JustPaste.it

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

      

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Kolejna godzina. Tak mijał mi czas w tej palcówce, że nawet nie zdołałem zapisać w swojej pamięci każdego dnia od początku do końca. Za każdym razem brakowało mi jednego znania, paru minut, części rozmowy. Niepotrzebnej myśli... Każdy dzień był bardzo podobny do poprzedniego. Moi podopieczni przychodzili, rozmawialiśmy, a ja starałem się rozwiązać ich problem. A te były na prawdę wszelakiego rodzaju. Może i na zewnątrz te dzieci są trudne, ale w środku to ciągle dzieci, które potrzebują pomocy.

Po każdym zakończonym dnu odwiedzał mnie naczelnik w przyklejonym uśmiechem. Za każdym razem powtarzał te same pytania: jak miną dzień? Jakieś postępy? Coś nowego? A ja za każdym razem odpowiadałem dokładnie tak samo: dobrze dziękuję. Niestety żadnych, to jeszcze trochę potrwa. Nic. Do widzenia. 

Ten dzień był tak samo podobny jak poprzedni i jeszcze wcześniejszy i jeszcze dalszy. Zmieniły się jedynie osoby, które odwiedzały mnie  w gabinecie. A dzisiaj, miałem wyjątkowy ruch w swoim skrzydle. Jedna osoba ledwo wyszła, na fotelu już zasiadała kolejna i tak bez końca. 

- Vanessa, moja droga. Nie powinnaś być teraz na matematyce? Z resztą nie ważne, też nie lubiłem matematyki. - powiedziałem dostrzegając moją podopieczną, która jest u mnie stałym bywalcem i jak na razie ona jedyna wie o mnie tyle co ja o niej. Muszę być ostrożny. - Bardzo dobrze, dziękuję. - Maiłem dodać, żeby się nie krępowała, ale już przywykła, że może jako jedna z nielicznych krzątać się po wszystkich zakamarkach mojego gabinetu, a nawet niewielkiego kantorka. To jest duży kredyt zaufania. 

Stałem przy biurku przeglądając stos papierów doniesionych przez jednego ze strażników dzisiejszego ranka. Nawet nie zdążyłem się im przyjrzeć. Podniosłem wzrok nad plik trzymanych przeze mnie kartek i spojrzałem na uradowana twarz dziewczyny. Miała twarz umazaną w świeżej krwi. W ręce trzymała nóż. Ciągle uśmiechała się do mnie szczerząc ostre jak brzytwa kły. - A teraz cie zabiję. - oznajmiła z takim spokojem. Wstała, wspięła się na blat biurka, stałem w bez ruchu i spokojem w oczach. Skoczyła na mnie.

Podniosłem wzrok ponad stertę "potrzebnych" mi papierów po czym odsunąłem ją na bok by nie zasłaniały mi widoku dziewczyny. Obdarowałem dziewczynę delikatnym uśmiechem odkładając wszystkie rzeczy walające się bez ładu i składu po blacie stołu na swoje miejsce. Nie lubię gdy mnie coś rozprasza. - A więc, jak się dziś czujesz Vanesso?