JustPaste.it
 
𝓣𝐚𝐢𝐧𝐭𝐞𝐝 𝐨𝐯𝐞
 
🇨​🇭​🇦​🇵​🇹​🇪​🇷​ 🇽​🇽​🇮
⛧ ❛ ᴛʜᴇsᴇ ᴠɪᴏʟᴇɴᴛ ᴅᴇʟɪɢʜᴛs ʜᴀᴠᴇ ᴠɪᴏʟᴇɴᴛ ᴇɴᴅs ᴀɴᴅ ɪɴ ᴛʜᴇɪʀ ᴛʀɪᴜᴍᴘʜ ᴅɪᴇ ʟɪᴋᴇ ᴀ ᴘᴏᴡᴅᴇʀ ᴡʜɪᴄʜ ᴀs ᴛʜᴇʏ ᴋɪss ᴄᴏɴsᴜᴍᴇ
 

⠀⠀⠀Lilith to tylko... tymczasowy twór.

⠀⠀⠀ Moje palce zacisnęły się nieznacznie na jego ramieniu, a krótkie paznokcie wbiły się w okrytą cienkim materiałem skórę. Ściągnąwszy w konsternacji brwi, pogratulowałam sobie zajęcia miejsca za plecami mojego małżonka; tam, gdzie jego bystry, badawczy wzrok nie mógł mnie dosięgnąć. Niezłomna wiara Faustusa w Lucyfera znacząco zbiła mnie z tropu; doskonale znałam przebieg ostatniej audiencji u Księcia Ciemności, podczas to której były Najwyższy Kapłan poróżnił się z obiektem naszego kultu, gdy ten nakazał mu ugiąć kolano przed moją bratanicą. Spodziewałam się, że wieść o detronizacji Szatana wywoła u niego coś na wzór ulgi, satysfakcjonującego przeświadczenia o wymierzonej sprawiedliwości. Bezgraniczne oddanie Blackwooda z całą pewnością nie wpisywało się w kanon reakcji na obecną sytuację Kościoła Nocy, choć bez wątpienia negatywna postawa wobec przejęcia przywództwa w Piekle przez kobietę komponowała się idealnie z mizoginią, którą siedzący przede mną mężczyzna się cechował.

⠀⠀⠀ Tymczasowy twór... czy w ten sam sposób myślał o mnie na kapłańskim stanowisku? 

⠀⠀⠀ Czułam, że Faustus chce zadać precyzyjny cios w jeden z moich słabszych punktów: wiarę. Zarzut dotyczący odwrócenia się od Szatana, sławionego przez nas przez tyle stuleci, przypieczętowany komentarzem o słabym oddaniu, spowodował zaciśnięcie się mych warg w cienką linię. Usiłowałam zepchnąć w mroczną otchłań niepewność, którą zasiewały we mnie kolejne słowa Blackwooda, powodując zachwianie wszystkiego, co przez ostatnie miesiące tak skrupulatnie starałam się ułożyć w mojej głowie. Tego własnie chcesz, Faustusie. Mojego rozdarcia. Miałam wrażenie, że zawsze tego pragnął, a ja, niczym ślepa owca, byłam za każdym razem gotowa naiwnie podążyć jego śladem - nawet wówczas, gdy wydeptana ścieżka prowadziłaby ku całkowitej destrukcji. Wiedziałeś o tym, Edwardzie. I dlatego przed laty położyłeś temu wszystkiemu kres. Teraz jednak nie było na świecie osoby, która byłaby w stanie stanąć między nami i uniemożliwić mi rzeczoną wędrówkę. Czy chcesz ją kontynuować, Zeldo? To Ty trzymasz w rękach ster swojego życia; nie Twój ojciec, nie Twój brat - Ty. 

⠀⠀⠀ Moment sentymentalnej zadumy przerwały kolejne słowa mojego małżonka, tym razem wprawiając mnie w jawną irytację. Zamaszystym ruchem zabrałam spoczywającą dotychczas na jego ramieniu dłoń, pozwalając jej opaść wzdłuż mojego ciała i zdecydowanym krokiem ruszyłam w kierunku okna, odwracając się do Blackwooda plecami; chociaż każdy mój gest świadczył o zdenerwowaniu, nie chciałam, aby mógł odczuć choćby minimum triumfu, związanego z wyprowadzeniem mnie z równowagi w tak banalny sposób. Od samego początku wiedziałam, że nasza współpraca nie będzie polegała na popijaniu herbaty przy kominku i spokojnych dywagacjach dotyczących przyszłości Sabatu, jednak przytyk dotyczący błędu jaki popełniłam, obsadzając na stanowiskach nauczycielskich pozostałych przy życiu uczniów, był zdecydowanie ciosem poniżej pasa.

Nie musiałabym tego robić, gdyby nie Ty ━ odparłam chłodno, wsączając w swoją wypowiedź tyle jadu, ile tylko byłam w stanie. ━ Jeżeli zaklęcie Caligariego było dla mnie łaską, to jak nazwać napojenie naszych braci i sióstr trucizną podczas mszy? Spóźnionym prezentem z okazji Przesilenia Zimowego?

⠀⠀⠀ Czułam gniew; wzrastając z każdą chwilą, potęgował obecne między nami napięcie - to z kolei budziło we mnie szereg sprzecznych emocji i żądz, które podobnie jak wcześniej niepewność, starałam się zepchnąć w czeluść swojego umysłu, nie dając im dojść do głosu. Przywołałam do siebie szklankę z trunkiem, która samoistnie napełniła się podczas naszej krótkiej wymiany zdań i bez chwili zawahania opróżniłam ją jednym łykiem. Bursztynowy alkohol zdawał się wypalać wszystkie negatywne emocje, a rozchodzące się po moim ciele ciepło w przyjemny sposób koiło zszargane nerwy. O wiele łatwiej było mi przyjąć do świadomości jego kolejne słowa, wypowiedziane tonem, który - podobnie jak whisky - zdawał się łagodzić rozpętującą się we mnie burzę.

⠀⠀⠀ Był miękki, nacechowany neutralnymi określeniami; dobierał każde słowo w taki sposób, aby... no właśnie: aby osiągnąć to, czego chciał. Niespiesznie odwróciłam się w jego kierunku, nadal jednak unikając jego spojrzenia. Miał cholerną rację. Doświadczenie już dawno winno mnie nauczyć, że nie warto odsłaniać wszystkich swoich kart, a najtrudniejsze cele osiąga się subtelną grą pozorów - grą, która dla mężczyzn stanowiła kompletną abstrakcję; nie rozumiejąc zasad, poddawali się jej nadzwyczaj łatwo. Wypośrodkowanie punktów zawartych w moim manifeście tym właśnie było.

⠀⠀⠀ Zwróciłam swój wzrok w kierunku kominka, a na moich wargach pojawił się delikatny uśmiech, sprytnie ukryty pod kurtyną rudych włosów, które opadały na moją bladą twarz. Przez chwilę wpatrywałam się w szalejące płomienie; podobny żar rozpalał mnie od środka, a jego źródło siedziało naprzeciw mojego biurka, pouczając mnie z  wręcz nauczycielską manierą. 

Tak. Tak właśnie zrobimy ━ przytaknęłam w końcu przyciszonym głosem, finalnie zwracając swoje spojrzenie w jego kierunku, niezdolna do dłuższego unikania jego wzroku; mój własny był spokojny, lecz czaiło się w nim coś nieodgadnionego. ━ Dziękuję Ci za Twoje rady, Faustusie. Na dzisiaj wystarczy.

⠀⠀⠀ Jak gdyby na potwierdzenie swoich słów, skierowałam kroki w kierunku biurka, jednak nie zasiadłam na dyrektorskim fotelu i nie odprawiłam go kurtuazyjnym skinieniem głowy, jak zapewne by tego oczekiwał; jak ja sama bym oczekiwała. Jak powinnam była zrobić. 

⠀⠀⠀ Nie.

⠀⠀⠀ Mój ruch przerósł moje najśmielsze oczekiwania i chociaż starałam się go odwlekać w czasie jak tylko mogłam; był on nieunikniony. Oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. 

Lanuae magicae ━ moje palce zacisnęły się na jego ramieniu, a w następnej chwili znaleźliśmy się na środku komnaty, którą nie tak dawno opuścił, spiesząc na spotkanie ze mną.

⠀⠀⠀ Nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, przyciągnęłam go do siebie i zmiażdżyłam jego usta własnymi w łapczywym, pełnym pasji pocałunku, przepełnionym tęsknotą, którą tak bardzo się brzydziłam. Niech Cię piekło pochłonie, Faustusie. Przeklinałam w myślach jego egzystencję, jednocześnie przywierając do niego całym ciałem i wplątując szczupłe palce w ciemne włosy mężczyzny, aby naszych twarzy nie dzieliło choćby pół oddechu - jak gdyby w obawie, że znów zniknie; stanie się cholernym wspomnieniem, o którym pozornie chcąc zapomnieć, skrupulatnie utrwalałabym w pamięci, uzyskując kompletnie odwrotny efekt.

⠀⠀⠀ Nienawidziłam go. Tego desperackiego łaknienia destrukcyjnej bliskości, które we mnie budził. Tego, że zawsze wiedział za który sznurek pociągnąć, aby wywołać zadowalającą go reakcję. Jest między nami to połączenie, którego nie możesz wyprzeć, Zeldo Spellman. Możemy się rozwieść, ale po tym nasza więź tylko się wzmocni...

⠀⠀⠀ Chcąc uciszyć jego głos, który rozbrzmiewał w mojej głowie wraz z każdą kolejną pieszczotą, zatopiłam zęby w jego dolnej wardze, delektując się metalicznym smakiem krwi; tego szczególnego rodzaju euforii byłam w stanie doświadczyć jedynie z nim. Po krótkiej chwili przerwałam pocałunek, aby móc spojrzeć mu w oczy; w owym geście nie było jednak żadnego romantyzmu, a w moich oczach kryło się coś na wzór obawy.

⠀⠀⠀ Dlaczego tak nie mogło być zawsze? Dlaczego musiałeś to wszystko zniszczyć? 

⠀⠀⠀ Moja dłoń spoczęła na jego klatce piersiowej, popychając go w tył; na tyle mocno, aby opadł na łoże. Już po sekundzie byłam na nim. Moje usta odnalazły usta Faustusa, ponownie łącząc je w gwałtownym pocałunku. Smakował jak krew, whisky i coś, co budziło we mnie dziwny, bolesny sentyment. Ujęłam jego nadgarstki w swoje dłonie, przytrzymując je tuż nad jego głową, aby móc zejść niżej i zacząć muskać ustami linię szczęki i w końcu szyję mojego małżonka - fałszywa delikatność, przerwana przez kolejne ugryzienie. Napawałam się ową krótką chwilą własnej dominacji; wiedziałam doskonale, że już za chwilę role się odwrócą. Pragnęłam się temu poddać i raz jeszcze zakosztować jego władzy.

⠀⠀⠀ Uniosłam głowę, odnajdując jego wzrok. To ostatni moment... jeszcze możesz się wycofać. Nie było o tym mowy. Było na to za późno. Moja dłoń zjechała w dół, błądząc przez chwilę po jego udzie, a następnie szczupłe palce powoli zaczęły sunąć ku górze; a napotykając pasek, rozprawiły się z nim w parę chwil. Oblizałam wargi, drżąc na całym ciele. Nie ma odwrotu. Nie chcę odwrotu. Już po chwili jedynymi dźwiękami wypełniającymi komnatę były nasze przyspieszone oddechy, gdy spragnione siebie ciała złączyły się w jedno. Mój miękki, przełamany rozkoszą szept, wypowiadający jego imię, a następnie bezwstydne jęki, które bez żadnej kontroli wydobywały się z mojego gardła. Niczym ćma naiwnie zbliżająca się do źródła światła, płonęłam teraz w blasku Faustusa, aby w jego ramionach raz jeszcze zaznać ostatecznego wyzwolenia.

 

━━━━━━━━━━━━━ ⛧ ━━━━━━━━━━━━━

 

⠀⠀⠀ Sięgnąwszy po leżącą tuż obok porozrzucanych na podłodze ubrań papierośnicę, powoli uniosłam się na poduszkach pozwalając, aby okrywające moje nagie ciało prześcieradło zsunęło się w dół, eksponując sylwetkę od pasa w górę. Pomiędzy spuchnięte od pocałunków wargi wsunęłam papierosa, odpalając go zaklęciem i zaciągnęłam się głęboko dymem, żeby po chwili wydmuchnąć go z impetem w przestrzeń.

⠀⠀⠀ Czułam na sobie jego spojrzenie, jednak z pełną świadomością go unikałam. Było mi wstyd; wstyd, że dałam się ponieść, że raz jeszcze dałam świadectwo swojej naiwności, ale przede wszystkim, że tak bardzo tego pragnęłam. Leniwie obracając między palcami bibułkę wypełnioną tlącym się tytoniem, przeciągnęłam się, a szary popiół zdobiący końcówkę papierosa opadł na posadzkę.

⠀⠀⠀ Chciałam powiedzieć mu tyle rzeczy. Wyrzucić raz jeszcze swoją gorycz, ukazać mu swój żal i powiedzieć o tęsknocie, która wypalała mnie od środka: za nim, za dziećmi. Wiedziałam jednak, że przyznanie się do którejkolwiek z tych rzeczy, byłoby w oczach Faustusa słabością; tej zaś nie chciałam ukazywać. Zupełnie tak, jakbyś już tego nie zrobiła, wyszeptał złośliwy głos mojej podświadomości. Zwilżyłam nerwowo usta i spoglądając w bok, ponownie zaciągnęłam się papierosem.

⠀⠀⠀ Dlaczego tak bardzo uwielbiasz mieszać w mojej głowie? 

⠀⠀⠀ Było to pytanie, na które nigdy nie miałam uzyskać odpowiedzi. Odrzucając stargane prześcieradło, którego materiał nadal ukrywał resztę mojego ciała, wstałam z łózka i podchodząc do pobliskiej donicy, zgasiłam w niej fajkę. Jeden ruch nadgarstka wystarczył, aby porozrzucane w nieładzie części garderoby znalazły się z powrotem tam, gdzie powinny - na mnie. 

Śpij dobrze ━ z tymi słowami opuściłam jego komnatę mając świadomość, że dzisiejszej nocy sen będzie dla mnie jedynie abstrakcją.

 

━━━━━━━━━━━━━ ⛧ ━━━━━━━━━━━━━

 

⠀⠀⠀ Przez kolejne dni unikałam swojego małżonka jak tylko mogłam nie dopuszczając do sytuacji, w której znaleźlibyśmy się się sam na sam w jednym pomieszczeniu. Ton każdej mojej wypowiedzi był czysto formalny, zaś moją twarz zdobiła niewzruszona maska godna Najwyższej Kapłanki. Całą swoją uwagę starałam się skupić na kreowaniu własnego manifestu, który niepokojąco zaczynał przypominać zbiór idei Edwarda; tak soczyście wyszydzanych przeze mnie przed laty. Nerwowo przekreślałam kolejne zdania zapisane staranną kursywą, przeklinając pod nosem. To był mój plan na rozwój Kościoła Lilith. Mój. Ja piastowałam stanowisko Najwyższej Kapłanki. Nie Faustus. Nie Edward.

⠀⠀⠀ Kochałam swojego brata, jednocześnie przez całe życie dusząc się świadomością egzystowania jedynie w cieniu jego chwały. Byliśmy jak jedno ciało, jeden organizm i choć owa bliskość ani trochę mi nie przeszkadzała, pragnęłam separacji. Zapracowania na własne imię. Zamoczywszy końcówkę pióra w stojącym na biurku zbiorniczku z atramentem, starałam się ignorować szum na korytarzu za drzwiami mojego gabinetu, który zdawał się przybierać na sile z każdą chwilą. Zapewne to znów jakieś studenckie potyczki. Cholerne dzieciaki, przysięgam na Lilith...

Ciociu Zee! ━ ów okrzyk mógł należeć wyłącznie do jednej osoby.

⠀⠀⠀ Zawarta w nim ekscytacja zmroziła krew w moich żyłach, która pod wpływem irytacji powstałym na korytarzach Akademii hałasem, krążyła po moim organizmie w najdzikszy z możliwych sposobów, powodując szum w uszach. Kiedy drzwi od biura rozwarły się z hukiem, gwałtownie uniosłam się z zajmowanego przeze mnie miejsca, przewracając szklany zbiornik z atramentem i tym samym zalewając cały pergamin, na którym usiłowałam spisać swoje przemyślenia. Tak burzliwa reakcja bynajmniej była spowodowana samym pojawieniem się Sabriny. Spoglądając na znajomą, długo niewidzianą twarz osoby stojącej obok niej, która w danej chwili wykrzywiona była w grymasie świadczącym o zmęczeniu, mimowolnie rozchyliłam usta. Moje dłonie i ramiona zaczęły drżeć; kompletnie straciłam nad nimi kontrolę. Goszczące na buzi mojej bratanicy rozanielenie zdawało się gasnąć z każdą kolejną minutą, gdy bez słowa wpatrywałam się w niego. Nie powinno go tu być. Nie po tym wszystkim. Nie teraz. Nigdy. Czułam zalewającą mnie falę paniki, a tuż za nią czaiła się kolejna: czysta furia.

Nicolasie, czy możesz zostawić nas same? ━ zapytałam słabym głosem; przez cały ten czas mój wzrok skupiony był wyłącznie na Sabrinie. ━ Musimy porozmawiać. To sprawa rodzinna.

 

━━━━━━━━━━━━━ ⛧ ━━━━━━━━━━━━━

 

⠀⠀⠀ Pragnęłam raz jeszcze znaleźć się w jego ramionach i utonąć w agonalnym morzu zapomnienia; z dala od konsekwencji, zmartwień. Od czasu do czasu spoglądałam ukradkiem na jego zamyśloną twarz, gdy w wypełnionym głuchą ciszą czarnym samochodem przemierzaliśmy rzymskie ulice, kierując się w stronę Nekropolii Watykańskiej. Widok za oknem budził wspomnienia, które przez ostatnie kilka miesięcy starałam się wymazać z pamięci.

⠀⠀⠀ Moja dłoń w pewnym uścisku jego dłoni. Tajemniczy uśmiech na moich ustach, który w perfidny sposób zdradzał szczęście; niedomówienie mające miejsce na schodach Akademii zostawiliśmy na pokładzie samolotu. Pierwszy raz w życiu starałam się niczym nie przejmować; byłam przekonana, że gdy znajdziemy się już w zaciszu naszego apartamentu, z łatwością przekonam go do darowania Ambrose'owi jego występku; tak, jak niejednokrotnie miało to miejsce w przypadku Sabriny. Byłam taka naiwna. Stojąc na balkonie o finezyjnej, acz eleganckiej balustradzie, delektowałam się ciepłym wieczorem w towarzystwie papierosa, kiedy poczułam jego obecność za moimi plecami. W dłoniach trzymał pięknie zdobione pudełko; jeden z projektów Leonarda. Mój prezent ślubny - exemplum trojańskiego konia, które przyjęłam z cholerną wdzięcznością. Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki upiornie słodkiej melodii wygrywanej przez pozytywkę, zniknęło wszystko; zapach watykańskiego powietrza, bogato zdobione wnętrze apartamentu, gwieździste niebo, światła miasta i ja - Zelda Spellman - ulotniłam się niczym dym z wciąż tlącego się pomiędzy moimi palcami papierosa, którego bez zastanowienia wyrzuciłam za balustradę, chichocząc przy tym w sposób tak uroczy, tak bezmyślny, że miałam ochotę oderwać sobie głowę i posłać ją w ślad za niedopałkiem. Wolna wola stała się fikcją. Teraz istniał jedynie on. Zielone oczy kreatury, którą się stałam, wpatrywały się w oblicze mojego małżonka z uwielbieniem godnym boskiego bytu. Moje ciało czekało na jakikolwiek sygnał z jego strony; nie należało już bowiem do mnie... 

⠀⠀⠀ Czarny samochód zajechał na plac, na którym już czekali oni: Najwyżsi Kapłani Kościołów Mroku. Pojazd zatrzymał się tuż przy wejściu, a szofer niespiesznie z niego wysiadł, z eleganckim ukłonem otwierając mi drzwi. Ostatni raz zerknęłam na Faustusa, nie mogąc jednak sprecyzować emocji, które były wypisane na jego twarzy. Już otwierałam usta, gdy w moim kierunku wystrzeliła znajoma dłoń, którą bez chwili zawahania ujęłam, opuszczając miękką, tylną kanapę.

Zeldo. ━ choć w spojrzeniu Rafaela kryło się ciepło, jego ton był wyjątkowo formalny.

⠀⠀⠀ Pozostali Kapłani powitali mnie mało przekonującym skinieniem głowy i cichym, grzecznościowym pomrukiem "Matko Spellman". Puszczając rękę Geoffreya przystanęłam, aby poczekać na Faustusa. Mój przyjaciel najwyraźniej zrozumiał niewypowiedzianą aluzję, gdyż ruszył w ślad za pozostałymi mężczyznami, który skierowali swoje kroki w kierunku wejścia. Zrównawszy się z Blackwoodem, nachyliłam się nieznacznie w jego stronę, raz jeszcze omiatając spojrzeniem jego twarz. Czyżby chodziło mu o tamtą noc? Nie. To było zupełnie nie w jego stylu. Przez stulecia zmienialiśmy kochanków niczym rękawiczki, nigdy nie robiąc sobie z tego powodu wyrzutów; cielesność zdawała się nigdy nie robić na nim wrażenia.

Co się stało? ━ szepnęłam cicho, z trudem powstrzymując chęć ujęcia go pod ramię.

⠀⠀⠀ Już nie byłam posłuszną małżonką, tańczącą w rytm melodii niczym baletnica kręcąca się na szczycie pięknej pozytywki; nie mogłam pozwolić sobie na podobne afekty.