
Poprzetykany marzeniami, strachami, obawami, nadziejami i jeszcze wieloma innymi rzeczami umysł Sala powoli podpowiadał mu, że choć wszystko wydaje się być w porządku, to jedynie prowizoryczne uczucie, za którym kryje się coś, w co zagłębiać się absolutnie nie powinien. A z drugiej strony uparcie pchał, by jednak zbadać temat, przyjrzeć się snutym wokół tajemnicom, które otulały to miejsce tak szczelnie, że na pierwszy rzut oka niewidocznie. Niczym przezroczysta osłona, której nie widać, a która przecież jest. Coś wyjątkowo nalegało, by uchylić ową zasłonę i spojrzeć na wszystko tak, jak wyglądało naprawdę, bez otoczki nieprawdziwości. Choć Sally ani trochę nie miał pojęcia, z czym miał do czynienia, to coś podpowiadało mu, że jest to po prostu złe, w dodatku złe w najczystszej postaci, a raczej w swojej najczarniejszej odsłonie. Nie mógł też zignorować faktu dziwnej wizji, czy jakkolwiek to nazwać, która nagle pojawiła się w jego głowie, choć bardziej miał wrażenie, że to on pojawił się w tej wizji, jako siłą ściągnięty do niej gość. Ostrzeżenie, które dostał zwyczajnie musiało coś oznaczać i czuł, po prostu wiedział, że niezależnie od tego, co będzie oznaczało, to nie odpuści, dopóki się tego nie dowie, dopóki choć nie spróbuje doprowadzić tej dziwnej sprawy do końca. A jednocześnie teraz zniknięcie chłopaka, podane w wiadomościach, którymi przerwane zostały kreskówki. Nie wiedział jak, ani tym bardziej skąd, ale miał uczucie, które niemal irytowało, że te sprawy są ze sobą w jakiś sposób powiązane, że wszystko to jest jakoś połączone, tworząc całość, której nijak nie potrafił jeszcze dostrzec, mając tak mało poszlak.
Zastanawiał się, gdzie jest ojciec Larry’ego. Nie widział go nigdzie w pobliżu, sam chłopak również o nim nie wspomniał, a choć mało kiedy przykład wagę do szczegółów, to nie przypominał sobie, by widział jego zdjęcie gdziekolwiek, poza domkiem na drzewie. A to dawało jednak do myślenia. Jednocześnie z jakiegoś powodu obawiał się poruszyć ten temat z Larrym, nie tylko przez samą wizję, o której – był przekonany – nie mógł powiedzieć, ale też dlatego, że jeśli coś się stało, to Sal sam doskonale wiedział, jak bolesne bywa poruszanie tematu rodzica, którego już nie było. Przez długi czas Sally z trudem myślał o swojej mamie, co nie oznaczało, że tego nie robił, bo robił to aż nazbyt często, wciąż i wciąż na nowo rozdrapując niezabliźnioną ranę, już nie wspominając o tym, by o niej mówić. Nawet teraz, a przecież minęło już dobrych kilka lat od tamtego dnia, niekiedy wolał o niej nie wspominać, choć też nigdy nie robił tajemnicy z tego, że został mu tylko ojciec. Często jednak wolał ograniczyć się tylko do tego, nie zagłębiając się w szczegóły, doskonale wiedział bowiem, że momentami miał ogromne trudności z poradzeniem sobie z wyrzutami sumienia, które potrafiły go ogarnąć, nawet jeśli zdarzało mu się mieć nadzieję, że jednak ma to już za sobą. Czasem zdawało mu się, że one, wyrzuty sumienia, jak i dołączające do nich poczucie winy, które bonusowo przypałętywało się w gratisie, tylko czekają na odpowiednią chwilę, by niespodziewanie zaatakować. Dlatego tym bardziej nie chciał poruszać tematu, który dla Larry’ego mógł być zwyczajnie bolesny. Nie było wątpliwości, że Sal wręcz momentalnie polubił młodego Johnsona i nie chciał go do siebie w żaden sposób zrażać. Wyszedł z założenia, że poczeka, aż Larry sam uzna, że chciałby powiedzieć mu coś o swoim ojcu. Wiedział, że niektóre rzeczy wymagają zwyczajnie czasu.
— Dziwna sprawa z tym zaginięciem, jestem ciekaw, co się stało — powiedział, chwytając wyciągniętą w jego stronę rękę chłopaka i podniósł się z zajmowanej dotąd pufy. Po chwili uśmiechnął się, jakby kompletnie zapomniał o owej zagadce i kiwnął głową. — Mój tata na pewno ucieszy się, że przyszedłeś. Wydaje mi się, że bardzo czeka na moment, aż przyprowadzę do domu jakiegoś przyjaciela i mu go przedstawię, a jeśli jeszcze zjesz z nami obiad, to będzie przeszczęśliwy. No i nie mam nic przeciwko, żeby pójść schodami, choć moja kondycja też raczej nie jest w najlepszym stanie, ale jeśli dzięki temu natkniemy się na twoją mamę i powiemy, żeby się o ciebie nie martwiła, to…
Przerwał nagle, właściwie dopiero teraz orientując się, czemu Larry chwilę wcześniej również nie dokończył swojej wypowiedzi. Mimowolnie nieco mocniej zacisnął palce na dłoni nastolatka, jakby tym gestem, właściwie jakimkolwiek, mógł sprawić, że nagłe uczucie minie. I minęło, choć nie był do końca przekonany, czy właśnie dlatego, że mocniej zacisnął dłoń. Zerknął na swoją rękę, puszczając przy okazji dłoń Larry’ego, jednak ta wydawała się dokładnie taka sama, jak zawsze. Nie było na niej żadnej oznaki tego, co przed chwilą poczuł, a mógłby przysiąc, że jego ręka płonęła, zupełnie tak, jakby włożył ją prosto do buchającego ogniska. Czuł to bardzo wyraźnie, jednak na tyle krótko, że niewiele więcej, niż ten jeden gest, nie zdążył zrobić.
Uniósł wzrok na Larry’ego, słysząc jego pytanie i raz jeszcze kiwnął głową, nawet nie kryjąc zdumienia i czającego się za nim przerażenia, które odmalowało się na jego twarzy, a które wyraźnie było widoczne w jego oczach.
— Tak, mnie też zapiekła dłoń — odpowiedział powoli, cicho, jakby jednocześnie zastanawiał się nad każdym słowem, ważąc je i bojąc się je wymówić. Zupełnie tak, jakby przez głośne potwierdzenie tego dziwnego zjawiska stało się ono bardziej realne lub – co gorsza – mogło się powtórzyć. — Tylko przez moment, ale…
Nie dokończył jednak, wręcz wypchnięty przez chłopaka z pokoju. Nie oponował w żaden sposób, właściwie niemal czując ulgę, gdy ruszył się z miejsca. Przeszedł przez salon, kierując się w stronę drzwi wyjściowych i już sięgał ręką do klamki, gdy coś przykuło jego uwagę. Zamarł w jednej chwili, wpatrując się w zacienioną kuchnię, wręcz czując za plecami coraz bardziej niecierpliwiącego się Larry’ego.
— Co to było? — zapytał, cofając dłoń od klamki i jakby kompletnie zapominając o obecności chłopaka, jak i o tym, że jeszcze chwilę temu chciał stąd wyjść, nie mówiąc już o głodzie, o którym rzeczywiście zapomniał, poszedł do kuchni. Stanął pośrodku niewielkiego, połączonego z salonem pomieszczenia i przez chwilę próbował dojrzeć cokolwiek. Kuchnia, nie licząc oczywiście jego, jak i stojącego niedaleko Larry’ego, wydawała się kompletnie pusta, a Sal mimo tego był niemal pewny, że dostrzegł ciemną sylwetkę, która w pośpiechu wycofała się na jego widok, jakby chcąc pozostać niezauważona.
Odwrócił się w stronę Larry’ego, chcąc go poprosić, żeby włączył światło, jak i wyjaśnić mu, co takiego zobaczył, ale wtedy, gdy już otwierał usta, zdał sobie sprawę, że kuchnia, salon, całe mieszkanie Johnsonów, a nawet i sam Larry, zniknęli. Zamiast tego znalazł się w zupełnie innym miejscu. Ponadto tam, gdzie wcześniej znajdowały się drzwi, prowadzące na korytarz, teraz stała dziwna, dwa razy większa od niego postać, kojarząca mu się niechybnie z ptakiem skrzyżowanym z człowiekiem; zamiast twarzy posiadała długi dziób, a para czarnych, paciorkowatych oczu wpatrywała się prosto w niego. Zdawała się być okryta płaszczem, zrobionym w całości z piór, spod którego wystawały całkowicie ludzkie nogi, a gdy Sal przyjrzał się, dostrzegł również przytrzymującą płaszcz dłoń. I choć wszystko podpowiadało mu, że powinien być przerażony, tak Sally czuł się całkiem spokojnie, jakby doskonale wiedział, że dziwna postać nie zrobi mu żadnej krzywdy.
— Gdzie jestem? — zapytał, a postać klapnęła kilka razy dziobem, jakby na próbę, usiłując przypomnieć sobie, jak się mówi.
— W koszmarze — odpowiedziała, po czym uniosła rękę, tym samym odsłaniając część całkowicie ludzkiego ciała, wskazując kierunek. — Musisz mi jednak pomóc, żeby się stąd wydostać.
Sally kiwnął głową i ruszył w kierunku postaci, po czym wyminął ją, idąc w stronę, w którą wciąż wskazywała. Ciemny korytarz kończył się ścianą, na której wisiała rama. Pod nią znajdował się niewielki stół i Sal dostrzegł na nim porozrzucane fragmenty obrazu, które musiały tworzyć jakąś całość, a której nastolatek w tym momencie nie potrafił dojrzeć. Mając jednak wrażenie, że w tym właśnie ptakopodobny stwór potrzebuje pomocy, zabrał się za układanie, szybko przekonując się, że wcale nie było to tak proste, jak z początku mu się wydawało; wiele części zdawało się kompletnie nie pasować, pochodzić z zupełnie innego malunku, a i same fragmenty niekiedy zmieniały się, tym bardziej utrudniając mu dopasowanie ich gdziekolwiek. Miał wrażenie, że spędził nad tym długie godziny, ale obraz wreszcie znalazł się w całości w ramie. Sal cofnął się o krok, chcąc mu się przyjrzeć, zdążył jednak dostrzec na nim tę samą postać, która powitała go w tym miejscu, gdy obrazek kompletnie się zmienił. Patrzył teraz na obraz, przedstawiający leżący na ziemi niewielki scyzoryk, na którym wyryte były dwie litery – „K.D.”, lecz i to zniknęło tak nagle, jak się pojawiło, a w ramach widniało jedynie puste płótno.
Sal, z jakiegoś powodu zapamiętując to, co zobaczył, szczególnie odnotowując w pamięci ujrzane litery, a jednocześnie nieprzejęty tymi dziwnymi wydarzeniami, odwrócił się i ruszył w stronę, z której przyszedł, chcąc powiadomić postać o wykonanym zadaniu. Jednak, gdy dotarł na miejsce, człowieka-ptaka już nie było, a zamiast niego zobaczył drzwi. Sally bez większego zastanowienia otworzył je i wszedł w rozciągający się za nimi mrok.
Zamrugał kilka razy, zdając sobie sprawę, że ponownie znajduje się w kuchni Larry’ego, a sam chłopak coś do niego mówi.
— Co? Coś mówiłeś, Larry? — zapytał, zastanawiając się, co tak właściwie przed chwilą miało w ogóle miejsce. — Przepraszam, chyba… chyba się zamyśliłem. — Rozejrzał się, jednak nic nie wydawało się zmienione, wszystko było dokładnie tak samo, jak przedtem, nim znalazł się w tej dziwnej wizji. Koszmarze, jak określiła to widziana przez niego postać. — Spadamy stąd?
Ponownie ruszył do drzwi i po chwili wyszedł na korytarz, czuł jednak kompletny mętlik w głowie. Był zdecydowany, żeby po prostu wrócić do siebie, po drodze powiadamiając Lisę o tym, gdzie przebywa jej syn, a później najnormalniej w świecie zjeść obiad, zapominając choć na jakiś czas o wszystkich dziwnych rzeczach. Ale miał wrażenie, że to po prostu nie w porządku. Wobec Larry’ego. Dlatego też, gdy zaczęli wspinać się po schodach, Sal chwycił chłopaka za nadgarstek, zatrzymując go.
— Poczekaj, chcę ci o czymś powiedzieć — rzucił, po czym cofnął rękę i czując się niemal przytłoczonymi myślami, zwyczajnie usiadł na schodach i poklepał miejsce obok siebie, żeby młody Johnoson usiadł obok niego. Dopiero wtedy, gdy Larry zajął miejsce, ponownie na niego spojrzał. — Przed chwilą coś widziałem. Coś dziwnego. W jednym momencie byłem u ciebie w kuchni, a w następnym w… nawet nie wiem gdzie.
Wziął głębszy wdech, po czym ze wszystkimi szczegółami zrelacjonował Larry’emu swoją wizję. Z jakiegoś powodu wiedział, że tej nie musiał przed nim ukrywać, a skrzętnie zataił jedynie tę, której doświadczył w domku na drzewie. Doszedł do momentu ułożenia obrazu oraz tego, że ten nagle się zmienił, przedstawiając scyzoryk.
— I były na nim litery. K.D. Czy ten gość z wiadomości nie mówił, że chłopak, który zaginął nazywał się Kevin Dopencośtam? — zapytał po chwili, właściwie dopiero teraz dostrzegając ten szczegół. Być może, gdyby nie to, że Larry sam był świadkiem dziwnych rzeczy, jak płonące oraz znikające obrazy, to Sal nigdy nie zdecydowałby się opowiedzieć mu o tym, co sam zobaczył. Miał jednak wrażenie, że chłopak nie wyśmieje jego teorii, ani nie uzna, że Sally ma zwyczajnie wybujałą wyobraźnię. — Co ty na to, żeby jutro przejść się w okolice szkoły, gdzie podobno ten cały Kevin zaginął i się rozejrzeć? Rodzicom będzie można powiedzieć, że poszedłeś mnie oprowadzić, a może uda nam się czegoś dowiedzieć. — Raz jeszcze, tym razem nieco bardziej nerwowo, zacisnął dłoń na nadgarstku starszego nastolatka. — Nie wiem, jak ty, Larry, ale mam wrażenie, że dzieje się tutaj coś bardzo dziwnego. I że to wszystko jest w jakiś sposób ze sobą połączone. A jeszcze… — zawahał się przez moment, odrobinę wzmacniając uścisk. — Widziałem coś wcześniej, w kuchni. Miałem wrażenie, że ktoś tam był. Ktoś… coś, co wyglądało jak cień. I to coś wcale nie chciało zostać zauważone.
