto osiedlił się na pewnej wyspie i nadając jej nazwę „Savage Land”, postanowił uczynić ów miejsce azylem dla wszystkich mutantów, borykających się z niesprawiedliwością dnia codziennego; nie zamierzał stać z założonymi rękoma i patrzeć biernie, jak bracia i siostry wystraszeni i stłamszeni, usiłują żyć normalnie w społeczeństwie, dzielącym się na tych lepszych i gorszych. Niemoc mająca swoje początki w dzieciństwie, przeobraziła się w najczystszą nienawiść, wręcz niepohamowaną chęć udowodnienia słabym, pozbawionym własnego zdania miernotom, kto tak naprawdę winien rządzić światem. Ze względu na wrodzoną ciekawość i chęć samodoskonalenia, zaczytywał się w książkach, poznawał tajniki technologii, inżynierii oraz genetyki, a co więcej, przeanalizowane teorie, częstokroć sprawdzał w praktyce, sięgając nowych doświadczeń. Dzięki temu poznał również swojego ówczesnego przyjaciela, Charlesa; naukowa publikacja rzeczonego profesora zrobiła na mistrzu magnetyzmu ogromne wrażenie, niemalże zafascynowała, dlatego też dołożył wszelkich starań, aby spotkać się z autorem, a także… zaszczepić w nim własne poglądy. Kolejny sukces na koncie.
Jak się później okazało, Xavier również był mutantem, a dzięki jego nietuzinkowym umiejętnościom, a także prototypowi późniejszego Cerebro, na wyspie tętniło życiem; nici telepatyczne sięgały do umysłów zagubionych jednostek, a te niesione późniejszymi –
ociekającymi optymizmem – słowami, docierały na wyspę.

Początkowo faktycznie zgadzali się prawie w każdej kwestii, aczkolwiek im dalej w las, tym Charlesa trawiły coraz większe wątpliwości, co do moralności przyjaciela; jeden pragnął pokoju, drugi… wojny.

 

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Nie wszyscy są źli, Eriku. To tylko jednostki, gubiące się w tłumie. Należy im pomóc, skierować na właściwą drogę. —— Nalegał młodszy mutant, sącząc bursztynowy trunek.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Na własne oczy widziałem ogrom okrucieństwa wobec naszej rasy. —— Kontrował Lehnsherr. ———— Na własne oczy widziałem, jak tłum dopuszczał się samosądu, to nie były pojedyncze przypadki, Charles, na jakim ty świecie żyjesz?

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Dlaczego wciąż wracasz do przeszłości? Nie rozdrapuj starych ran, skup się na tym, co mamy teraz. Tutaj, na wyspie, każdy będzie bezpieczny, niezależnie od poglądów jednostek, podkreślam… jednostek. Strach związany z milenium jest już dawno za nami. —— Słowa wypowiedziane przez profesora, spotkały się z ostrym, niemal przeszywającym na wskroś, spojrzeniem oponenta; takowe brednie działały na Magnusa, niczym czerwona płachta na byka, podczas corridy.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Oczywiście, ale dlaczego nasza rasa musi się gnieździć na małej wyspie, a reszta świata ma należeć do ludzi? Populacja mutantów liczona jest w milionach, uważasz, że bierne podejście do tematu i uciekanie, to dobre rozwiązanie? Każdego dnia korzystasz z Cerebro, wertujesz umysły naszych braci, czujesz ich cierpienie. Czasami mam wrażenie, że jesteś wciąż zaślepiony bajeczkami, czytanymi ci na dobranoc, ale ja zacytuję ci słowa z mądrej książki „Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.”. Jeżeli przyzwolimy społeczeństwu na ciągłą szykanę, zniszczą nas. —— Wziął głębszy oddech, zaraz zwilżając usta trunkiem, profesor w tym czasie zaciskał wargi w wąską kreskę, prawdopodobnie ze wszystkich sił, starając się nie wypluć następnych, irracjonalnych argumentów. ———— Nie mają szacunku do tego, co inne, nawet pomiędzy sobą toczą bratobójcze wojny, ponieważ różni ich kolor skóry, wyznanie czy orientacja, nie bądź naiwny, przyjacielu. Nie bądź głupcem.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Wojna to żadne rozwiązanie. —— Xavier uparcie stał przy swoim; nie miał już sił na dalszą dyskusję, dlatego – jak miał w zwyczaju – oddalił się w towarzystwie krótkiego pożegnania.

Jak można się domyślić – przyjaźń nie przetrwała, aczkolwiek pozostawiła po sobie rozwiązania i nowinki, stworzone wspólnymi siłami przez dwóch mutantów, tak odmiennych w swych poglądach.

Banshee to jedno z ich najważniejszych i najbardziej przyszłościowych odkryć, specyfik ten bowiem został stworzony przede wszystkim na bazie DNA Logana, mutanta obdarzonego zdolnością błyskawicznej regeneracji; substancja z założenia miała pomagać w leczeniu zewnętrznych obrażeń u świeżo odgrodzonych od okrutnego świata, homo superior i w rzeczywistości tak właśnie było. Rany goiły się znacznie szybciej, aniżeli dotychczas, pacjenci wracali do pełnej sprawności – można by rzec – w mgnieniu oka, zaobserwowano u nich również wzmożoną aktywność genu X; Magnus, domyśliwszy się, iż przyjaźń z profesorem nie przetrwa, postanowił zachować ten fakt w tajemnicy, odpowiednio formułując swoje oczekiwania wobec pracujących w lokalnym szpitalu, braci.

Odkąd Profesor X i jego sprzymierzeńcy opuścili wyspę, życie na jej terenach zmieniło się diametralnie – Magneto otoczył Savage Land potężnym polem magnetycznym, zakłócającym działania radarów, a także stworzył projekcje holograficzne, ukrywając to, co w rzeczywistości działo się na tutejszych terenach.

Wyżej wspomniana substancja została poddana kolejnym testom, wcześniej odrzucone idee, również dostały swoje pięć minut; Erik z rosnącą ekscytacją eksperymentował na sobie, nadwyrężał własny organizm kolejnymi dawkami różnorakich specyfików i skrupulatnie obserwował ich działanie, odręcznie zapisując wnioski. Na wszystkie sposoby pragnął zaingerować w zegar biologiczny, wydłużyć swój czas na Ziemi, ponieważ uważał, że ma misję do wykonania i nikt poza nim, nie będzie w stanie zapewnić mutantom tego, na co tak naprawdę zasługują; sukcesy, a także poparcie mieszkańców wyspy, skutecznie utwierdzało go w tymże przekonaniu.

Z czasem kolejni, dobrowolnie przystępujący do projektu obdarzeni, testowali na sobie coraz to nowsze wersje banshee, tuż po zażyciu obserwując wzrost siły; zarówno fizycznej, jak i tej, potocznie zwanej „darem”, natomiast Magneto karmił się wyobrażeniami o przyszłym świecie. Świecie, oddającym władzę ewolucji.

Po wielu miesiącach, badania odniosły sukces, organizm Magnusa niemal przestał się starzeć, a jego skóra – choć naznaczona głębokimi zmarszczkami w okolicy oczu – prawdopodobnie nie zmieni swojego wyglądu przez kolejne dekady. Ten sam specyfik został zaaplikowany również osobnikom, wykazującym się szczególnymi umiejętnościami ofensywnymi – tutaj nie trzeba tłumaczyć powodów.

Kilka lat później.

Wroga rasa niespodziewanie wypowiedziała „wojnę”; powstały Sentinele, twory mające na celu łapanie i likwidację mutantów, w zależności od napotkanej jednostki. Pierwsze próby użycia robotów do walki z obdarzonymi, stanowiły śmieszny żart; przeciętną komedię, oglądaną jednym okiem, drugim przysypiając, jednakże wrogość ze strony ludzkości, bądź jak kto woli „ambicje” twórców, popychały ich ku dalszym udoskonaleniom. Ataki nasilały się, uderzały w kolejne organizacje, dziesiątkowały podziemne ugrupowania, a nawet poglądy podstarzałego Charlesa – wiszące na ostatnim włosku – zostały wręcz ośmieszone na forum publicznym, kiedy i jego Instytut dla uzdolnionej młodzieży, stał się celem; nieoczekiwana śmierć wyciągnęła swe kościste dłonie w kierunku, zarówno kilkorga uczniów, jak i profesorów, w tym Hanka McCoya, osobnika wcześniej działającego na rzecz homo superior w rządzie. W tym momencie Magneto mógłby rzec „a nie mówiłem?”, cedząc satysfakcję pomiędzy dosłownie każdą literką, ale zamiast rozpamiętywać głupotę byłego przyjaciela, wolał skupić się na kretynach, stojących za tym cyrkiem.
Wyspa, na ten moment była względnie bezpieczna, głowa zidiociałego sprawcy – niekoniecznie.

Początkowo o całe zło, obwiniał niejakiego Traska, człowieka z kompleksem na punkcie wzrostu, przelewającego swe frustracje w „wielkie czyny”, ponieważ to właśnie jego parszywa facjata, przewijała się w mediach najczęściej, a imię stanowiło jeden z fundamentów wszelakich nagłówków w gazetach, ociekających wrogością wobec lepszej rasy; wzrostem nie grzeszył, inteligencją – jak się okazało – również. Czy osoba myśląca, nie zaznawszy żadnych krzywd ze strony domniemanego wroga, robiłaby wszystko, ażeby rzeczonego wroga wykończyć? Wielce prawdopodobne, iż mężczyzną kierowała najczystsza – niebezzasadna – zazdrość, ubierana w odpowiednie słowa, będące haczykiem na ciemną masę; społeczeństwo bezmyślnie przyklaskiwało, rząd natomiast oficjalnie milczał, umywając ręce.

Czy Bolivar Trask rzeczywiście był winien wszystkiego, co miało miejsce w kolejnych dniach? Otóż niekoniecznie.

Z biegiem czasu, kolejne fakty wypływały na światło dzienne, a słowo „geniusz” stało się niemal synonimem dla imienia i nazwiska osobnika, z nieskrywaną ekscytacją opowiadającego tłumowi o najnowszych tworach oraz ulepszonych robotach, służących do walki z mutantami; Anthony Edward Stark. Zwykle widok paskudnej facjaty mężczyzny w telewizji, wywoływał w Magneto mdłości, a każde jego – z reguły przepełnione chorobliwą nienawiścią – słowo, sprawiało, iż – boże, broń – geniusz powoli wędrował w dół, po mentalnych schodach mistrza magnetyzmu, wprost do grona największych ochłapów ludzkości; grona raczej nietłumnego, ponieważ większa część takowych miernot od dawna stanowiła pokarm dla robactwa, kilka metrów pod ziemią.

* * *

Przed Państwem ostateczna wersja Sentineli Słowa te rozbrzmiały w sporym pomieszczeniu, gdzie właśnie przebywał Erik, racząc swe podniebienie czerwonym winem; z zainteresowaniem podszedł do odbiornika telewizyjnego i przyciskając szklaną krawędź do dolnej wargi, z rosnącym obrzydzeniem przyglądał się tym ciemnym oczom, budzącym w podobnych sobie wiarę w lepsze jutro, natomiast w mutantach, obawę przed zagładą. […] by chronić wszystkich ludzi” – wycedził przez zęby, w przypływie emocji gniotąc kieliszek; nie zwrócił uwagi na jeden z odłamków, raniący jego skórę, ani na to, że jego – dotychczas – biała koszula, została spowita czerwienią; czyżby proroctwo? Zaklął pod nosem.

Widok umieszczonej w klatce, przerażonej kobiety obdarowanej genem X, a także późniejsze wydarzenia, przelały czarę goryczy; Magneto poprzysiągł, że nie spocznie, póki ludzie – a zwłaszcza Tony Stark – nie odpowiedzą za swoje czyny.

Czas uciekał, mutanci musieli się spieszyć, ponieważ roboty wykrywające „wrogą” rasę, obecnie stanowiły największy problem, prawdopodobnie nie do przejścia i choć Savage Land strzegło silne pole magnetyczne, to niestety lokalizacja wyspy znana była opinii publicznej, co niewątpliwie działało na niekorzyść mieszkańców. Magnus zaczął pracować nad technologicznymi nowinkami we współpracy z Forge, osobnikiem potrafiącym skonstruować omalże wszystko, co tylko zdołał sobie wyobrazić; maszyny, urządzenia, bioniczne kończyny działał niczym zaczarowany ołówek z dawnych dobranocek. Niestety kolejne twory w dalszym ciągu nie zaburzały dostatecznie oprogramowania robotów, często również działały niekorzystnie na zdolności mutantów, bądź ich otoczenie; frustracja sięgała zenitu, mimo to Lehnsherr nie zamierzał się poddać i zostawiwszy wspomnianego powyżej mężczyznę samego z technologicznymi zabawkami, sam postanowił wznowić pracę nad badaniami, mającymi ulepszyć banshee – skoro na obronę było już za późno, jedynym wyjściem pozostał atak.

* * *

Pierwszy napad Sentineli na Savage Land, zakończył się klęską po stronie najeźdźców, aczkolwiek – chcąc nie chcąc – człekokształtne graty zdziesiątkowały wyspiarską społeczność; Magneto w przypływie złości, postanowił zamknąć się w laboratorium, tam jednak nie zabrał się za następne ulepszenia, zamiast tego wprowadził swój organizm w niezachwianą medytację, trwającą kilka kolejnych godzin. Za pomocą magnetycznych zdolności i głębokiego skupienia, zdołał wyczuć światowe zbrojenia, ściślej ujmując, broń masowej zagłady; chciał zdetonować rzeczone bomby, jedną po drugiej, w odpowiednich odstępach czasowych, tymczasem już następnego dnia, sytuacja diametralnie zmieniła swój tor. Ludzie prawdopodobnie zaplanowali każdy, kolejny krok; pierwszy najazd miał wyłącznie uśpić czujność mieszkańców po wygranym starciu, a także nieco ich osłabić, drugi, wyprowadzony znienacka – wyczekiwane zwycięstwo nad ostatnim bastionem homo superior.

 

Słabsze jednostki likwidowano z marszu, natomiast te silne – jak chociażby sam lider – traktowano podwójnymi strzałami ze środkiem usypiającym; jak się później okazało, wyspa pełna była zdrajców, karmionych obietnicami wolności, jaką po wszystkim faktycznie otrzymali. Wolność od życia, skąpaną w ogłuszającym huku wystrzałów.

 

Ludzie ograbili podziemne laboratoria, wykradli zapiski Lehnsherra, a także plany Forge; jak będzie wyglądać przyszłość mutantów? Do czego doprowadzą odkrycia, ściskane w niepowołanych dłoniach?

TERAZ. Miejsce nieznane, rok 2100.                                                                  

Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak – Magneto znalazł się w przyszłości; zamknął oczy zapamiętując obraz opływającej w posokę wyspy, otwierając je ponownie, ujrzał białe ściany. Równie obce co jego ciało, niezdolne do wykonania ruchu.

* * *

Erik siedział w rogu klaustrofobicznego – niemal pustego – pomieszczenia, niemrawym wzrokiem błądząc po krawędziach plastikowych przedmiotów, co jakiś czas łypiąc również w kierunku pojedynczego materaca, chełpiącego się mianem łóżka, choć z wygodą miało tyle wspólnego, co jego obecna sytuacja z dawną świetnością. Doprowadzającą do szaleństwa ciszę, przerwał charakterystyczny dźwięk, dobiegający z jego brzucha, świadczący o odczuwanym głodzie; zerknął na dzisiejszy posiłek, przypominający rację żywnościową z jakiegoś obozu przetrwania i wyłącznie prychnął pod nosem. Raz, że nie miał ochoty wyciągać rąk po jakiś marny ochłap, a dwa… nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie; dlaczego? Wszystko za sprawą obroży, zaciskającej się wokół szyi obdarzonego; pierwotnie, podobne urządzenia skutecznie hamowały wyłącznie zdolności u mutantów, czyniły z nich tak zwane „muty”, istoty pracujące dla ludzi, będące na każde skinienie. Dla homo superior „wolność” stanowiła wyłącznie rozmyty obraz, pełen przygasających barw i porzuconych nadziei. Obecnie rzeczone ustrojstwo nie tylko sprawowało rządy nad „darami”, lecz również nad najzwyklejszymi ruchami; wszystko zależało od sytuacji, czasami bowiem obroża zdawała się nie istnieć, przykładowo w czasie pory obiadowej, bądź kiedy nosiciele musieli się gdzieś przemieścić, strzeżeni przez odpowiednie służby, aczkolwiek poza tymi wyjątkami, każdy gest wymagał ogromnego wysiłku, kwitowanego wywołującymi ból, impulsami. Skupiwszy się na własnym ciele, ścisnął w palcach obrożę i ignorując rosnący dyskomfort, szarpnął blokadą parokrotnie, w myślach rzucając wiązankę przekleństw, wobec jej twórców. Wtem usłyszał wzmożoną aktywność za drzwiami pomieszczenia, dlatego też zerknął niechętnie w ich kierunku, czując jednocześnie ból, powoli spowijający ramię. Syknął pod nosem, finalnie niespiesznie opuszczając rękę w dół i niemal w tym samym momencie do niewielkiego pomieszczenia wkroczył kurdupel w towarzystwie… no właśnie; Lehnsherr nawet nie zwrócił uwagi na tekst, padający z ust niewysokiego mężczyzny, zamiast tego całą swą uwagę zogniskował na twarzy przybysza, a jego wargi wygięły się w grymasie obrzydzenia; „Anthony Edward Stark” – wyrecytował w myślach, akcentując dokładnie każdą – ociekającą krwią mutantów – literę. To właśnie ten mężczyzna odpowiadał za zagładę rasy homo superior, to tymi rękoma – na które zresztą Erik właśnie skierował uwagę – wyrysował plany, a następnie zbudował pierwsze prototypy śmiercionośnych robotów; pomimo tego, że krew buzowała mu w żyłach, strategicznie milczał. Wówczas, gdy Trask – z typowym dla siebie, głupawym wyrazem twarzy – opuścił pomieszczenie, Magneto – niczym za młodu – zacisnął dłonie, wbijając krótkie paznokcie w ich wewnętrzną część, pragnął tym samym dać ujście wzmożonej frustracji, niemniej wspomniane powyżej czujniki, dość szybko wyłapały zmiany w organizmie obdarowanego i ukróciły zapędy, pojedynczym, acz bolesnym impulsem. Niemoc jedynie wzmagała wzburzenie, przez co pojedyncze wyładowania przemknęły wokół palców Magnusa, jednak śmiało można nazwać to ostatnim tchnieniem zdolności, jedynym, co był w stanie zrobić; cienka strużka krwi, spowodowana niebotycznym wysiłkiem, spłynęła pospiesznie wzdłuż łuku kupidyna, z powodzeniem przedarła się również przez spierzchnięte wargi, ażeby przerwać swą wędrówkę gdzieś na szyi, pozostawiwszy po sobie szkarłatną ścieżkę.
———— Ironia losu. —— Wychrypiał, zlizując koniuszkiem języka, zasychającą krew z ust.
———— Szczerze? Spodziewałbym się tutaj samego prezydenta, ale ciebie? Nigdy. ———— Skwitowawszy, odwrócił wzrok, ażeby zadowolić się widokiem popękanej ściany. Wiedział, że podczas transportu na badania, obroża będzie częściowo uśpiona, dlatego licząc w głowie do dziesięciu, we wszystkich językach, jakie zdołał dotychczas poznać, postanowił poczekać i być może nazajutrz, wykorzystać okazję.

Następnego dnia – zgodnie z komunikatem, parokrotnie rozbrzmiewającym w wybranych pomieszczeniach – Erik wraz z nowym towarzyszem i kilkoma innymi pacjentami, udali się pod wskazane przez trzeszczący, radiowy głos, laboratorium; miał swobodę ruchową i ostatkami zdrowego rozsądku, powstrzymywał się przed atakiem na stojącego nieopodal, jak gdyby nigdy nic, geniusza. Zaciskał dłonie w pięści i miarowo luzował palce, usilnie odganiając obrazy, drażniące zafiksowaną, pod tym względem, jaźń; spojrzenie Starka, to, podczas prezentowania najnowszych Sentineli, trwale zapisało się w pamięci Lehnsherra. Jak to możliwe, że nadal żył? Egzystował wśród podobnych miernot, zdatnych wyłącznie do eksterminacji? Raz jeszcze zerknął kątem oka w kierunku mężczyzny i zacisnął zęby, lecz zaraz niechętnie skoncentrował się na bąkaniu Traska; facet nigdy nie potrafił się odpowiednio wysłowić. Znudzony, począł rozglądać się po laboratorium, wypatrując ewentualnych zmian, bądź nawiązań ku temu, po co w zasadzie ich tu zwołano, aczkolwiek jedyną nowość stanowił głupawy uśmieszek niskiego okularnika, wyłaniający się spod grubego, nasączonego poranną kawą, wąsa. Dodać można również nosze, odpowiadające ilości zebranych w pomieszczeniu, mutantów. Twarz Magnusa pokrył grymas obrzydzenia, naraz przeistoczony w jawne zaskoczenie; Stark wylądował na stoliku z przyrządami medycznymi, a te upadając na podłogę, wywołały pokaźny, drażniący hałas. Napaść na Traska była wyłącznie zwieńczeniem – jak się okazało – przyjemnego poranka; niegdyś symbol walki z „niebezpiecznymi wynaturzeniami”, obecnie mały, przestraszony klaun. Mężczyzna trząsł się w obawie o własne życie, a jego grdyka poruszała się miarowo przy każdym przełknięciu śliny, nieznacznie napierając na ostrze, trzymane w ręku jednego z mutantów. Erik jakby zapomniał o Tonym, nie zwracał uwagi na jego słowa, gdyż po całości skoncentrował się na odbijającym jasne światło, stalowym nożyku; pragnął przycisnąć ostrą krawędź do szyi Bolivara, przebić cienką skórę, dotrzeć do tętnicy, krtani, czegokolwiek. Zobaczyć, jak zawistna, karłowata kreatura pada na kolana przed nimi, przed obdarzonymi. Śmieć. Ostrze nie poruszyło się, jednakże metalowe elementy wokół poczęły drgać niespokojnie, a oczy Magneto powoli zachodziły iskrami, przerwanymi nagłą ciemnością i głuchym uderzeniem w tył głowy.

* * *

Uchylił lekko drżące powieki, pomału łapiąc ostrość; kiepsko oświetlone pomieszczenie, lampy jakby okryte czarnym materiałem i brak jakichkolwiek kontrastów, utrudniały całe przedsięwzięcie. Zamrugał parokrotnie, lecz poza pojedynczymi, kolorowymi plamkami, powoli układającymi się w różnorakie, drobne kształty, nie dostrzegał nic więcej. Zamknął oczy. Czuł ogromny ból, usytuowany głównie w okolicach barków oraz twarzy, konkretniej – co wiązałoby się z powyżej opisanym efektem – oczu; wycharczał przekleństwo, domyśliwszy się, iż jego organizm ponownie został potraktowany substancją niewiadomego pochodzenia. Odkąd trafił – nie wiedzieć jak, nie wiedzieć skąd – do ośrodka, tutejsze konowały poddawały jego organizm nagminnym eksperymentom; „gdyby nie ta cholerna obroża…” pomyślał, od razu pozwalając wyobraźni na przyjemne wizje, przesycone cierpieniem wszystkich idiotów, biorących udział w tej całej maskaradzie. Powtórnie uchylił ciężkie powieki. Przedtem pojedyncze kropki i plamy, wyewoluowały w kanciaste kształty, formujące się stopniowo w postępujące liczby i wykresy; całość była oddalona od twarzy obdarzonego o jakieś dwa, może trzy centymetry. Pokręcił głową na boki, niestety efekt uparcie wędrował zgodnie z jego ruchami, prezentując procentowe skoki nad odpowiednimi słupkami. Wziął głęboki wdech, uznawszy, iż panika na nic się tutaj zda, dlatego postanowił przerzucić spojrzenie na cokolwiek, jednocześnie ignorując migające esy floresy; bezskutecznie. Irytujące, czerwonawe pasy, zaburzające widzenie po zbyt długim wpatrywaniu się w biały tekst na czarnym tle, to pikuś przy tym, co obecnie musiał przeżywać Magneto. Warknął, mimowolnie szarpiąc ręką, chciał przetrzeć oczy, jednak wyłącznie obolały bark poruszył się słabo; „przeklęta obroża” – pomyślał, aczkolwiek, gdy przekręcił głowę w kierunku rzeczonej ręki, doznał wstrząsu.
W pierwszej kolejności uznał, że oczy znów płatają mu figla, o czym zresztą świadczyły przemykające po swoistym interfejsie, zakodowane dane, później przyszedł czas na konfrontację z rzeczywistością. Machinalnie pociągnął obserwowaną kończynę w swoim kierunku, przez co nadwyrężył świeżą ranę i zawył żałośnie; piekący ból dał o sobie znać. Przeciekający juchą opatrunek, ciasno oplatał ramię mutanta gdzieś w połowie – ramię zakończone kawałkiem bezwładnego złomu; przekręciwszy głowę, łypnął zmęczonym wzrokiem także w przeciwnym kierunku, gdzie napotkał bliźniaczy, niewiarygodny widok: przypięte grubymi, parcianymi pasami, bioniczne ręce z rozpostartymi palcami, ułożone dłonią do dołu na dość szerokich szynach; przerażenie powoli brało górę, bez pytania o zgodę, pozbawiono go bowiem najistotniejszych części ciała, zastępując je tym czymś. To za pomocą rąk, potrafił czynić rzeczy, o jakich większości nawet się nie śniło i oczywiście, aby panować nad metalem niepotrzebne są kończyny, acz on zazwyczaj z nonszalancją wyciągał jedno z ramion przed siebie i z pogardliwym wyrazem twarzy, wyłącznie poruszał palcami, ośmieszając tym samym oponenta,  spowitego w strachu oraz – podobno – mających wzbudzać litość, błaganiach. Zacisnął wargi w wąską linię, musiał się uspokoić.
Pomyślał, że gdyby w pomieszczeniu było trochę jaśniej, zapewne łatwiej mógłby oszacować swoją – beznadziejną – sytuację; nie wiedzieć czemu obraz zaraz wyostrzył się, a kolory jakby wyjaśniały i choć ciężko tu mówić o płynnym obrazie, widział znacznie więcej. Wykresy, liczby i pojedyncze, zakodowane słowa zniknęły, pozostawiając po sobie wyłącznie kontur prostokąta z pulsującą w rogu, zieloną kropką i przemykającym tuż pod, prawdopodobnie logiem. Lepsze to, niż nic. Obrzucił badawczym spojrzeniem nienaruszone, bioniczne ramię, pokryte czarną farbą, pozbawione okablowania i w całości – o dziwo – wykonane z metalu. Posiadało pełen wachlarz zgięć, odpowiadających normalnym stawom, umocnienia w narażonych na uszkodzenia, miejscach, a także dostrzegalny mechanizm w zgięciu łokcia; generalnie konstrukcja, jak na obecne czasy, przypominała tę, przedstawianą w starych filmach science fiction, brakowało wyłącznie licznych diod czy – prawdopodobnie mających budzić strach w przeciwniku – udziwnień.
Zorientował się, iż właśnie „przeskanował” obserwowane twory; nie on spostrzegł z czego są stworzone i jakie są ich właściwości, a te dziwne, latające przed oczyma, irytujące jak komary latem, literki. W przypływie irytacji ponownie szarpnął całym ciałem i nie zważając na przeszywający ból, powtarzał tę czynność, póki pojedynczy impuls, nie ukrócił tych nieprzemyślanych, desperackich zachowań. Bezsilność.
Od tego momentu Magneto słyszał otoczenie, jednak ani nie mógł uchylić ust czy powiek, ani jakkolwiek poruszyć ciałem.

Bioniczne substytuty rąk czy nóg nie wzbudzały żadnego zaskoczenia, świat bowiem szedł naprzód i to, co jeszcze sto lat wcześniej rysowało się wyłącznie w wyobrażeniach, obecnie stanowiło element cywilizacji. Większość tego typu rozwiązań, działała na zasadzie odpowiedniego ukierunkowania fal mózgowych; użytkownik bez większego wysiłku mógł zdobyć umiejętność sterowania nowymi elementami, wyłącznie za pomocą myśli, bez wykonywania niepotrzebnych, przypisanych systemowi, ruchów. Firmy prześcigały się w ulepszeniach, kolejnych funkcjach, pozwalających zapomnieć o tym, że przytwierdzona do kikuta
kończyna, jest sztuczna; opracowywali wszczepialne, selektywne interfejsy neuronowe, pozwalające odczuwać kształty trzymanych przedmiotów, dodawali kolejne wzorce chwytów i pozycji, a także stworzyli protezy, rosnące wraz z użytkownikiem, wytwarzane za pomocą druku trójwymiarowego. Bioniczne ramiona, jakimi od teraz przyjdzie posługiwać się mistrzowi magnetyzmu… nie posiadały żadnej z powyżej wymienionych funkcji, a ponadto zostały przytwierdzone na stałe do kośćca, co w ogólnym rozrachunku stanowiło jedyny plus.


Kilka chwil później.

Magneto wyraźnie słyszał krzątaninę, natężenie kroków świadczyło o tym, iż w pomieszczeniu znalazło się więcej, aniżeli jedna osoba; winien czuć wściekłość, lecz tak naprawdę było mu wszystko jedno. Nie wiedzieć czemu – dotychczas bezkompromisowego i walczącego do ostatniej kropli krwi mutanta – objęła swymi ramionami, zdradziecka apatia.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Obiekt zareagował zadziwiająco spokojnie, sir Trask. —— Ozwał się jeden z dwóch androidów – lekarzy, odwijający zakrwawiony bandaż, ażeby w późniejszym etapie wymienić go na nowy; migocząca na jego skroni, zielonkawa dioda, wskazywała na to, że poza zwykłą pielęgnacją, maszyna dokonywała szczegółowej analizy pacjenta, bądź jak kto woli, królika doświadczalnego. ———— Eksperyment zakończył się sukcesem, choć prawdopodobieństwo powodzenia było stosunkowo niskie. Mamy do czynienia z jednostkami szczególnie silnymi, jestem zaskoczony sir, że niewielki czip zdołał spiąć ich wolę, niewidzialnymi pasami. —— Wyrecytował.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— W rzeczy samej, dlatego nasza mała armia wybryków natury, również będzie… szczególnie silna. Nawiasem mówiąc, zareagował spokojnie, ponieważ czip aktywował się w momencie przebudzenia, mój drogi. —— Odparł Bolivar, niwelując dystans i zza zaparowanych okularów, przesunął wzrokiem wzdłuż linii dzielącej żywą tkankę, od sztucznej powłoki. ———— On jest w stanie zrobić wszystko z metalem, dosłownie. Widziałem go w akcji, wyobraź sobie, jak potężną będzie bronią, kiedy zorientuje się, że sprawiliśmy mu taki prezent, zupełnie bez okazji. Początkowo obawiałem się, że czip nie zdoła go pohamować, ale teraz śmiało mogę go wysłać do dalszych testów. —— Skwitowawszy, przesunął swym parchatym palcem, wzdłuż metalowej konstrukcji; nie miał pojęcia, że blokada zadziałała niemal na każdy zmysł mutanta, poza słuchem. Erik dokładnie rejestrował każde słowo.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Przetransportować obiekt do pomieszczenia B17? —— Zapytał dla pewności drugi z androidów, aczkolwiek Trask wyłącznie pokręcił głową na boki.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Nie, czeka mnie jeszcze jedna rozmowa. —— Wymamrotał, w palcach rolując brzeg wąsa.

* * *

Po kilkunastu minutach, trzeszczący głos ponownie rozbrzmiał wzdłuż korytarzy, nawołując niejakiego „Iron Mana” do B15; natomiast kiedy mężczyzna w szlafroku i przydużych kapciach zjawił się w rzeczonym pokoju, Bolivar zgarnął go ramieniem, sięgając mniej więcej tam, gdzie raczej nie powinien i podprowadził bliżej szpitalnego łóżka, gdzie podłączony pod odpowiednią aparaturę, Magneto, w dalszym ciągu trwał w letargu, nie przejawiając żadnych emocji.

⠀⠀⠀⠀⠀⠀———— Pamiętasz synu, kiedy rozmawialiśmy o wojnie? O tym, że kraje zbroją się w bomby atomowe, a także planują zamachy na Stany Zjednoczone? Broń masowego rażenia to przeżytek, zazwyczaj giną ci, co nie powinni, natomiast prawdziwi wrogowie kryją się w bunkrach, rzucając rozkazami na prawo i lewo. Postanowiłem ugryźć temat nieco inaczej. —— Wymownie wskazał krępą dłonią na Erika. ———— To jeden z dwudziestu mutantów, przystosowanych do walki na moich zasadach. Wyposażyłem go w metalowe ramiona, aby mógł uplastyczniać je w dowolne kształty, a także odpowiedni interfejs. Nikt się przed nim nie uchroni.

znacznik.PNG