JustPaste.it

34b4b08f9d9939ff281698db8c524c1d.jpg

____________________________________________________________

Myślał, że danym aktem, nader osobistym aktem szczerości ruszy jej mentalną powłokę na tyle mocno, iż kobieta pocznie się łamać i z inną perspektywą spojrzy na otaczającą ją rzeczywistość. Musiała w końcu dojrzeć prawdę, gdyż ciągle dusiła się w kłamstwie, i to na tyle drastycznie, że te wszystkie sprzeczne fakty odznaczały się faktycznym stanem rzeczy. Shane to rozumiał, pod jakimś minimalnym kątem. Nie chodziło tu wcale o jego matkę, a błędy jakie popełnił sam w latach swej młodości. Próbował wyciągnąć ojca ze szpon alkoholizmu, bo czasem wydawało mu się, iż ten ma przebłyski swojej starej osobowości. Był wtedy tym samym opiekuńczym Calebem, dla którego przede wszystkim liczyło się dobro rodziny, aniżeli zniszczona doszczętnie kariera, potem jednak znowu chwytał za butelkę, rozpoczynając na nowo maraton destrukcji samego siebie, a także otoczenia. I tak bez końca. Każdego cholernego dnia. Reid był już pełnoletni wtedy, mógłby się więc wyprowadzić, odciąć się od koszmaru, ale zamiast tego, wolał znosić rządy tyrana, które koniec końców pchnęły go do ucieczki. Wprawdzie, nie było to samobójstwo, a jednoznaczne wstąpienie do armii, chociaż ten wybór także przyczynił się do śmierci. Lecz wyłącznie jego duszy. Zatem ciężko było pomóc komuś, kiedy samemu posiadało się podobne zapędy, chociaż... Dzięki tym błędom miał większą świadomość co do wizji możliwie lepszego jutra, a przede wszystkim tego, że ową spiralę chaosu przerwać trzeba, nim będzie za późno, stanowczo za późno. Jednakże Julie zdawała się być zaiste głucha na jego wszelkie argumenty, jakimi próbował otworzyć jej oczy. Pozwoliła mu mówić, obnażyć się z mrocznych sekretów, co przypieczętowała dotykiem. Ciemnowłosy drgnął lekko, gdy to wyczuł delikatnie muśnięcie opuszków palców na własnym policzku. Dany gest nie uważał za coś złego, jednakże odzwyczaił się całkowicie od objawów dobroci i ciepła, które zechcieli mu ofiarować inni. Przez długie lata przecież liczył wyłącznie na siebie, robiąc rzeczy, które śniły mu się po nocach. Nawet siostrzane czy matczyne odruchy wywoływały u niego nietypowe tiki. Nikt jednak nie miał mu za złe takowego, specyficznego zachowania, bo przecież Shane na powrót próbował zaaklimatyzować się wśród ludzi, co nie było takie proste, jak się mogłoby komuś z zewnątrz wydawać.

— Nie znasz mnie. Ani trochę — mruknął nieco ostrzejszym tonem na wzmiankę o byciu osobistością porównywalną do potwora. Pani Bellair widziała przecież tylko jego powierzchowność, nie domyślając się tego, co kryło się we wnętrzu mężczyzny, czy tego, co jego silne, szorstkie dłonie zwykły robić. Ileż to było na nich krwi. Ileż to razy zacisnął je na drżącej grdyce oponenta. Był zły, niezrównoważony, wręcz szaleńczy, aczkolwiek ową naturę szczelnie chował przed światem, jakoby walczył o lepsze życie. Oddając brunetce dystans, oparł się lekko plecami o drewnianą barierkę mostku. Mona tym razem zechciała przyjąć pozycję leżącą i ze wzrokiem wbitym w aktualną scenkę, oczekiwała na powrót w ramy przerwanego spaceru. We wnętrzu Reida z kolei poczęło się coś gotować, na tyle gromko, iż dziwny zduszony krzyk starał się wydostać przez gardło. Julie mówiła i przez chwilę miał wrażenie, jakby słyszał własną matkę. Pieprzone wytłumaczenia! A to spadłam ze schodów, a to przez nieuwagę strąciłam na siebie bibeloty w garażu. A jej jedyny syn wyraźnie wyłapywał nocne kłótnie, ewoluujące znacząco w molestowanie. Tak dobrze znał już te schematy, gdy to kobieta stawała się więźniem osobistego koszmaru. Bo tak miało być. Bo tak trzeba. Bo rozwód to zło. To ciężki grzech. Nie wytrzymał już i krzyknął na tyle głośno, że spłoszył ptaki, skrywające się na drzewach pod osłoną nocy.

— Kurwa mać! Julie! Jesteś ofiarą! Znajdujesz się pod tyranią psychola! — aż poczuł adrenalinę krążącą po krwiobiegu, co najmniej gdyby ta przygotowywała go do starcia z wrogiem — Działasz jak marionetka, bo myślisz, że tak musi być. Że tak wygląda życie. Że tak wygląda małżeństwo, ale to gówno prawda! Nikt nie ma prawa podnosić na Ciebie ręki, gdy ma, powiedzmy, gorszy dzień. Nikt nie ma prawa Cię poniżać i traktować jak przedmiot, ale nikt Ci też nie pomoże, dopóki sama nie będziesz zdecydowana co do porzucenia dotychczasowej egzystencji, skończenia z tym piekłem. Wyrywanie Cię siłą z tego zła nie jest najlepszą decyzją, bo jesteś więźniem syndromu sztokholmskiego — kolejne zdanie dodał już znacznie ciszej, jakoby starał się wpłynąć jednoznacznie na kobietę mu towarzyszącą — Musisz pozwolić sobie pomóc, słyszysz? Musisz powiedzieć dość, nim będzie za późno... — przestąpił z nogi na nogę, po czym przetarł dłonią twarz. Ciche westchnienie także wydostało się spomiędzy jego warg. Nie potrafił już znaleźć odpowiednich argumentów, bo zdawało mu się, że ciemnowłosa i tak go nie słucha. Może nie dosłownie, a po prostu owy natłok informacyjny odsuwa od własnej świadomości — Śmierć nie jest ratunkiem. Nigdy nie była... — nie wiedział, czy właśnie mówił o sobie, czy też o Julie, jednakże oboje w tej kwestii obrali podobne stanowiska. 

Tak jak się domyślał. Kobieta nawet nie zamierzała odnieść do jego monologu, a tylko rzuciła zwykłe Nic o mnie nie wiesz Shane, następnie też ewakuując się z miejsca ich potyczki słownej. Na odchodnym usłyszał jeszcze życzenia dobrej nocy, a na nie już tylko kiwnął w odpowiedzi głową, bo brunetka zezwoliła jeszcze na krótki kontakt wzrokowy zanim na dobre dała się pochłonąć przez mrok. On pozostał choć tymczasowo na mostku, by ochłonąć, a przede wszystkim przełknąć okropną gorycz porażki. Obnażył się przecież, by jej pomóc, aczkolwiek jego wyciągnięta dłoń została zignorowana.

____________________________________________________________