JustPaste.it

 

 

3354004d1b785aa00b398145d96dd7f6.jpg

Głos Calanthe jest ostry, jak miecz i musi on taki właśnie być, ażeby utrzymać w stalowych ryzach Cintrę. Dostała to, o czym śniła przez wszystkie lata swojego życia - niepodzielną władzę, nawet jeśli nader często oznacza ona dotkliwą samotność. Na szczycie nie wieje przychylny wiatr, nie rośnie tu nic, co nie ma w sobie dostatecznej siły, by przetrzymać szadź. Eist miał swoje okręty, flotę Skellige na jedno skinienie dowolnym palcem i wyprawy za morze, a Calanthe święty spokój. Lubiła, kiedy czasem ktoś ową idyllę leniwych poranków zakłócał, ale od dawna wybierała już sama, kto to będzie. Najbardziej lubiła, kiedy spokojne dni przecinał smoczy książę, stalą Mrocznej Siostry, kiedy ruszali na wspólne polowania, albo zwyczajnie, jasnymi tęczówkami zdradzającymi krew Targaryenów, gdy po prostu był i patrzył na nią z bezwstydną bezczelnością. 
- Wiedziałam, że mnie znajdziesz - odezwała się i wyszczerzyła zęby; tutaj, w otoczeniu swojej kalatei nie musiała udawać już niczego, nawet dworskiego ekstremum, powstrzymującego ją przez zbytnią, nawet jak na hardą lwicę, ekscentrycznością. Jej alt był ciepły, lekko zachrypnięty, co dodawało szczypty powłóczystej drapieżności, jakby gdzieś w niej rzeczywiście czaiła się lwica. 
- To nie moje pizdy. Eist powinien skrócić im sznur, którym okręca im szyje, podtrzymujące tępe, bezużyteczne hełmy, które nazywać każą sobie głową. Jeśli Caraxes któregoś zeżre, nawet nie zauważę. - Oświadczyła, śmiejąc się i zmrużyły się przy geście tym jej oczy, poświadczając autentycznemu ukontentowaniu. Na dworze, Calanthe nieodmiennie używała wachlarza uśmiechów, kryjąc pod nim swoje prawdziwe intencje i emocje. 
- Nic nie jadłeś na uczcie. Coś cię niepokoi. Viserys znów wysłał cię do Doliny? Kiedyś zrozumie, że ty sam dokonujesz swoich wyborów i nie potrzebujesz nikogo, żeby decydował dla twojego pieprzonego dobra. Kto lepiej wie, co jest dla nas dobre, jeśli nie my?- Jej twarz spoważniała. Potrafiła odczytać wiele, a wyrażając osąd, nie zadawała sobie trudu przebierania w słowach. Karcona przez doradców, regularnie cedziła słowa z zaciśniętych ust: pieprzyć ogładę, wojny wygrywają konkrety. Może przez surowość w obyciu powstały ubliżające jej kobiecości ballady?
Hardość ustąpiła radości, euforycznej i niemal dziecięcej, gdy Daemon odsunął dłonie i otwarł wieko, choć już sama pokrywa mogła zachwycać misternym wykonaniem. 
- Starożytne dziedzictwo Targaryenów. Nie możesz mi tego dać... - szepnęła, spoglądając głęboko w oczy Daemona. Pogładziła lekko szorstką frakturę powierzchni smoczego jaja i dopowiedziała jeszcze, jednym tchem: - Nie możesz, ale i tak to zrobisz, bo szczasz na to, co powiedzą inni i co można, a co nie wypada. Taki już jesteś.
Dotknęła twarzy księcia łotrzyka. Zbliżyła się, badając jego rysy i musnęła kącik jego ust; w czułości podzięki gdzieś pomiędzy przyjacielem, a kochankiem. Jej oddech pachniał szałwią i pieprzową miętą. 
- I takiego właśnie bardzo cię lubię. 
Przysiadła cicho na zdobnej, wąskiej ławie przeznaczonej zwykle tylko dla niej, bo na dobrą sprawę, niewielu dworzan wiedziało, o istnieniu białych altan; skutecznie skrytych pod rozkwitającą kalateą i labiryntem splątanych dróg. Calanthe uniosła głowę, czarne włosy spłynęły jej po ramionach. 
- Dwórki są dla kupców korzennych i handlarzy dobrego wina, ty zasługujesz na więcej. Oddałabym ci nawet Pavettę, wiesz o tym. - Przypomniała mu, a zaraz potem, spojrzała na swojego przyjaciela przenikliwie, zniżając jednocześnie głos do szeptu: Masz lepsze słodycze na dworze brata, niemniej hartowane, niż twarda, piękna stal. Jak bratanica. 
Wyszczerzyła w uśmiechu zęby i nie było w tym ani grama kpiny.
- Nie winię jej, jeśli odwzajemnia afekt, bo sama bym z tobą poszła, Daemon. 
Smutek rozbrzmiał krótko, a potem porwał go szelest zielonych liści. Pochyliła się, sięgnęła po smocze jajo, pieszcząc je w dłoniach. Zamknęła oczy. 
- Ułożymy je przy gorących źródłach, nie powiemy nikomu o nim. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował smoka, wiedz, że twoje dziecię Targaryenów będzie na ciebie czekać. Nazwę je twoim imieniem. Daemon... albo Daemonia. 
Calanthe nie mogła mieć dzieci. To kolejny uwielbiany temat bardów, którym nadepnęła na odcisk swoim trudnym charakterem.
- Mam tylko Pavettę i tak już pozostanie. Wiem o tym, bo próbowałam. 
Odłożyła jajo do skrzyni, czyniąc to powoli, jakby z uświęceniem i czcią. Ona wiedziała, jak cennym artefaktem będzie nawet jako kamień, który nie zrodził smoka.
- Ty zasługujesz na własną dynastię. - Oświadczyła twardo, odruchowo sięgając po zbłąkane pnącza kalatei okrywające marmurową statuetkę lwiątka. Pochowała wiele noworodków, ale ten musiał być szczególny, skoro towarzyszy lwicy w altanach. Może lepiej nie pytać, nie rozdrapywać ran?
Haxo przybył w porę. 
***
Długa suknia rozszarpywana przez wiatr nie przeszkadzała królowej wcale; przywykła już do szybkiego kroku, jeśli tylko zbliżyć miał on ją do celu. Teraz, cel był ogromny. Biegnąc, szturchnęła boleśnie łokciem kasztelana. Zatrzymała się przy wyspiarzach, nawet nie patrząc na ich oblicza, wiedziała, że ujrzy tylko strach. Wyrwała jednemu z najbliżej stojących obserwatorów z ręki miecz, z impetem odgradzając go z linii frontu uderzeniem kolanem. Teraz, spojrzała na nich; twarze w morskiej krwi, obiecanej przez Eista jako oparcie dla korony Cintry w chwilach trwogi. 
- Kurwa! Który z was dowodzi? 
Wskazali jej na strzępy zwisające z pyska smoka. Nie wydawała się zdziwiona.
- Tak czułam. 
Zobaczyli ją z mieczem, błysk stali dodał im odwagi założenia, że królowa przybyła im z odsieczą przeciw bestii, ale nie mogli mylić się w swoim życiu bardziej. Oczy Calanthe rozwarły się szeroko, usta ułożyły w zaciętą linię. Lwica zamachnęła się długim mieczem, trzymając mocno go oburącz i nawet się zbytnio nie zachwiała. Który raz już to robiła? 
- Przynosicie mi wstyd, pizdy. Tak traktujecie moich gości? 
Szeptali, że zaczął smok. Calanthe sarknęła śmiechem, tak szyderczym i paskudnym, że Daemon z całą pewnością nigdy jeszcze jej takiej nie widział. 
- Smok jest gadem szczodrym na tyle, żeby odgonić od siebie szczury, kiedy zaczynają go kąsać. Czy mądrością szczura jest atakować smoka? 
Ostrze zatrzymało się tuż przed twarzą jednego z nich. Stal zwarła się ze stalą głuchym, ciężkim trzaskiem. Caraxes był w centrum walk. Jak zareaguje widząc, że ogień wokół niego ponownie zaczyna się rozniecać? Lwica otworzyła usta, dojrzawszy, jak w ocalałych awanturników wskakuje nowa bestia, szare futro błysnęło i zniknęło. Gardłowym warknięciem zdezorientowała tłum. Lwica, trzymając wciąż miecz, zerknęła w stronę Daemona, wyraźnie rozbawionego. Usłyszała pytanie, a ono sprawiło, że na jej ustach wykwitnął uśmiech. 
- Nie. Wtedy mówię kasztelanowi, że odtąd będzie pasł świnie, bo do niczego innego się nie nadaje, a młode koguty mają mi spierdalać z oczu, zanim im je osobiście wydłubię. Myszowór, posprzątaj ten burdel, bo chyba zaraz się rozmyślę. 
Ostrzegawczo obróciła w długich, jasnych palcach miecz. Skinęła porozumiewawczo do druida, stojącego teraz już przy niej w ludzkiej postaci. Włosy miał zmierzwione, oddech nierówny, a pod paznokciami zaschłą krew.
- Shijetra. Raqiros. - Wypowiedział w języku starej valyrii, łamanym, obcym akcentem. Oczy zaszły mu bielmem, żyły na szyi pulsowały od wysiłku. Na moment białe i nieczułe stały się również i oczy smoka. 
- Zabieraj ich stąd, Eist i następnym razem daj mi takich, którzy są coś warci - syknęła Calanthe, gdy dobiegł także i król Skellige. Zagarnął wyspiarzy spod smoczych, ostrych szpon, warknięciem ponaglenia przyrzekając im, że ich tytuły właśnie idą w niepamięć, ale to nic, bo ktoś musi czyścić kutry z gówna.
- Tak tu żyję. Otaczają mnie imbecyle. - Szepnęła do Daemona lwica, odkładając w końcu miecz na ziemię pokrytą krwią. Przykucnęła przy druidzie, podłożyła mu pod głowę swoją szarfę, szmaragdową jak jej bystre oczy. Wytarła rękawem sukni krew, która popłynęła kaskadą mu z nosa, brudząc złotą, elegancką tunikę. 
- Odpocznij. - Nakazała mu, bardzo łagodnie i natychmiast zmieniła się jej twarz, a z nią zmienił się ton. Daemon, jeśli zachowuje czujność, już wie, czyje jest jej lwiątko pochowane w królewskim, pięknym marmurze i kalatei. 
- Muszę się napić. Albo polatać. Ta twoja parszywa jaszczura jest mi coś winna za fatygę.