
Dziwnie rozciągnięta, drżąca gdzieś pod powierzchnią, ale niewątpliwie autentyczna rzeczywistość, zdawała mu się nagle niesamowicie paralelna, co było już zgrzytem samym w sobie. Jego przyjmujący aktualne wydarzenia umysł, z niezachwianą równowagą akceptował każde tu i teraz, niezależnie od ich treści, którą czasami nawet jeśli chciał pozmieniać, to wiedział, że zwyczajnie nie mógł. Bo każda akcja miała swoją reakcję i każda doprowadziła przez niewidoczny, ale ciągnący się przez życie, często zahaczając przy tym również i te osoby zdające się wręcz przypadkowe, sznur, w którego supłach, odnoszących się do potrzebnych czynności, doprowadził do właśnie takiego, a nie innego zakończenia. Próby odplątania i zaplecenia go na nowo, choć wciąż jedynie w teorii, było ingerencją w coś, co powinno się zostawić, bo każdy koniec mógł okazać się zupełnie nowym początkiem, a to właśnie powstałe na nim supły ukierunkowywały na to, jak może potoczyć się dalszy los. Zmiana, nawet najmniejsza, mogła kompletnie nagiąć wszystko, co dotąd powstało, wprowadzając ogromny chaos. A teraz, te wyimaginowane sznury, nagle zdawały się poplątane bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, mieszające się ze sobą, przenikające jeden przez drugi, bez żadnego ładu i jakiejkolwiek harmonii, która przecież obowiązkowo powinna być w tym wszystkim uwzględniona. Choć Sal, jeszcze kiedyś zastanawiał się, jakby to było, gdyby kilka węzłów zawiązało się w zupełnie innych miejscach, bądź gdyby nie było ich tam wcale, tak wiedział, że było to zwykłe teoretyzowanie, bo i tak nie miał na to aż tak dużego wpływu po wszystkim, a przed, choć tutaj wpływ był ogromny, nie mógł wiedzieć do czego to doprowadzi. Czasami, gdy leżał, wpatrując się jednym okiem w sufit zjadany przez mrok, a sen, przeważnie wraz z jego koszmarami nie nadciągał, zastanawiał się, co dokładnie musiałby zrobić, bądź czego nie zrobić, by uniknąć jakiegoś wydarzenia. Było to jednak dużo później, po tym, gdy wreszcie odpychana przez niesamowicie długi czas prawda, wreszcie musiała nadejść z całą swoją bolesną mocą i dodatkowym brzemieniem, osiadającym na barkach, niczym niewidzialny cień, który niekiedy zbyt mocno ciągnął w dół, prosto do bezkresnej otchłani, w której czasami, ale tylko czasami tak cudownie byłoby się zanurzyć i zwyczajnie w niej trwać.
Tato, kiedy mama wyjdzie ze szpitala? Myślisz, że rozpozna mnie z moją nową twarzą?
„Cholera, Sal! Możemy nie robić tego dzisiaj?”
Po prostu za nią tęsknię.
„Ona nie żyje! Ona, kurwa, nie żyje! Mama nie wróci do domu!”
Odsunięcie od siebie prawdy i życie w świecie, powstałym wyłącznie gdzieś w jego głowie, w którym rzeczywistość wyglądała niemal identycznie, choć z zasadniczo różniącym się w tym przypadku jednym elementem, było jedynie wytworem dziecięcego umysłu, który w podobny sposób zareagował na coś, czego nie potrafił w owej chwili zaakceptować. Lecz to właśnie wtedy po raz pierwszy miał styczność z „co by było, gdyby…”, tworzące niemal niemożliwe do zliczenia opcje, które gdzieś, w kompletnie innej rzeczywistości, przecież mogły istnieć.
Wybrałem różową, ponieważ to ulubiony kolor mamy. Mam nadzieję, że dzięki temu mnie w niej rozpozna.
Możliwości, które w tym miejscu zwyczajnie nie mogły się zdarzyć, których węzeł w tym miejscu był już zawiązany zbyt ciasno, by móc w ogóle podjąć się prób jego rozplątania. Ale gdzieś przecież ten supeł nigdy nie powstał, tym samym wyznaczając zupełnie inną drogę. A teraz, doświadczając przebywania jednocześnie w dwóch, być może w jakiś sposób nachodzących na siebie, przenikających się światach, rzeczywistościach, zwykła teoria i zajmowanie umysłu podobnymi, czasem bolesnymi, a niekiedy przynoszącymi ulgę, rozważaniami, nagle okazywała się nie być już tylko teorią. A czymś autentycznym, czymś, choć wciąż zupełnie gdzieś indziej, ale istniejącym. Dotąd poukładany świat, ze swoimi nieznoszącymi sprzeciwu zasadami, którymi się rządził, nagle wydał mu się najbardziej chaotycznym miejscem, jakie kiedykolwiek mogło istnieć.
— Możemy pójść zapalić — odpowiedział od razu. — Znaczy, ty pójdziesz zapalić, a ja pójdę ci potowarzyszyć — zreflektował się szybko i podniósł się ze schodów, by wcielić ów plan w życie. Widział, że wszystko to, czym podzielił się z Larrym, zrobiło na nim dość spore, choć niekoniecznie pozytywne, wrażenie. Właściwie trudno było mówić tutaj o jakichś pozytywach, a nawet jeśli były, to Sal przeważnie ich nie zauważał, zresztą podobnie, jak i negatywów, bardziej po prostu przyjmując tę sytuację taką, jaka zwyczajnie była. Bezsprzecznie jednak uważał, że skoro już się pojawiła, to należałoby coś z nią zrobić; skoro dostał początek sznura, to powinien odnaleźć też i jego koniec, niezależnie od tego, z czym wiązać się będą powstałe z biegiem czasu supły. Nie chciał jednak narażać młodego Johnsona na coś, z czym ewidentnie z trudem sobie radził. Być może ukierunkowane było to strachem, a być może czymś jeszcze, o czym Sally zwyczajnie nie wiedział i o czym prawdopodobnie nie mógł wiedzieć na tym, dość przecież wczesnym, etapie. Możliwe odpowiedzi zapewne wymagały czasu, a na ten, momentami przesypujący się przez palce w zdecydowanie zbyt szybkim tempie, a niekiedy ciągnący się, jak te śmieszne zabawki, przypominające swoją konsystencją gluty, które w New Jersey miał w pewnej chwili niemal każdy dzieciak w jego szkole, nie miał wpływu, bo czas, niezależnie od tego, co się działo, niewzruszenie po prostu płynął dalej. I prędzej czy później być może doprowadzi do momentu rozwiązania tego, co teraz pozostawało pod znakiem zapytania.
Ciepłe, letnie powietrze uderzyło go wraz z otwarciem drzwi. Niezrażony tym wyszedł na zewnątrz, choć intuicyjnie skierował kroki do rzucanego przez budynek cienia, przystając w nim wraz z Larrym. Obserwował, jak chłopak wyciąga papierosa z wymiętoszonej paczki, a chwilę później pomiędzy palcami błyska zapalniczka, która wraz z odpaleniem wydała swój charakterystyczny dźwięk. Następnie podążył wzrokiem za powstałą smużką dymu, mknącą w górę, by zaraz zniknąć, unosząc przy tym swój dystynktywny smród, który trudno było pomylić z czymkolwiek innym. I choć Sal miał wrażenie, że pomimo wyraźnych prób Larry’ego, to dym i tak wnikał w jego ubranie, wsiąkał w czarną koszulkę oraz podziurawione na kolanach czerwone spodnie, by pobyć tam przez jakiś czas, jakby chcąc zasugerować swoją obecność wszystkim wokół, wyraźnie wskazując na to, co się wraz z nim wiązało. Sally wiedział, że nawet jeśli jego ojciec wyczuje od niego papierosy, to nie powie na ten temat nawet słowa. Być może w jakiejś kompletnie innej rzeczywistości, która może wyglądałaby podobnie, a może zupełnie inaczej, wiązałoby się to z ogromną kłótnią, nacechowaną rozczarowaniem, krzykami, bądź czymś podobnym, ale w tej jedyną reakcją, na którą mógł liczyć, będzie wzruszenie ramion, o ile w ogóle.
— Czy ty mnie wcześniej pytałeś, czy lubię pasztet? — wypalił nagle, odrywając wzrok od sunącego w powietrzu dymu i przeniósł go na Larry’ego. Delikatnie przechylił po chwili głowę, jakby w wyrazie zastanowienia się nad ową kwestią. — Chyba tak, nie wiem. Kiedyś chyba jadłem, jak byłem młodszy, ale później tata przestał go kupować. Nie pamiętam za bardzo, jak on smakuje, ale może skoro ty lubisz go aż tak bardzo, to mógłbym spróbować i też polubię. — Wzruszył lekko ramionami, delikatnie się przy tym uśmiechając, co tym razem bardziej mógł zasugerować jedynie ton jego głosu. Miał nadzieję, że taka nagła zmiana tematu, gdy Larry najwyraźniej potrzebował chwili odpoczynku i uspokojenia myśli, choć trochę pomoże mu ochłonąć. Może jeśli odrobinę się od tego zdystansuje, to później łatwiej będzie mu się z tym zmierzyć, z nowymi siłami i energią do działania. — Tata mówił, że gdzieś tutaj jest jezioro, to prawda? Zawsze lubiłem być nad jeziorem, co prawda nie umiem pływać, ale samo siedzenie przy wodzie, szczególnie w taki upał, może być całkiem przyjemne. Chciałbyś mi kiedyś je pokazać? Pamiętam, że czasami jeździliśmy z rodzicami nad jezioro Hopatcong, ale w wakacje zawsze było tam strasznie dużo ludzi, a to tym bardziej nie zachęcało mnie, żeby próbować pływać. Ale i tak było całkiem fajnie, moja mama robiła stos kanapek, którą większą ich część zjadał tata, chociaż przed tym narzekał, że to za dużo i przecież nie chcemy wykarmić całej armii. Czasami mama mówiła, że on robi za całą armię, śmiejąc się przy tym, szczególnie, gdy rzeczywiście okazywało się, że kanapek ledwo wystarczyło na naszą trójkę. Często też robiła na tę okazję słodkie rogaliki, stary, żałuj, że nie możesz ich spróbować, uwielbiałem je, były zajebiste. Nigdy nie jadłem niczego lepszego. Wydaje mi się, że nawet powinienem mieć gdzieś przepis, ale nawet nie będę próbować ich zrobić, raczej w tym przypadku wdałem się w ojca, a wiesz… on nie jest aż tak dobrym kucharzem, jak była mama.
Sal, nawet tego nie zauważając, chwycił dłoń Larry’ego i zacisnął na niej swoje palce. Dziwny odruch, niema prośba o wsparcie, po które przeważnie nie odważał się sam z siebie sięgać, a które najwyraźniej potrzebował, jednocześnie czując się w towarzystwie Larry’ego na tyle bezpiecznie, by ów gest wykonać bezwiednie.
— Pamiętam, jak raz udało mi się zabrać czekoladę, chociaż mama mówiła, że to nie jest najlepszy pomysł. I miała rację, bo gdy tylko ją wyciągnąłem, to okazało się, że całkowicie się rozpuściła, była praktycznie płynna. Ale nie dlatego nie zdecydowałem się jej zjeść, to jeszcze by mi aż tak nie przeszkadzało, ale tata, który akurat wtedy wrócił z wody, usiadł prosto na czekoladę. Płakaliśmy wtedy ze śmiechu, nawet tata, chociaż dzisiaj za coś podobnego pewnie by mnie skrzyczał. Ale później przestaliśmy tam jeździć.
„Ona nie żyje! Ona, kurwa, nie żyje!”
Być może w innej rzeczywistości rodzina Fisherów, w komplecie, cała trójka, właśnie siedziała nad jeziorem. Być może Henry namawiał Sala do wejścia do wody, po ojcowsku chcąc go nauczyć pływać, a Diane powtarzała, że może spróbować, ale nie musi, jeśli nie chce, bo to naprawdę żaden wstyd nie umieć pływać. W końcu ona też nie potrafi pływać. Puściłaby mu oczko, unosząc lekko przeciwsłoneczne różowe okulary, uśmiechając się przy tym. A on, prawdopodobnie bez maski, odwzajemniłby gest, uśmiechając się przy tym w identyczny sposób, po czym poderwałby się z rozłożonego na ziemi koca i pobiegł do stojącego po pas w wodzie ojca. Być może to byłby właśnie ten dzień, w którym nauczyłby się pływać.
Po prostu za nią tęsknię.
Palce Sally’ego zacisnęły się zdecydowanie mocniej, wręcz boleśnie wbijając się w dłoń chłopaka.
— Myślisz, że tutaj nad jeziorem byłoby mniej ludzi? Nie, żebym chciał się nauczyć pływać, po prostu… Ej! A ty, Larry? Umiesz pływać?
Wraz ze zmianą tematu, dłoń najpierw rozluźniła się, a chwilę później całkowicie oderwała od ręki młodego Johnsona i wyprostowała się wzdłuż ciała Sala. Chłopak momentalnie raz jeszcze przekrzywił głowę, wpatrując się z wyraźnym zaciekawieniem, choć błyszczącym zaledwie w jednym oku, w Larry’ego. Być może w jakiejś inne rzeczywistości, to dwoje niebieskich oczu patrzyłoby się na niego z podobną intensywnością, jakby od tej odpowiedzi zależała przynajmniej połowa ludzkich istnień. Być może również, Larry miałby okazję patrzeć na chłopięcą, choć z wyraźnie delikatnymi rysami, odziedziczonymi po Diane, twarz Sally’ego.
— Można tam w ogóle pływać?
A być może nigdy zwyczajnie by się nie spotkali, nie wiedząc o swoim istnieniu.
Sally podszedł do drzwi, po czym, zerkając przy tym na Larry’ego, nacisnął klamkę i wszedł do środka, gestem zachęcając do tego również nowego przyjaciela.
— Tato, to ja i…
— Przyprowadziłeś kolegę? — Głos Henry’ego Fishera dotarł do ich uszu prędzej, niż sam Henry, którego głowa wychynęła z pokoju. Widząc jednak, że Sal rzeczywiście przyszedł z kimś, mężczyzna, starając się ukryć zaskoczenie, wyszedł z pomieszczenia, podchodząc do Larry’ego, w kierunku którego wyciągnął rękę. — Witaj, młody człowieku, jestem Henry Fisher, tata Sala. Bardzo miło mi cię poznać. Mam nadzieję, że obaj jesteście głodni, bo w przerwie od rozpakowywania postanowiłem zrobić obiad. Co powiecie na spaghetti?
— Dzięki. Brzmi naprawdę super, tato — odpowiedział, posyłając Larry’emu znaczące spojrzenie, mówiące, że akuratnie to danie, przygotowane przez jego ojca, jak najbardziej nadaje się do zjedzenia i młody Johnson nie ma się czego obawiać w tej kwestii. — Ważne, że nie lasagne — dodał ciszej, gdy starszy Fisher zniknął w kuchni, po czym pociągnął Larry’ego w stronę swojego pokoju. — Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzał za bardzo brak mebli, ale mam łóżko, na którym można usiąść. No, w zasadzie to na razie sam materac, który leży na podłodze. Na którym zapewne śpi… — Kot miauknął głośno, gdy tylko Sal otworzył drzwi do pokoju, po czym uniósł głowę, by na nich spojrzeć. Przez chwilę wpatrywał się w obu chłopców, ale następnie, wręcz ostentacyjnie, rozciągnął się niemal na całej długości materaca i zamknął żółte ślepia. Sal zerknął na Larry’ego i wzruszył lekko ramionami. — Gizmo, mój kot, o którym ci mówiłem. Nie przejmuj się nim. Nic ci nie zrobi, możesz usiąść koło niego. Albo na podłodze, jeśli nie będzie ci to przeszkadzało. Ogólnie to siadaj, gdzie chcesz i gdzie jest miejsce, tylko uważaj, bo niektóre kartony są puste i mogą nie być zbyt stabilne. No i nie siadaj na Gizmo, nie lubi tego, raz przypadkiem sprawdziłem i przy okazji dowiedziałem się, że jednak potrafi drapać. Chcesz obejrzeć moje gry? Konsoli już nie mam, ale gry mi zostały, mógłbyś sobie coś wybrać, jakbyś chciał. A nie, czekaj… nie wiem, w którym są pudełku, przepraszam, ale kiedyś na pewno ci je pokażę, to może… O, wiem! To wiem, gdzie jest!
Podszedł do jednego z otwartych, ale wciąż nierozpakowanych kartonów i usiadł przed nim. Przez dłuższą chwilę czegoś w nim szukał, wyraźnie przekładając kilka znajdujących się w środku rzeczy z miejsca na miejsce, na co nawet Gizmo zastrzygł niespokojnie uszami, jednak nie ruszył się z materaca. W końcu, z tryumfalnym „ha!”, Sally wydobył z pudła zeszyt i odwrócił się w kierunku Larry’ego, nie wstając z podłogi.
— Obiecałem, że mogę ci dać jakiś zeszyt na notatki, więc proszę! Mam nadzieję, że taki nie będzie ci przeszkadzać. — Uniósł rękę, w której ściskał zeszyt w białej okładce, na środku której widniał kucyk ze zdecydowanie zbyt szerokim, a przez to trochę niepokojącym uśmiechem, z domalowanym wyraźnie przez Sala wąsem, podsuwając go chłopakowi najwyżej, jak w obecnym położeniu mógł. — Jest niezapisany — dodał, raz jeszcze przechylając głowę w bok i zamknął oczy, tym samym sugerując widniejący na jego twarzy uśmiech.

