JustPaste.it

aad617365547f45076e23fdd24b79b2d.jpg 1bb1cc4ba1a3a80401411397a75a6e57.jpg 528a5ed7035791a61f4812061b45f568.jpg

 ⠀⠀⠀⠀

“ʏᴏᴜ ᴀʀᴇ ᴍʏ ᴡɪᴛɴᴇssᴇs,” ᴅᴇᴄʟᴀʀᴇs ᴛʜᴇ ʟᴏʀᴅ, “ᴀɴᴅ ᴍʏ sᴇʀᴠᴀɴᴛ ᴡʜᴏᴍ ɪ ʜᴀᴠᴇ ᴄʜᴏsᴇɴ,

sᴏ ᴛʜᴀᴛ ʏᴏᴜ ᴍᴀʏ ᴋɴᴏᴡ ᴀɴᴅ ʙᴇʟɪᴇᴠᴇ ᴍᴇ ᴀɴᴅ ᴜɴᴅᴇʀsᴛᴀɴᴅ ᴛʜᴀᴛ ɪ ᴀᴍ ʜᴇ.

ʙᴇғᴏʀᴇ ᴍᴇ ɴᴏ ɢᴏᴅ ᴡᴀs ғᴏʀᴍᴇᴅ, ɴᴏʀ ᴡɪʟʟ ᴛʜᴇʀᴇ ʙᴇ ᴏɴᴇ ᴀғᴛᴇʀ ᴍᴇ.”

⠀⠀⠀⠀

━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀⠀⠀⠀⠀━━━━━━━━━━━

⠀⠀⠀⠀

Do której grupy…? Jane przesunęła językiem po przednich zębach, ledwo powstrzymując się od cmoknięcia. Na pewno pastor nie odebrałby tego dobrze, a przecież nie miała zamiaru go denerwować lub robić mu przykrości. W gruncie rzeczy granie w drużynie Tutejszych było przecież o wiele bardziej interesujące, drapieżne i satysfakcjonujące. I bezpieczne, tak. Jane miała jednak dziwne przeczucie, że rzeczy bezpieczne nie były i nie są jej pisane.

- Przykro mi, ojcze, że nie wpisuję się w twoją czarno-białą wizję świata. Może, w istocie, wiele rzeczy byłoby wtedy łatwiejszych. Ale czy świat nie straciłby smaku? No, dobrze – żachnęła się, wzruszając ramionami – nie idźmy w takie farmazony i teorie. Jest jak jest, ojcze. Nigdy nie zrobiłabym niczego, co mogłoby zaszkodzić ojcu lub Alpen Claire.

Mówiła szczerze. Z równą dobrą wiarą przemilczała jednak wpis w modlitewniku, który jej podał – a przecież znała te kreski, linie długopisu w wściekle fioletowym kolorze; była zaskoczona, że istnieje taki kolor, gdy… gdy przyszedł jakiś czas temu do Club Diner i notował z wielką zaciętością, gryząc paliczki do krwi. Tak, to musiał być… Pastor nie zadał jednak pytania. To znaczy – zapytał, ale nie o to, czy zna właściciela, ale czy nim jest. Nie była. Znała. Przemilczanie rzeczy przychodziło jej z ogromną lekkością.

Pewnych kwestii nie wolno było jednak pozostawiać bez uściślenia.

- Bardzo chciałabym sprostać wizji siebie w głowie pastora, ale muszę zgłosić veto. Nie powiedziałam jednej z  n i c h, że zamordowaliśmy jej przyjaciółkę. Nie powiedziałam żadnemu z n i c h, że ktoś został zamordowany. Znamy się już od lat, chyba nie uważa mnie ojciec za tak głupią? Owszem, inne rzeczy, ale… Są granice, ojcze - powiedziała, zachowując spokój, choć jej słowa stały się jakby mocniejsze; zależało jej na tym, by widzieli ją taką, jaka była. A nie była przeciwko TEMU. - Są rzeczy, których się nie robi. To niewłaściwa informacja. Nie jestem winna zdradzenia tajemnicy.

W śpiewniku, mocno wsunięta między strony, tkwiła niewielka karteczka, bibułka niemal, z krótką notatką nabazgraną tym samym, zaskakująco jaskrawym długopisem i tym samym, piekielnie wąskim ruchem dłoni. Podniosła wzrok na Gabriela. Nie patrzył na nią. Jeden ruch, lewo muśnięcie palców po stronie – i notatka już tkwiła bezpiecznie schowana w dłoni Jane. Może to nic ważnego. Może to tylko głupotka. Może. Dowie się później.

Odłożyła śpiewnik z powrotem na jedną z ławek.

- Skąd ma ojciec informację, że to ja? Szanuję cię i jestem pod wrażeniem umiejętnego chowania przez ciebie gróźb w najbardziej pięknych radach, ale nie jeśli jest za groźbą stoją nietrafne podejrzenia.

Frustracja, tak. Na pewno musiał czuć frustrację. Pamiętała wyraźnie pierwsze ich spotkanie, pierwszą rozmowę. Wrażenie, jakie na niej wywarł. Była trochę skonfundowana, trochę niepewna – czuła się jak po długiej chorobie, wybudzona do nowego świata i jeszcze nie całkiem pewna swoich sił. Był spokojny, gościnny, otwarty, serdeczny. Porażający. Zastanawiała się później, czy to kwestia szat duchownego, doniosłej konstrukcji zdań czy może jego wrodzony spokój podszyty chęcią kontrolowania. Specjalnie dla stworzenia w sobie pełnego poglądu na niego dość regularnie bywała w kościele na kazaniach. Odkąd jednak WIEDZIAŁA o wszystkim – och, od tego czasu każde jego słowo było jeszcze bardziej interesujące. Musiał się frustrować. Musiał się nią w k u r w i a ć. Jane kłamałaby, gdyby powiedziała, że nie sprawia jej to odrobiny satysfakcji. Szybko nauczyła się spokoju, nawet przy tak dużej personie jak Gabriel. Chyba nigdy jeszcze nie nazwała go po imieniu. Miał moc.

Mówienie Zesłanym o TYM, co się TU dzieje byłoby jednak nie tylko nieostrożne, ale zwyczajnie pozbawione sensu. Tę kwestię musiała wyjaśnić - dla oczyszczenia swojego imienia ze wszystkich podejrzeń. Było jej tutaj dobrze. Było jej tu dobrze tak jak teraz, dokładnie tak. Póki TO nie chciało jej u siebie... Dlaczego miałaby zrażać do siebie Mieszkańców? Nie odpowiadała jej wizja tracenia głowy z ich rąk.

- Ojcze, czyżby któryś z n a s z y c h paplał nieco za dużo Zesłanym?

Och, to pytanie też było nieostrożne. Choć czy pozbawione sensu? Jane zaryzykowała. Ale ryzykowała dla wspólnej sprawy - pomiędzy własnym interesem.

━━━━━━━━━━━⠀⠀⠀⠀❀