
Wspinaczka do domku na drzewie nie okazała się aż tak trudna, jak Salowi wydawało się z początku. Już po kilku chwilach udało mu się wejść do środka, wcześniej unosząc zasłaniającą wejście klapę i zaraz rozejrzał się, czekając, aż Larry wdrapie się na górę. Być może dlatego, że zwyczajnie cieszył się z zaproszenia w owe miejsce, albo dlatego, że jeszcze bardziej cieszył się z możliwości spędzenia czasu z kimś w mniej więcej swoim wieku, kto ponadto najwyraźniej również był z tego faktu zadowolony, wszechobecny bałagan panujący w niewielkim pomieszczeniu absolutnie mu nie przeszkadzał. A być może dlatego, że Sally nigdy nie przykładał jakiejś większej uwagi do porządku i trochę większy chaos, który wdarł się w losowo porozmieszczane rzeczy nie wadził mu w żadnym stopniu. Właściwie musiał przyznać, że dzięki temu wnętrze domku wyglądało znacznie przytulniej, a nie jak opuszczone miejsce, które miało być przede wszystkim na pokaz.
Przeniósł wzrok na chłopaka i uśmiechnął się, by po chwili szczerze wybuchnąć śmiechem, raz jeszcze musząc przyznać, tym razem w duchu, że Larry naprawdę był zabawny i niezwykle mu się to podobało. Na dobrą sprawę nie pamiętał, kiedy i czy w ogóle, spędzony z rówieśnikiem czas sprawił, że tak często się uśmiechał, nie mówiąc już o śmianiu się. Zazwyczaj nie bawiło go to, co innych w jego wieku, o ile oczywiście, któreś z dzieciaków postanowiło w ogóle wtajemniczać Sala w powód ich rozbawienia, ale przeważnie nie rozumiał, co dokładnie wywołało falę śmiechu, a nikt nie palił się, by mu to wytłumaczyć. Prędzej spotykał się z wytykaniem palcami, gdy po raz kolejny okazywał się dziwakiem, a reszta tym bardziej upewniała się w tym, że nie chcą mieć z Sallym nic wspólnego, omijając go szerokim łukiem, co w zasadzie nie było z tego wszystkiego najgorsze. Zdecydowanie wolał być zostawiany w spokoju, niż znowu spotykać się z wyzwiskami, których w sumie nigdy mu nie szczędzono. W dodatku charakteryzująca piętnastolatka częsta powaga ani trochę nie ułatwiała mu sprawy i być może wzbudzała pewien rodzaju nikły szacunek jedynie wśród nauczycieli, ale na pewno nie wśród dzieciaków, z którymi w końcu powinien spędzać więcej czasu i do czego tak często dorośli go zachęcali, najwyraźniej nie rozumiejąc problemu, bądź nie chcąc przyjąć do wiadomości, że jakikolwiek problem w ogóle istnieje, tłumacząc sobie, że Sal na pewno potrzebuje zwyczajnie poprzebywać wśród „swoich”, by całkowicie dojść do siebie. Skłonności do sięgania po typowo dziecięce zachowania również nie ułatwiały zdobycie nowych znajomych, szczególnie wtedy, gdy Sally łapał się na tym, że w chwilach większego zwątpienia i spadku humoru, z chęcią dostałby trochę wsparcia w formie chwilowego potrzymania za rękę chociażby, bądź zwykłego przytulenia. Z nikim nigdy nie był na tyle blisko, by samemu odważyć się na podobny gest, albo chociaż na powiedzenie o tym komukolwiek. Przez to zawsze czuł się dokładnie tak, jak dziecko, któremu zabrało się ukochanego pluszaka, bez możliwości dostania go z powrotem, a jednocześnie nie potrafił sam sobie wytłumaczyć, skąd w ogóle wzięły się podobne zachowania i chęć do nich. Rozumiał, co prawda, co oznaczało słowo „trauma” i bez przeszkód potrafił się nim posługiwać, ale nie do końca potrafił zrozumieć, czym dokładnie objawia się ona u niego, nawet jeśli dla większości postronnych obserwatorów było to nad wyraz oczywiste.
— Nie, w przeciwieństwie do ciebie najwyraźniej, to nie mam alergii — odpowiedział, wciąż trochę rozbawiony po ataku kichania Larry’ego. — Właściwie ogólnie nie czuję aż tak dobrze wszystkich zapachów, więc jeśli będziesz chciał przy mnie zapalić, to nie musisz się krępować. Nie będzie mi to przeszkadzało.
Uszkodzony w incydencie nos rzeczywiście nie działał tak dobrze, jak kiedyś, co poniekąd Sal mógł uznać za jakiś plus, a przynajmniej zazwyczaj starał się podchodzić do tego w ten sposób. Co prawda, poniekąd to wciąż był temat tabu i nawet jemu samemu ciężko było o tym myśleć, a już szczególnie w jakichkolwiek pozytywach, ale przy lepszych dniach mógł pokusić się o podobne myślenie. A zdawało się, że ten dzień rzeczywiście należał do jednych z lepszych, nawet jeśli w jakimś sensie wstyd było to przyznać, to te kilkanaście minut, które spędził w towarzystwie Larry’ego, były jednymi z szczęśliwszych od dłuższego czasu. Nie spodziewał się, że przeprowadzka z New Jersey do Nockfell przyniesie ze sobą aż tak wiele wypełnionych radością – choć wciąż ciężko było mu to przyznać przed sobą, z obawy, że gdy to sprecyzuje, to wszystko momentalnie runie, niczym domek z kart przy silniejszym podmuchu złośliwego wiatru – chwil.
— Naprawdę chcesz być moim przyjacielem? — zapytał, kiedy Larry w końcu skończył kichać. — Ale fajnie, nigdy żadnego nie miałem. Zawsze chciałem mieć przyjaciela.
Choć słowa, wypowiedziane w zasadzie dość beztrosko, oscylując bardziej przy zwykłym, mało znaczącym stwierdzeniu, zabrzmiały dość niewinnie, tak naprawdę kryły za sobą sporą dawkę bólu, której teraz trudno było się właściwie w nich doszukać. Wymagało to jednak długiej drogi, często okraszonej łzami bezsilności i zwykłego niezrozumienia, krzyków, gdy czuł się nad wyraz pokrzywdzony i niechęci do czegokolwiek oraz wielu, naprawdę wielu godzin rozmów, aż wreszcie przyszła zwykła obojętność i zamknięcie się na podobny temat, uznając, że skoro i tak nie może nic poradzić na obecną sytuację, to powinien ją zaakceptować, a w rezultacie zostawić zwyczajnie za sobą, uznając, że nic podobnego po prostu nie istnieje. Nieprzejmowanie się brakiem znajomych, nie mówiąc już o przyjaciołach, stało się reakcją obronną, by zwyczajnie nie czuć jakiegokolwiek bólu, ani rozczarowania związanego z tym faktem.
— Mi casa, tu casa? — powtórzył za nim, delikatnie przechylając głowę w bok w zastanowieniu, po czym uśmiechnął się, mrużąc przy tym oczy. — Podoba mi się! Brzmi naprawdę fajnie! Jeszcze nikt nigdy nie przywitał mnie w nowym miejscu w taki sposób, to bardzo miłe. — Chwycił skrawek swojej bluzki, trochę nerwowo, choć kompletnie nieświadomie zaczynając miąć go w palcach. Na dobrą sprawę nie przywykł do tego, że ktoś był dla niego aż tak miły, do tego wyraźnie pokazując, że nie ma nic przeciwko spędzaniu czasu w jego towarzystwie. Sal nie odważył się jednak pomyśleć, że i Larry mógł całkiem dobrze się przy nim bawić. — I myślę, że Gizmo na pewno z chęcią by ze mną przyszedł. Tak mi się wydaje, bo w sumie z tym sierściuchem, to nigdy nic nie wiadomo, więc nie bądź smutny, jeśli jednak nie przyjdzie. On chyba nie bardzo rozumie, jak działają ludzkie zwyczaje i nie zdaje sobie sprawy, że odrzucając zaproszenie od ciebie może sprawić ci przykrość. Ale porozmawiam z nim, wybadam sytuację, może jakby wiedział, że będzie mógł coś u ciebie zjeść, to byłby bardziej chętny, żeby cię odwiedzić. On lubi jeść, wydaje mi się, że to jedno z jego ulubionych zajęć. Ale wystarczy mu zwykła kanapka, byle nie z serem, nienawidzi sera, zawsze na niego prycha, chociaż ser nigdy mu nic nie zrobił. A nie, kiedyś położyłem mu plasterek sera na głowie i nie mógł go ściągnąć, obraził się wtedy na mnie. Chyba od tamtego czasu nie przepada za serem. — Wzruszył lekko ramionami, rozkładając bezradnie ręce, bo doskonale pamiętał tamto zdarzenie, i jak Gizmo nie był nim zachwycony, tak Sally autentycznie śmiał się z zachowania swojego kota, gdy w śmieszy sposób cofał się, obchodząc tyłem całe mieszkanie, gdy próbował odsunąć się od najwyraźniej, w jego założeniu, krwiożerczego przeciwnika, z którym absolutnie nie miał ochoty się mierzyć. — Ale jeśli nie on, to ja naprawdę chętnie jeszcze do ciebie przyjdę. Może moglibyśmy w coś wspólnie zagrać? Mam trochę swoich gier, więc będę mógł je przynieść, żebyś mógł w nie pograć, jeśli chcesz. Pokażę ci swoją ulubioną, na pewno ci się spodoba! Jest świetna! I można w nią grać w dwie osoby. A lubisz kreskówki? Ja uwielbiam. Jeśli lubisz, to moglibyśmy też jakąś obejrzeć. Mam kilka nagranych na kasetach, szczególnie te, które lubię najbardziej, więc jeśli byś chciał, to moglibyśmy je obejrzeć u mnie, bo mam odtwarzacz. Albo mógłbym przynieść do ciebie swojego GearBoya, na nim też mam kilka fajnych gier. Albo mógłbyś pouczyć mnie rysować, jeśli nie miałbyś nic przeciwko, chociaż naprawdę jestem kompletnym beztalenciem, ale może być zabawnie.
Tym razem to Salowi trudno było ukryć swoją ekscytację, wiążącą się z jawnym zaproszeniem Larry’ego. Sam fakt, że starszy chłopak nie wykluczał następnego spotkania, a nawet sam je poniekąd zaproponował, sprawił Sally’emu wiele radości. Być może dlatego, że właściwie pierwszy raz ktoś go do siebie zaprosił, chcąc spędzić z nim czas. Zawsze był bardziej rodzajem wyrzutka, czy to przez noszoną protezę, czy przez swoje jednak różniące się zachowanie i mało kto w ogóle chciał się z nim zadawać, nie mówiąc już o jakimkolwiek zapraszaniu do siebie. Nawet kiedy wcześniej drażniące przezwisko „Sally Face” stało się czymś oczywistym, czymś normalnym, a nie jedynie bolesnym przytykiem, to nikt nie spojrzał na niego ani trochę przychylniej, mówiąc do niego w podobny sposób z przyzwyczajenia. Podejrzewał jednak, że prędzej, czy później, ktoś wymyśliłby kolejne złośliwe określenie, wyraźnie pokazując tym samym, że nie traktuje się go, jako kogoś, z kim można nawiązać chociażby koleżeńską relację. Zawsze był jedynie „tym dziwnym dzieciakiem w masce”, jakby to była jedyna cecha, którą można go opisać, jakby nie było niczego więcej. Zupełnie tak, jakby Sal składał się tylko z tego, z zakrywającej prawdziwą twarz maski i nie posiadał nic ponad to. Absolutnie nie liczyły się jego zalety, czy wady, nie liczyło się, co lubił, a czego nie, nawet nie liczyło się, że posiadał za ową maską jakikolwiek charakter, choć w zasadzie tak naprawdę nie liczyło się nawet to, że za protezą kryje się żywy, czujący człowiek. Była tylko nic nie wyrażająca maska, pozbawiona tych wszystkich emocji, które piętnastolatek w sobie krył. Maska, która pokazywała jedynie obojętność na wszystko, co się działo, którą Sally tak uparcie w sobie zakorzenił. A raczej, do której został zmuszony, by nie cierpieć jeszcze bardziej.
— Bardzo chciałbym zobaczyć twoją kolekcję specjalną. Bardzo liczę na to, że rzeczywiście któryś z obrazów zacznie znikać. Mocno chciałbym to zobaczyć, chociaż naprawdę wierzę ci, że coś takiego się dzieje — powiedział, kierując wzrok na zasłonięte płachtą obrazy, o których wspomniał Larry. — Nie wiem po co miałbyś mnie okłamywać — dodał, ponownie dość wyraźnie nakreślając swoją dość dziecięcą cechę i wiarę w prawdomówność każdego człowieka. Nawet jeśli niejednokrotnie spotkał się z przykrymi żartami rówieśników, oparte na niewinnych kłamstwach, tak nie potrafił dopuścić do siebie tego, że ktoś mógłby skłamać, pokładając niewiarygodną, typowo dziecięco naiwną wiarę w każde słowo swojego rozmówcy.
Ekscytacja, która jeszcze chwilę wcześniej towarzyszyła Sally’emu, nagle zniknęła, a nastolatek przeniósł nieco wystraszone spojrzenie na Larry’ego. Nie spodziewał się, że chłopak bez najmniejszego trudu, w dodatku w tak szybkim czasie, zauważy jego sztuczne oko. Ze skrywaną pod maską tajemnicą zazwyczaj czuł się dość bezpiecznie, przekonany, że niewiele da się wyłapać z jego schowanej za specjalnym tworzywem twarzy, w tym również ten jeden – jedyny widoczny – szczegół. Przez moment druzgocząco pomyślał, że to jedno przeważy i Larry będzie gotowy urwać początkującą znajomość, zbyt obrzydzony, by ciągnąć ją dalej. Sal doskonale wiedział, jak niewiele potrzeba, by ktoś wycofał się z rozmowy z nim i wiedział nazbyt dobrze, że jeśli nie sprawi tego już sama maska, to zazwyczaj sztuczne oko dawało poniekąd obraz o jego obrażeniach i wyraźnie zniechęcało to innych do jego osoby.
Dlatego też odetchnął z ulgą, zdając sobie sprawę z wypowiedzianych przez Larry’ego słów, które nie cechowały się żadnym negatywnym aspektem, a właściwie wprost przeciwnie. Sally zrozumiał, że jego sztuczne oko właśnie zainspirowało Larry’ego do nowego obrazu, a idąc nad wyraz prostym tokiem rozumowania – skoro chłopak uwielbiał malować, co było widoczne właściwie na niemal każdym kroku, to nie mogło wiązać się to z niczym złym. Najwyraźniej wyglądało na to, że nawet ten jeden szczegół w Salu nie zamierzał w jakikolwiek sposób zrazić Larry’ego.
— Brzmi… — zaczął powoli. Po chwili odkaszlnął cicho, wreszcie rozluźniając się po wcześniejszej dawce strachu. — Brzmi naprawdę super, Larry — powiedział ostrożnie, bo mimo wszystko wciąż był to dla niego dość delikatny temat, tak samo, jak cały aspekt związany z pamiętnym incydentem. Jednak podejście chłopaka sprawiało, że naprawdę nie czuł chęci momentalnego ucięcia tej rozmowy, choć wciąż poruszał się w niej, jak po nie do końca stabilnym gruncie. — Naprawdę chciałbyś namalować coś takiego? Mam na myśli sztuczne oko. Nie sprawi to, że cały obraz będzie dość… nieprzyjemny? Mimo wszystko naprawdę bardzo chciałbym go zobaczyć, jak już go namalujesz. Będę mógł? Chociaż trochę… Ej, patrz! — Dość odważnym gestem, na który świadomie nigdy by się nie zdecydował z obawy przed niezrozumieniem i wyśmianiem, zacisnął palce obu dłoni na nadgarstku Larry’ego, korzystając z tego, że ręka chłopaka znajdowała się na wysokości jego klatki piersiowej. — Patrz na tę chmurę! — dodał, odwracając się tyłem do okna, które dotąd miał w zasięgu wzroku i ciągnąc chłopaka za sobą, zaczął się cofać w stronę szyby. Po chwili przyłożył do niej palec, wskazując to, co chciał mu pokazać. — Tamta, którą mi wcześniej pokazałeś wyglądała jak kot. Ta wygląda jak bawiące się ze sobą lwy. To w sumie też koty, tylko takie duże. Zobacz, jeden ma nawet grzywę!
Spojrzał z powrotem na Larry’ego, czekając na jego reakcję. Oderwał też palec od okna, raz jeszcze zaciskając również drugą dłoń na przegubie chłopaka w jawnym powrocie wcześniejszej ekscytacji, jak i oczywiście dość dziecinnego zachowania. Nie trudno było odgadnąć, nawet pomimo skrywającej twarz maski, że uśmiechał się szeroko.
— Mówiłeś wcześniej, że nie zdałeś do następnej klasy — wypalił nagle, przechylając głowę w bok. — Twoja mama mówiła, że masz szesnaście lat. Ja jestem rok młodszy. Czy to oznacza, że istnieje możliwość, że będziemy chodzili do tej samej klasy? Ale byłoby super, prawda?
Wreszcie zabrał dłonie, puszczając przegub starszego chłopaka i odwrócił się w kierunku obrazów, nagle kompletnie tracąc zainteresowanie chmurami. W końcu przede wszystkim dla obrazów tutaj przyszedł i bardzo chciał je zobaczyć, niezmiernie ich ciekaw.
— Może lepiej ty je odkryj — powiedział cicho, robiąc kilka kroków w ich stronę. – Z moimi zdolnościami coś się z nimi jeszcze stanie i tym razem nie będzie to nic nadzwyczajnego, ale nie chciałbym, żebyś był na mnie zły, gdybym coś zepsuł. To nie byłoby fajne, szczególnie jeśli mogę być twoim przyjacielem.
⠀⠀ ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
