▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬




☩
❛ ❛ CHRIST WAS SACRIFICED TO TAKE AWAY THE SINS OF MANY;
TO BRING SALVATION TO THOSE WHO ARE WAITING FOR HIM. ❜ ❜
⠀⠀
▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬
Odruchowo wrócił myślami do momentu, w którym im obojgu wydawało się, że Jane przyjdzie zaczerpnąć zaraz ostatniego oddechu. Nadal nie rozumiał z tamtego wieczoru wszystkiego, nadal wielu rzeczy nie pojmował, jednak to nie oznaczało, że zamierzał szukać odpowiedzi za wszelką cenę; brak klarowności pozostawiał miejsce na własną interpretację. Istniała jednak również ciekawość, ogrom zaskoczenia spowodowany faktem, że Jane chciała żyć tak samo, jak… cóż, nie chciała. Było to wystarczająco zawiłe w swojej ogólnikowość, a jednak Gabriel dostrzegał pewien chory sens w jej obojętności. Nie było niczego, co trzymało ją na świecie, więc doświadczyła ostatecznego wymiaru wyzwolenia, gdy dzień to po prostu zlepek godzin do zagospodarowania. Nie byle jak. Dokładnie tak, jak poniesie nas bieg. Czy jej tego zazdrościł? Niekoniecznie. Kiedyś, tak, mógłby, na chwilę obecną nader zaaferowany swoim życiem, które przybrało kształt, jakiego pragnął od naprawdę długiego czasu. Nie zawsze tego świadom. Mimo rodziny, pozornej błogiej stateczności, nadal pozostawił sobie miejsce na przyjemności odbiegające od domowej sielanki.
Wpatrzony w Jane, jej ruchy, był zaintrygowany. Przesunął palcami po włosach, czując leniwie zbierające się na czole kropelki potu wywołane ekscytacją, ale też ciepłem. W pomieszczeniu robiło się jakby gorącej, wszystko za sprawą słońca wpadającego przez przybrudzoną szybę. Duchota potęgowała jedynie odczuwanie zapachu krwi unoszącej się w powietrzu, nie pozostawiając miejsca na zaczerpnięcie odrobiny świeżego haustu. Gabrielowi to nie przeszkadzało, choć doskonale pamiętał, że czuł za pierwszym razem potworne mdłości.
– Zupełnie, jakbyś miała praktykę – powiedział, nie kryjąc odrobiny rozbawienia. Wstał, splatając ręce za plecami, ostrożnie obchodząc scenę, jakby chciał przyjrzeć się wystawie z każdego możliwego kąta, pod każdym możliwym padaniem światła. – Nie raz – mruknął, unosząc brwi – Nie dwa – ciągnął, zatrzymując się przy Dannym – A kilka.
Krew ściekała po rękach mężczyzny, prosto na podłogę tuż pod ich stopami. Ciężko będzie wywabić ją z drewna, być może nie uda się nigdy, chociaż szopa nie wyglądała na szczególnie eksploatowaną, być może nikt nie zwróci uwagi na przybrudzone deski, nikt nie zacznie zadawać niewygodnych pytań. Jeden z chłopaków miał wypadek przy robocie, pozszywaliśmy go, już słyszał głos Dave'a, który tłumaczyć będzie się przed nowymi pracownikami, niedbale, czyniąc z tego wyuczoną formułkę, nad którą nawet nie będzie się ostatecznie zastanawiać. Gabriel zamierzał go uprzedzić, ale to po wszystkim; odnosił wrażenie, że narobią jeszcze sporo bałaganu, więc nie należało uprzedzać pewnych faktów.
– Droga wolna – mruknął, posyłając jej niemal przyjazny uśmiech. – Co dalej chciałabyś zrobić?
– Nie... nie... już dość – wyjęczał Zesłany, oblizując spierzchnięte usta, na których znajdowała się odrobina krwi. – Powiem... co chcecie.
Pastor westchnął. Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo, nie spodziewał się również, że mężczyzna zmięknie z naiwną nadzieją licząc, że drobna tortura, niezwykle pospolita zabawa, to wszystko, co na dziś dla niego przygotowali. Stanął tuż przed nim, nachylając się, aby ich spojrzenia się spotkały, choć ofiara niechętnie wyłapała jego wzrok, mając zamglone, zamazane łzami źrenice. Gabriel cmoknął z rozczuleniem, wyraźnie teatralnym, mocno nieprawdziwym, zaciągając się świeżym, metalicznym zapachem, który tym mocniej docierać zaczął do jego nozdrzy.
– Dopiero zaczęliśmy.
Chodziło o wyciągnięcie informacji, przynajmniej z początku, jednak Gabriel prędko rozsmakował się w torturach, tak dawno nie mając okazji, aby prawdziwie nacieszyć się widokiem rozczłonkowanego, krwawiącego ciała. Zesłany nie wiedział nawet, jak ogromnie przykre zrządzenie losu doprowadziło go do tego właśnie momentu, niezwykła ironia, której przeciwdziałać nie mogła nawet jego chęć współpracy. Sadystyczna część pastora, ta najbardziej żądna krwi, spragniona bólu, stęskniona za melodią złożoną z cierpiętniczych jęków, górowała. Dlatego odwrócił się w stronę Jane, gestem dłoni zachęcając do kontynuowania.
▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬▬