═══════════════════════════ ❝ í dσn't knσw whαt í wαnt.. ❞ ═══════════════════════════


════════════════════════════════════ » • « ════════════════════════════════════
Czułam się jakby ktoś pięściami próbował dobić się do mojej głowy. Walenie było nieznośne, wręcz tłumiące wszystkie inne dźwięki. Skorupa, w której chowałam się od dawien dawna pomału zaczynała gdzieniegdzie pękać przez co słowa Shane'a docierały do mnie coraz silniej. Kiedyś zdania ludzi wpuszczałam jednym uchem, drugim wypuszczałam. Uważałam, że nie powinni się wtrącać do mojego życia, czy małżeństwa. Wszystko docierało jakby zza ściany, a dziś mogłam wyraźnie usłyszeć każde słowo. Nie byłam już stłamszona, zastraszona, czy ślepo wpatrzona w męża i przysięgę, którą składałam sześć lat temu przed ołtarzem. Teraz czułam się jak ptak, który jest na uwięzi i pragnie się wydostać. Pragnie wyfrunąć, użyć swoich skrzydeł by zaznać smaku wolności. Nie dane mi to było jednak, bowiem bałam się zerwać z uwięzi. Odejść od tego, który przecież opiekował się mną, dbał o wszystkie materialne formy, a czasem nawet starał się być dobry, miły, czy rozmowny. Czułam się rozdarta na dwie strony. Z jednej stał Shane, w którego oczach dostrzegałam prawdziwą troskę, a z drugiej słowa mamy dudniące w moich uszach do dnia dzisiejszego, aby nie dać się ludziom, którzy będą pragnęli zaburzyć spokój mojego małżeństwa. Zaczynałam żałować, że tamtego felernego dnia Pan Reid postanowił chwycić mnie za rękę i ściągnąć z mostku. Pragnęłam śmierci. Ukojenia. Wolałam wieczne potępienie niż piekło tutaj na ziemi.
Spokojny głos Shane'a wywołał u mnie furię, której dałam upust poprzez krzyk, przez co Mona siedząca obok łazienki ze spokojnej pozycji, ułożyła się w czuwającą. Ja jednak nie patrząc ani na ciszę nocną ani na fakt, iż wspomniany pies może mnie zaatakować w obronie swego Pana, bo przecież mogłabym zostać uznana za zagrożenie, wyrażałam swoją frustrację poprzez kolejne wylewanie żali. Oddychając ciężko patrzyłam w oczy mężczyzny z mieszanymi uczuciami, które własnie zalewały moje ciało. Cała masa przeróżnych odczuć mieszała w mojej głowie, tworząc mętlik, który to Shane tylko pogłębiał kolejnymi wywodami. Mimo krzyku oraz przekleństw, które wypadały z jego ust tym razem się nie wzdrygnęłam, dziarsko stojąc przed nich. Jakikolwiek ruch był jednak niemożliwy przed dłonie, które zacisnęły się na moich ramionach. - Obiecałam mężowi wierność do końca swoich dni. Nie po to przysięgałam przed ołtarzem by teraz uciekać. - Wtrąciłam swoje trzy grosze gdzieś pomiędzy kazania, które aktualnie wypowiadał w moim kierunku Reid. Z drugiej strony mogłabym to uznać za pouczenia, czy też żale. Patrzył na mnie z punktu widzenia skrzywdzonego dziecka i nie dziwiłam się, że ma taki, a nie inny stosunek, bowiem pamiętałam nadal jak czułam się, gdy ojciec katował moją matkę. Wbrew sobie jednak i zdrowemu rozsądkowi nadal broniłam męża bojąc się tego co mogłoby nadejść gdybym chciała uciec. Wystarczyło spojrzeć na moją aktualną aparycję. Mój mąż podejrzewał romans, który to niby zwęszyli życzliwi sąsiedzi i koledzy i jak to się skończyło? Moim błędem była ucieczka do Shane'a bowiem, gdyby ktoś się o tym dowiedział, a potem doniósł Mu kto wie jakby to się mogło skończyć..
- Skok wtedy z tego mostku byłby najlepszym rozwiązaniem. Do dziś nie wiem czemu mnie powstrzymałeś. Po co? Żebym dalej walczyła ze sobą? Żebym zamęczała się tym wszystkim? Dawała się maltretować? Gwałcić? Nie odejdę od męża Shane.. - Za bardzo się boję - dodałam w myślach i spuściłam głowę. Z moich oczu leciały łzy, jednak starałam się to ukryć. Kolejne dreszcze przeszły moje ciało, a drżenie rąk zdradzało aktualny stan. Tak cholernie się bałam. Nie raz w snach to ja byłam oprawcą, który zabija męża, ale zaraz po przebudzeniu zanosiłam się płaczem, nie wierząc w to, do czego mój umysł jest zdolny. Chciałam wolności, ale nie za wszelką cenę. Spojrzałam na Shane'a, który wybuchnął po raz kolejny, tym razem powodując u mnie mimowolny odruch skulenia się w sobie. Zerknęłam na niego ze strachem. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens słów, które wypadały z jego ust. Otworzyłam szerzej oczy nie wierząc, że ten miły mężczyzna, o dobrym sercu jest dolny do tak zwyrodniałych i złych czynów. - Shane.. Shane! Uspokój się! - Krzyknęłam, gdy pierwszy szok minął. Niewiele myśląc stanęłam między drzwiami, a mężczyzną. Zadarłam głowę do góry i położyłam dłoń na klatce piersiowej bruneta. - Nie chcesz tego. Błagam Cię. Przestań! Chcesz zabić kogoś by potem do końca życia mieć go na sumieniu? Chcesz trafić do więzienia? Błagam Cię, opanuj się! Takich rzeczy nie można rozwiązywać w ten sposób. Nie wiesz co mówisz, bo przemawia przez Ciebie tylko złość! - Mój głos drżał, chociaż próbowałam być jak najbardziej spokojna czy opanowana w walce z tym co aktualnie się działo. Strach, który siedział w mojej głowie ustąpił, gdy zrozumiałam, że muszę powstrzymać mężczyznę przed tym jakże głupim czynem, który planował. Złapałam jego dłoń, spoglądając w jego oczy. - Błagam Cię.. Nie rób głupot.. - Powiedziałam cichym, łamiącym się głosem. Dopiero teraz dotarło do mnie, że tak naprawdę nie powiedziałam mu dlaczego mój mąż dziś uczynił to wszystko, ale widząc jego reakcję, wolałam zachować w tajemnicy fakt, iż ktoś musiał nas widywać w nocy czy przyjrzeć się naszym stosunkom w przychodni. Gdyby tylko Shane wiedział, że poniekąd jest przyczyną mojego stanu.. Zapewne nie zdołałabym Go powstrzymać przez zabójstwem mojego męża..
════════════════════════════════════════════════════════════════════════════