🇫🇴🇷 🇮 🇦🇲 🇨🇴🇳🇻🇮🇳🇨🇪🇩 🇹🇭🇦🇹 🇳🇪🇮🇹🇭🇪🇷 🇩🇪🇦🇹🇭 🇳🇴🇷 🇱🇮🇫🇪, 🇳🇪🇮🇹🇭🇪🇷 🇦🇳🇬🇪🇱🇸 🇳🇴🇷 🇩🇪🇲🇴🇳🇸,
🇳🇪🇮🇹🇭🇪🇷 🇹🇭🇪 🇵🇷🇪🇸🇪🇳🇹 🇳🇴🇷 🇹🇭🇪 🇫🇺🇹🇺🇷🇪, 🇳🇴🇷 🇦🇳🇾 🇵🇴🇼🇪🇷🇸, 🇳🇪🇮🇹🇭🇪🇷 🇭🇪🇮🇬🇭🇹 🇳🇴🇷 🇩🇪🇵🇹🇭,
🇳🇴🇷 🇦🇳🇾🇹🇭🇮🇳🇬 🇪🇱🇸🇪 🇮🇳 🇦🇱🇱 🇨🇷🇪🇦🇹🇮🇴🇳, 🇼🇮🇱🇱 🇧🇪 🇦🇧🇱🇪 🇹🇴 🇸🇪🇵🇦🇷🇦🇹🇪 🇺🇸 🇫🇷🇴🇲 🇹🇭🇪 🇱🇴🇻🇪 🇴🇫 🇬🇴🇩.
━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀⠀⠀⠀⠀━━━━━━━━━━━
Po godzinach spędzonych na kościelnej posadzce promienie słońca wydawały się jeszcze intensywniejsze i bardziej ciepłe niż były w rzeczywistości. Jane chętnie wystawiła do nich twarz, w pierwszym odruchu przymykając oczy. Na kilka sekund pozwoliła sobie rozkoszować się tym niezwykle przyjemnym wrażeniem obmywania przez ciepło. Niemal czuła jak ta czysta, słoneczna energia przecieka przez strukturę jej skóry i zasila jej organizm; zrobiło się jej swojsko, a nawet dość leniwie. Gdyby nie fakt, że miała rzeczy do załatwienia, rozważałaby powolne popołudnie z piknikiem w roli głównej.
Ale to – w przeciwieństwie do innych spraw - mogło poczekać.
- Pastorze, nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógłby ci czegokolwiek n i e wybaczyć – powiedziała spokojnie. - Masz bardzo dużą moc sugestii i jesteś stanowczo zbyt przerażający na niezgadzanie się z tobą.
Och, jakże lekki był ton jej głosu, gdy wypowiadała te słowa! W pierwszym odruchu brzmiało to niemal jak sarkazm, a może i wyzwanie – trzeba było Jane znać lub przyjrzeć się dobrze jej twarzy, by zrozumieć, że to znów dalekie było od złośliwości. Szczerość, tak. Zaskakująco prostolinijnie przedstawione fakty, bo Jane najwidoczniej nie śmiała ich w żaden sposób oceniać i wartościować. „Jest jak jest”, mówił wyraz jej twarzy, „i to niezwykle interesujące doświadczenie”. A jednak jeśli istniał ktoś, kto z pastorem miałby się nie zgadzać i na dodatek powiedziałby to na głos, na pewno Jane była tą osobą.
- Ludzie gadają różne głupoty – dodała po chwili, wyczuwając ciężar w kieszonce, gdzie przełożyła wysupłaną z modlitewnika bibułkę z notatkami. To jednak nie była rzecz na teraz, nie. – Pamiętam, że o n a przychodziła często do Club Diner. Była bardzo rozkojarzona, słabo znosiła brak wspomnień. Naprawdę słabo. Sama podsunęłam jej tę drugą, żeby zaczęły rozmawiać. I miałam rację, szybko złapały kontakt. Wtorki i czwartki, to były ich dnie. We wtorki jedna zawsze się spóźniała, ale nie wiem, czemu po prostu nie przesunęły trochę daty swoich spotkań. Brały bardzo proste menu, żadnego testowania nowości. Mogłabym szykować im posiłek na ślepo już wcześniej, ale miały jakąś przyjemność z oglądania tego menu i zastanawiania się przez kilka minut… Czasem przysiadał się do nich Danny. Ten zesłany z kitką? Wie pastor, który. Ale to pod koniec. No, no… Wtedy zachowywały się inaczej. Były jakby… Bardziej ku sobie, mniej chichotania, więcej zniżania głosu.
Cmoknęła i wydęła usta, zwracając twarz w stronę kościoła. Bryła była piękna i Jane odnajdywała ją jako jedną z najciekawszych konstrukcji całego miasteczka. Najsilniejszą. Wydawało się jej, że gdyby widziała pola energii, aura wokół tego miejsca byłaby soczysta i gęsta. Można by było wyciskać ją jak gąbkę
- Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek przysiadywał się do nich jakiś mieszkaniec. Ale sprawdzenie Danny’ego to dobry początek. Spotkali się z tą drugą jeszcze raz. Po złożeniu w ofierze pierwszej. Ona wtedy płakała, on był wzburzony. Uznałam wtedy, że to przez to, że oficjalnie uznano tamtą za „zagubioną”, ale jak teraz o tym myślę… Może wtedy już wiedzieli, co się z nią stało w rzeczywistości? Nie jestem pewna, nie mówili nic konkretnego. Raczej niewiele mówili, tylko kilka zdań na początku. Wyszli osobno, to na pewno. On pierwszy, ona długo zbierała swoje rzeczy. Była w kawałkach.
Potarła brodę. Jej palce pachniały krwią, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. A więc znowu, znowu…
- Spacer, pastorze? W stronę tartaku, może? Wiem, że Danny tam pracował.
━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀
