
Jeśli było w Salu w czasach dzieciństwa coś nader charakterystycznego, to niewątpliwie była to ogromna miłość do wszelkich zwierząt. Sally kochał je wszystkie i często wykazywał o wiele większe zainteresowanie futrzakiem, czworonogiem, czy każdym innym zwierzakiem, niż swoimi rówieśnikami. Być może od zawsze był odrobinę wycofany, ale też nigdy nie wydawał się cierpieć z tego powodu, a rodzice nigdy nie podnosili alarmu, dopóki widzieli, że od czasu do czasu mały Fisher potrafi dołączyć do jakiejś zabawy biegających po ogrodzonym placu dzieciaków, udając pirata, strażaka, policjanta, czasem jakiegoś potwora, a czasem superbohatera. Diane i Henry nigdy nie złościli się na niego, gdy tak trudno było oderwać go od zabawy, niezależnie, czy ze względu na późną porę, czy żeby przypomnieć synowi o stygnącym na stole posiłku, żadne z nich nie miało serca przerywać mu beztrosko spędzanych na zabawie chwil, jednocześnie aż za dobrze wiedząc, że był tylko jeden, jedyny czynnik, który potrafił sprawić, że cały wymyślony świat, w którym uczestniczył Sal, znikał w jednym momencie. Działo się to za każdym razem, kiedy Sally dostrzegł jakiegoś zwierzaka. Bez słowa potrafił odłączyć się od zabawy, wyjść poza ogrodzony plac zabaw i pobiec za wypatrzonym kotem, czy psem. Niejednokrotnie zdarzało mu się również zapominać o odbijaniu wyimaginowanego skarbu z rąk piratów, kiedy gdzieś niedaleko przyfrunął ptak o barwnym upierzeniu. Obserwowanie wspinających się na drzewo wiewiórek, a czasem nawet podstawianie palców na drodze wszelkich owadów, mając nadzieję, że uda mu się przyjrzeć im bliżej. Sal zwyczajnie nie potrafił się powstrzymać przed swoją fascynacją, jakby to właśnie wszystkie te stworzenia były mu w jakiś sposób bliższe, niż rówieśnicy.
Wyuczony odruch u obojga jego rodziców, by łapać go za rękę na widok psa, znajdującego się po drugiej stronie ulicy, stał się schematem, nad którym nawet żadne z nich się nie zastanawiało. Właściwie po czasie zaczęli traktować to nawet jako typowe zachowanie dziecka, tłumacząc sobie, że niektóre pociechy stwarzają sobie wymyślonych przyjaciół, niektóre boją się potworów spod łóżek, inne kolekcjonują figurki, a ich Sal po prostu kocha zwierzęta całą swoją dziecięcą, szczerą miłością i najwyraźniej nie było co robić z tego problemu, podejrzewali bowiem, że z czasem Sally może z tego wyrośnie, albo chociaż stanie się na tyle świadomy zagrożeń, że nie będzie biegł na złamanie karku za każdym zobaczonym zwierzakiem. W końcu doskonale wiedzieli, że do tego czasu, to właśnie oni są od tego, by bronić ukochane dziecko przed wszystkim, co mogło mu zagrażać i krok po kroku uczyć go tego, jak funkcjonuje świat. Nigdy nie odsuwali od siebie roli opiekuńczego rodzica.
— Mamo, mogę pogłaskać pieska?
— Za chwilę, kochanie, zaraz pójdziemy.
— Ale ja chcę pogłaskać pieska, mamo, proszę.
— Poczekajmy na tatę, zaraz wróci i wtedy wszyscy pójdziemy go pogłaskać.
— Chcę go tylko pogłaskać, to niedaleko…
Sal otrząsnął się z nieprzyjemnego wspomnienia i spojrzał na Larry’ego. Na dobrą sprawę przegapił moment, kiedy chłopak podniósł się i stanął niedaleko, ale nawet jeśli na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie, to i tak było ono kompletnie niewidoczne. Być może, po tych kilku latach, nawet i on potrafił dostrzec niektóre plusy, nawet jeśli wciąż przychodziło mu to z trudem.
— Ja mam kota. Jest wielki, rudy, często śpi i nazywa się Gizmo. Ale nie będzie przysparzał twojej mamie więcej roboty, zazwyczaj sam się sobą zajmuje. Lubi oglądać ze mną telewizję, chociaż woli filmy zamiast kreskówek, które ja uwielbiam. Ale czasami oglądam z nim, bo mimo wszystko go lubię, dostałem go od taty niedługo po śmierci mamy, wtedy był naprawdę mały i mogłem nosić go na rękach, teraz zrobił się na to za ciężki i raczej tego nie lubi. Później mogę ci go przedstawić, jeśli będziesz chciał. O ile nie będzie czymś zajęty, na przykład spaniem, albo braniem kąpieli — powiedział nagle, wzruszając ramionami. — Cieszę się, że nikt z sąsiadów nie ma psa, nie bardzo je lubię, trochę się ich boję. Wolę koty. Papugę i królika na pewno mógłbym polubić, ale skoro już ich nie ma, to raczej ich nie poznam.
Piętnastolatek lekko przechylił głowę, słysząc żart Larry’ego. Co prawda, nie poczuł się w żaden sposób urażony, ale jak większość żartów wziął go nad wyraz poważnie, nawet jeśli doskonale wiedział, co chłopak miał na myśli.
— Być może lekko zbladłem, choć raczej tego nie widzisz — odparł i uniósł rękę do swojej maski. Ułożył palce na policzku, jeszcze odrobinę bardziej przechylając głowę w bok. — Ale możesz to sobie wyobrazić. Skoro jesteś artystą, to chyba nie powinieneś mieć z tym większych problemów, tak mi się wydaje, co jest w sumie ogromnym plusem. Lubię wybujałą wyobraźnię i podoba mi się, jeśli ty ją posiadasz.
Właściwie podobało mu się to, że Larry bez przeszkód potrafi przy nim żartować, nawet jeśli ocierało się to o niezbyt wygodny temat protezy. Zawsze jednak łatwiej było mu znieść całą sytuację właśnie w taki sposób, gdy druga osoba nie robiła tego złośliwie, a wręcz zachęcała do tego, żeby i on mógł być tym, który się uśmiechnie z rzuconego komentarza. Podobało mu się, że starszy chłopak wyraźnie chce pośmiać się wraz z nim, a nie z niego. Dodatkowo Larry, choć Sal poniekąd zdawał sobie sprawę z jego ciekawości, powstrzymuje się przed zadaniem jakiegokolwiek pytania, chcąc dowiedzieć się od razu całej prawdy. Dzięki temu Sally na pewno czuł się w jego towarzystwie dużo swobodniej, niż gdyby znalazł się nagle w ogniu niewygodnych pytań. Nastolatek naprawdę bardzo to doceniał i zdał sobie sprawę z tego, że jeśli była jakaś cecha, której poszukiwał u drugiego człowieka, to była nią właśnie ta. Miał wrażenie, że bezproblemowo mógłby polubić Larry’ego i jeśli starszy chłopak tylko by tego chciał, to spędzałby z nim długie godziny, wypełnione graniem, oglądaniem kreskówek, słuchaniem muzyki, oparte na rozmowach o wszystkim i niczym, a czasami zwykłym, nieskrępowanym niczym milczeniem. Salowi wydawało się, że i Larry mógłby polubić podobne spędzanie czasu w jego towarzystwie. Mimo wszystko zdawał sobie sprawę z tego, że było zdecydowanie zbyt wcześnie na stwarzanie daleko idących fantazji o posiadaniu najlepszego przyjaciela.
— To całkiem zabawne, że niektóre obrazy specjalnie czekają ze zniknięciem do momentu, aż na nie spojrzysz. To chyba dość nudne zajęcie, takie czekanie, nie wiedząc nawet, ile to potrwa — powiedział, właściwie nad wyraz dobrze zdając sobie sprawę z tego, jaką katorgą nieraz okazuje się być takie właśnie czekanie. Znał to zbyt dobrze z autopsji, kiedy nie miał pojęcia, czym wypełnić dłużące się godziny w szpitalnych salach, w których jednocześnie niewiele było rzeczy, którymi mógł się zająć, a jeśli były, to takie, które momentalnie ściągały oburzone pielęgniarki, zakazujące podobnego zachowania i wyganiające z powrotem do łóżka. — Nie chciałoby mi się tak czekać w nieskończoność, ale wydaje mi się, że z jakiegoś powodu muszą to robić, jakby ich życie opierało się właśnie na tym jednym momencie, jakby to było najważniejsze, że właśnie musisz je zobaczyć w chwili, jak będą znikać. Może skoro to właśnie ty przywołałeś je do życia, to musisz też widzieć, jak umierają.
Te zdania, wypowiedziane w tak beztroski sposób, a jednocześnie nad wyraz poważnie, zdawały się nie do końca pasować do zwykłego nastolatka, ale Sal nie wydawał się być w jakikolwiek sposób tym przejęty, dodatkowo będąc wręcz pewny swoich słów. Powaga, jaką przybrał nie pozostawiała żadnych złudzeń, że traktuje to wszystko bardzo serio.
— Być może dla tego czegoś, co cię opętuje, jesteś ważny. Albo jakieś twoje zdolności. Może jesteś po prostu bardziej podatny na takie rzeczy, niż ktokolwiek inny, a może skrywasz jakąś tajemnicę, o której właściwie sam możesz nie wiedzieć? — zasugerował po chwili, raz jeszcze odrobinę przechylając głowę, a cała powaga, która dotąd otaczała nastolatka, momentalnie zniknęła wraz z tym gestem. — I też bym nie dotykał tych znikających farb na twoim miejscu. Co jeśli to mogłoby pociągnąć cię ze sobą? Byłoby szkoda, gdybyś zniknął, w końcu bez ciebie chyba nie rozwiążę tej zagadki. — Dopiero po chwili Sally zdał sobie sprawę, jak poniekąd okrutnie mogło to zabrzmieć, zupełnie jakby komunikował Larry’emu, że potrzebuje go tylko do tego jednego celu. Dlatego zaraz lekko uniósł głowę i delikatnie mrużąc oczy, uśmiechnął się. — W ogóle byłoby szkoda, gdybyś zniknął. Miałem nadzieję, że jeszcze razem w coś pogramy, słuchając twojego ulubionego zespołu. O ile byś chciał. Ja bym chciał. A tak swoją drogą, to mogę ci dać jakiś zeszyt. Ja mam kilka pustych, z którymi nie mam co zrobić, więc to nie problem, przynajmniej nie będziesz musiał kupować, skoro to mój pomysł. No i kupiłeś sok, żebym miał słomkę, więc mógłbym się w taki sposób trochę odwdzięczyć, nawet jeśli to głupie. Ale wydaje mi się, że miłe. Później możemy po niego pójść, ale teraz bardzo chcę zobaczyć twój domek na drzewie!
Przez chwilę wpatrywał się w Larry’ego, przechylając głowę w bok i chłonąc wszystkie informacje, którymi ten się z nim dzielił. W końcu, praktycznie niespodziewanie, Sally wybuchnął śmiechem. Jednoczenie był to jeden z niewielu momentów, kiedy na rzucony żart zareagował w podobny sposób, ale być może dlatego, że Larry powiedział go tak całkowicie poważnie, nawet jeśli chwilę po tym uśmiechnął się, wyraźnie z siebie zadowolony.
— Zapamiętam i nikomu nie podam tego tajnego hasła, obiecuję! — odpowiedział od razu, lekko podnosząc głos, jakby chciał tym sposobem podkreślić ważność tej obietnicy. Po chwili wyciągnął rękę, wskazując palcem na Larry’ego, a właściwie dosłownie wciskając mu palec w policzek. — Zabawny jesteś, to jest fajne.
Po tym nagłym wyznaniu odczekał, aż Larry ruszy we wskazanym przez siebie kierunku, po czym od razu poszedł za nim, po chwili wychodząc na zewnątrz. Panujące ciepło wyraźnie wskazywało na letni okres i Sal momentalnie zatęsknił za przyjemnie chłodną piwnicą, w której znajdował się pokój Larry’ego, jednocześnie właściwie nic nie robiąc sobie z długich rękawów swojej czarnej bluzki, jakby kompletnie nie zauważając związku, że może mieć to wpływ na to, że jest mu zdecydowanie cieplej.
— Twój domek na drzewie wygląda super! — powiedział od razu, kiedy tylko go dostrzegł. Zaraz podszedł do drabinki, ale zatrzymał się przy niej i odwrócił w stronę Larry’ego. — Bardzo chcę zobaczyć, jak wygląda w środku! Dziękuję, że pozwalasz mi do niego wejść — dodał, zupełnie jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie każdy ma taką możliwość, a Larry niekoniecznie pozwala pierwszej lepszej osobie na to, by mogła do niego zajrzeć. Wyprostował się nieco, choć właściwie nie dało to takiego efektu, jakiego można byłoby oczekiwać i cicho odkaszlnął. — Okoń — szepnął konspiracyjnie, choć jak najbardziej zupełnie poważnie, po czym odwrócił się w stronę drabinki, z zamiarem wspięcia się po niej.
⠀⠀ ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
