━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Dzień jak co dzień. Można by tak powiedzieć, no właśnie można by było gdyby nie taki jeden drobny i zarazem istotny szczegół. Otóż, zachciało mi się 'polowania', no więc się wybrałem. Ale do jasnej cholery nikt mi nie powiedział, że tym razem łowca stanie się zwierzyną. Mówiąc prostszym językiem, przez pół dnia spierdalałem przed glinami, które myślały, że uciekłem z kicia, a drugie pół ukrywałem się i myliłem ścigających mnie stróżów prawa. A jak do tego wszystkiego doszło? Oczywiście jest to dość ciekawa historia, ale po kolei. Żeby wszystko dla każdego było jasne musimy sobie najpierw wyjaśnić jedną istotną rzecz, by się w tym wszystkim nie pogubić już tak na wieki wieków. Lata temu, jak byłem jeszcze piękny i młody, co w brew pozorom nie było aż tak strasznie dawno, lekko mówiąc, podpadłem gliniarzom. Konkretniej rzecz ujmując dałem się zrobić w sporego chuja i namówiono mnie na prowadzenie zamachu na jeden z niewygodnych karteli narkotykowych. Oczywiście nikt nie przewidział, że ów członkowie grupy, to tak naprawdę policjanci, którzy przez bite półtora roku grali bandziorów.
Wkroczyliśmy i takim sposobem straciłem znaczną część swoich ludzi, w tym kilku bliskich przyjaciół i oczywiście zarobiłem bilet w jedną stronę, czyli wystawili za mną list gończy. Takim cudem musiałem uciekać z kraju, trochę się poszwendałem po większości Europy, a jakieś dwa lata temu wróciłem z powrotem na stare śmieci, ku uciesze niczego nieświadomych glin. A jeszcze dlaczego mogłem wrócić? Bo moi kochani przełożeni podstawili służbą sobowtóra, który za sowitą zapłatą, właśnie przesiaduje w kiciu moje dożywocie. Człowiek to jednak musi umieć się ustawić. Wracając do dnia dzisiejszego i robienie w chuja totalnie wszystkich po kolei. Mój zmiennik okazał się słabszy niż wszyscy sądzili i po tylu miesiącach...nazwijmy to, negocjacji, pękł i wsypał mnie mówiąc, że on sam tak na prawdę nie nazywa się Joel Grenard, a prawdziwy ja ciągle siedzi na wolności. Oczywiście, żeby udowodnić jego słowa podał policji gdzie można mnie znaleźć najczęściej. No i znaleźli, dość szybko niestety. W nocy z czwartku na piątek usłyszałem w wiadomościach, że w więzieniu najpewniej siedzi człowiek podstawiony przez gang, a prawdziwy jego członek jest na wolności, a następnego ranka gliny już węszyły niebezpiecznie blisko mojego domu. I w sumie to tak to wszystko się zaczęło.
Od samego rana zacząłem udawać, że o niczym nie wiem i jak każdy 'normalny człowiek' wybieram się gdzieś tam, powiedzmy, że do pracy. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem bacznie przyglądając się temu co dzieje się w lusterkach. Zaraz za mną ruszyło czarne auto marki BMW. Przyciemniane szyby, utrzymywało jednakowy dystans i przyśpieszało jedynie kiedy za stosunkowo niedługi czas miałbym zniknąć im z oczu. Od razu wiedziałem, że mam ogon. Grałem jednak dalej i najwyraźniej wyśmienicie mi to wychodziło, bo im dalej w las, tym bardziej samochód przybliżał się do mojego. Chyba naprawdę nie wiedzą z kim mają do czynienia, skoro tak łatwo dają się wyprowadzić w pole. W końcu zatrzymały mnie światła. Czerwone...ludzie zaczęli przechodzić na drugą stronę ulicy, samochody z poprzecznych dróg ruszyły jakby na wznak. Czarne BMW zatrzymało się tuż za mną. Zacisnąłem lewą rękę na obręczy kierownicy podnosząc równocześnie prawy kącik ust. Przyczepności, zadrwiłem w myślach. Gwałtownie zmieniłem bieg w momencie jak zaświeciło się zielone światło. Gaz do dechy i zaraz potem mknąłem w kierunku, z którego tu przyjechałem. Kierowca samochodu stojącego za mną najwyraźniej był wryty w fotel, bo dopiero po kilku dobrych sekundach postanowił jednak jechać za mną. Było jednak już za późno. Wprowadziłem ich w wąskie i kręte ścieżki między blokami i tam zgubiłem. Samochód zaparkowałem na parkingu podziemnym jednym z niedalekich biurowców, a o domu wróciłem uberem.
Mogłoby się zdawać, że to koniec ekscesów na dzisiaj. Mogło by, ale jak zawsze życie wyskoczy jak Filip z konopi i z uśmiechem zadowolenia wydrze ryja: 'Chuja z tego' i zniknie jak gdyby nigdy nic, a ciebie pozostawi z plątaniną myśli, których większość mówią: 'Przepraszam, że co kurwa?'. Taaak...mój dzień w pigułce. Tak też było z matematyką, jak chodziłem po podstawówki. Życia i matematyki nie ogarniesz, więc pozostanie ci, że sześć razy osiem to jest sześćdziesiąt osiem i nic z tym nie zrobisz. Jestem już ponad czternaście lat po skończeniu szkoły podstawowej, a sześć razy osiem jest dla mnie sześćdziesiąt osiem. Koniec, kropka. Trzy wykrzykniki.
Około godziny dziewiątej wieczorem skończyłem rozmawiać przez telefon z kilkoma osobami, w sprawie tego, co miało miejsce dzisiejszego dnia. Tak jak chciałem, trochę poszukali i odkryli kto tak na prawdę wiedział za kółkiem czarnego samochodu. Byli to członkowie najmłodszej grupy przestępczej w mundurach policyjnych. Adolescents są najmniej szkodliwi, ale i też są największym wrzodem na dupie jeśli chodzi o wtykanie nosa w sprawy dorosłych. Szukają, podpuszczają, węszą...początkowo nie zwracasz na nich uwagi, ale w pewnym momencie zaczynają być irytujący nawet w momencie kiedy nie ma ich w okolicy. Na szczęście ja nie miałem ani zatargów, ani większego do czynienia z tą grupą, a przynajmniej do czasu. Wiedziałem jednak co nieco na ich temat i wiem jak myślą, a to w bezpośredniej konfrontacji jest bardzo ważne. Tylko w tym momencie pojawia się pytanie, skoro błędnie stwierdziłem, że ściga mnie policja, za to że mnie wsypali, to po jaką cholerę śledzą mnie dzieciaki? Czuję w kościach, że się tego dowiem i w brew pozorom będzie to szybciej niż się spodziewam. Rzuciłem telefon do kieszeni skórzanej kurtki, która wisiała w przedpokoju i zacząłem się zbierać do wyjścia. Jakiś kwadrans po 21 wyszedłem z domu i wsiadłem na motor.
Nadszedł wieczór. Pomimo późnej wiosny, o godzinie 21, panował już spory półmrok. Rozświetlały go jedynie latarnie uliczne i światła samochodów. Neonowe bilbordy na tej ulicy były rzadkością. Dosłownie dwa, może trzy z czego wszystkie te należały do jednego baru. Tam też się udałem. Wszedłem przez osobne wejście skierowane jedynie dla 'stałych klientów'. Oczywiście, przy samych drzwiach przywitałem się z ochroniarzem, a zaraz później byłem już w środku. Odstawiłem kurtkę wraz z kaskiem do szatni i bawiąc się kluczami, przy których był brelok przypominający łózkę karabinu, udałem się w stronę baru. Minę oczywiście miałem morderczą, przez wzgląd na dzisiejszy dzień i całą tą sytuację. Usiadłem na wysokim barowym krześle spojrzeniem szukając barmana. Musiał siedzieć na pietrze ktoś ważny, bo poszukiwanego przeze mnie osobnika, nie było nigdzie. No nic, wsunąłem klucze do kieszeni i czekałem. Lepszego wyjścia nie było. Chociaż mógłbym wybrać się na piętro, ale po co mam się pakować w towarzystwo, które za bardzo za sobą nie przepada i przy pierwszej najbliższej okazji skoczą sobie do gardeł? A tak to przynajmniej na spokojnie wypiję sobie drinka, czy dwa w samotności...No właśnie samotność też nie była mi dana zbyt długo, bo nie minęły dwie minuty, kiedy przysiadła się do mnie ciemnowłosa dziewczyna. Zobaczymy, jaką bajerę zastosuje na mnie. Już trochę znam, ale może czymś mnie zaskoczy.
Słysząc jej głos początkowo nic nie odpowiedziałem. Jedynie nieznacznie przekręciłem głowę w stronę dziewczyny i zmierzyłem ją kującym spojrzeniem. Po dosłownie chwili przewróciłem niezauważalnie oczami. Podryw z zakresu marudzenia na obsługę. Muszę przyznać, pierwsze lody pokonane, nie ma co. - Nie koniecznie. - odparłem spoglądając przed siebie. Jednak coś mnie tchnęło i odwróciłem głowę z powrotem w stronę dziewczyny. Ponownie się jej przyjrzałem jednak nie zmieniając ani trochę wyrazu twarzy. Skoro do mnie podeszła to wie kim jestem, domyśla się, albo na coś liczy. Jeśli o mnie chodzi na spokojnie mogę wykluczyć dwie ostatnie opcje. Swoją drogą zaczęła mi kogoś bardzo mocno przypominać. Tylko cholera nie wiem kogo.
Okej, zacznijmy od podstaw. Ubranie pożyczone od starszej koleżanki. Dowód to podróbka. Jedyne prawdziwe w jej słowach mogło byś jedynie stwierdzenie, że jest tutaj pierwszy raz. No tak, czego można się było podziewać po dziewczynie, która myli zawody i na speca od drinków, woła jak na gościa od parzenia kawy. Ktoś tu mi się z choinki urwał. Ale skoro lubisz się bawić, to zrobię ci taką przyjemność i zagram w tą twoją grę. - Joel. - odparłem i odwróciłem spojrzenie upewniając się jedynie, że iskierki w oczach dziewczyny i jej uśmieszek maskuje kłamstwo. Mogłem się przedstawić innym imieniem, jednym ze swoich pseudonimów czy imieniem osoby, którą zwykle gram. Jednak stwierdziłem, że po co miałbym to robić. Ta dziewczyna nie podeszła do mnie po chciała mieć towarzysza do kielicha, tylko po to by się czegoś pewnie dowiedzieć, więc wie jak mam naprawdę na imię. - Nie zawsze, tylko w tedy gdy jest ktoś ważniejszy do obsługi. - powiedziałem, a zaraz po moich słowach, zza bocznych drzwi wyłonił się wspominany już barman.
Skinąłem głową porozumiewawczo w stronę barmana, ostatecznie w Londynie nie ma barmana, którego nie znam, albo który przynajmniej nie znałby mnie. - Podwójna whisky z lodem, a dla Pani słodki drink. Na mój rachunek. - powiedziałem jak gdyby nigdy nic. Sądząc, że chce się dowiedzieć ode mnie paru interesujących ją rzeczy to dobrze by było przynajmniej przez jakiś czas pograć zgodnie z jej zasadami, by nie zorientowała się, że ja już wiem. Jestem już starym wilkiem jeśli chodzi o takie zagrywki i bardzo trudno jest się mnie podejść dla lajka, którym za pewnie jest dziewczyna. Po dłuższej chwili barman podał nasze zamówienia. - Powiesz mi czy mam jeszcze dobry gust do drinków. - odparłem i stuknąłem o kant jej szklanki swoją, po czym wypiłem spory łyk whisky. Przyjemnie zapalił mnie przełyk. Poloneza czas zacząć, jak to mówiono kiedyś.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━