JustPaste.it

     

Kolejny rozkaz, kolejna ofiara. Uzbrojony i zaopatrzony w kilka nowych run wyruszyłem w nieposkromiony mrok. Nigdy nie obawiałem się ciemności, w niej czułem się jak u siebie, nie musiałem obawiać się tego kim naprawdę jestem. Mieszaniec taki jak ja zawsze jest wykluczany - nie akceptowali mnie ani ludzie ani demony uznając mnie za niegodnego nazywania się jednym z ich rasy. Skoro oni mnie nie chcieli, to ja również usunąłem toksyczne osoby z mojego życia. Stałem się niezależny, trochę szybciej dorosłem, a w praktyce? W pewnym momencie to wszystko mnie przerosło. Odrzucenie i niechęć najbliższych mi osób były nie do zniesienia. Dlatego właśnie zostałem łowcą - wrogiem wszelkich nadprzyrodzonych istot, zabójcą. Pomagało mi to chociaż w pewnym stopniu zapomnieć...zapomnieć o wielu rzeczach.

Dzisiaj, tak dla odmiany, padło na wampira. Owy osobnik miał na swoim koncie tyle odebranych istnień, że bóg o ile istnieje powinien już dawno się z nim rozliczyć, a jego ciało powinno wąchać kwiatki o spodu, ale póki nie obchodzą go przyziemne sprawy, ludzie tacy jak ja muszą rozwiązywać "problemy" tego świata. Zagłębiając się w las wyciągnąłem krótki miecz, tak już z dobrego przyzwyczajenia. Byłem coraz bliżej kryjówki wampirów, więc moje kroki musiały być jeszcze ostrożniejsze, a wszystkie zmysły wyczulone na najmniejsze choćby bodźce. Zadanie nieco utrudniało mi umiejscowienie ceglanej budowli otoczonej dość gęstym lasem jednak nie takie rzeczy się już robiło.

Zwykle chodziłem na misje sam - sam mogłem zginąć. Miało to zarówno plusy jak i minusy. Gdyby dana sytuacja mnie przerosła, w co śmiem wątpić, to poszkodowany byłbym tylko ja, ale równocześnie nie mogłem liczyć na niczyje wsparcie, byłem zdany tylko na siebie, broń i swoje umiejętności. Nie wątpiłem w żadne z nich, ale czasami brakowało mi towarzysza, z którym mógłbym przy dobrym whisky omawiać nawet błahe tematy. Uroczą towarzyszką także bym nie śmiał pogardzić. Wybrałem jednak takie, a nie inne życia, a dodatkowo moja krew nie pomaga mi w nawiązaniu przyjaźni. W końcu plotki na mój temat rozprzestrzeniają się z prędkością światła i raczej w tym świecie nie ma Łowcy, a czasem też podziemnego, który nie wiedziałby kim jestem.

Słysząc zbliżające się kroki ukryłem się za najbliższym drzewem i dyskretnie sprawdziłem któż to wyszedł mi naprzeciw. O, jak miło. Nie musiałem się nawet wysilać by go szukać. Blake. Niestety wraz z nim pojawił się drugi, a prawo jest prawem - żadnych świadków. Oparłem głowę o pień i tylko wzniosłem oczy ku niebu w geście oznaczającym tylko jedno - to będzie bardzo długa i bardzo ciężka noc. Jednak niedługo później, ku mojej nieoczekiwanej radości, zakończyli pogawędkę, która swoim poziomem dorównywała IQ gwoździa. Jeszcze nie wiedziałem dlaczego taka się zdawała. 

Teraz moja kolej. - Blake... Tęskniłeś?  -powiedziałem wychodząc zza drzewa po tym jak upewniłem się, że będziemy sami. - Kim ty do cholery jesteś? - zapytał syczącym głosem wampir i wyprostował się, jakby chciał pokazać swoją wyższość nade mną. Hah, nie ze mną takie numery. - Mam wiele przydomków, ale dla ciebie najodpowiedniejszym będzie jeden-śmierć. - wyrzekłem pewnym siebie głosem, nie tracąc przy tym ani odrobiny z dobrze znanego wśród łowców taktu, a raczej jego braku. Sarkazm, ironia i obrażanie idiotów tak by nawet nie zdali sobie z tego sprawy - tak wygląda mój świat, w którym z diabłem jesteśmy na "Ty". - Łowca. - Dokładnie, niezbyt inteligentna nocna istoto. To ja. Wyciągnąłem zza paska nóż i z niesamowitą prędkością wyrzuciłem go w stronę mężczyzny powodując, że ostrze prawie całkowicie zatopiło się w jego martwym ciele. O centymetr minąłem serce. Cholera... Wampir z tym swoim uśmieszkiem wyciągnął narzędzie, a jego kły znacząco urosły. Wtedy już wiedziałem, że nie pójdzie mi tak łatwo jak mogłem się tego spodziewać jeszcze parę minut temu, ale kiedy chwilę później znikąd zaczęli pojawiać się jego ludzie - załamałem się.

Było ich około dwudziestu, niby nie tak dużo, jednak większość z nich była świeżo po posiłku i nadal nosiła na sobie plamy z krwi swoich bezbronnych ofiar. Nie zamierzałem się poddać. Ustawiłem się inaczej starając nie spuścić z oka żadnego z przeciwników. Nie było to niewykonalne, aczkolwiek dość kłopotliwe. Kiedy Blake wystąpił do przodu i zaczął iść w moją stronę nic we mnie nie zdradzało, że obawiam się co mnie czeka. Chociaż... Odpowiedź była dość oczywista. Śmierć. W pewnym momencie usłyszałem za sobą nieznany, bardzo niski i twardy głos, więc odwróciłem się w jego stronę tak jak cała horda krwiopijców. Zdecydowanie wampiry czuły spory respekt do osoby, a raczej istoty, która się do nas zbliżała. Kto to jest? Czyżby ktoś chciał mi pomóc? Albo kolejny, który chce mnie zabić. Wybacz koleś - jest kolejka.