
Nigdy nie uważał, żeby sprzeczności były czymś na tyle niecodziennym, że trzeba zwracać na nie większą uwagę i roztrząsać, zastanawiając się nad dwiema zupełnie różnymi rzeczami, które czuło się w tym samym czasie. Właściwie niezbyt długie życie Sala było nacechowane sprzecznościami na tyle, że chłopak nauczył się nie przywiązywać do nich większej wagi, przyjmując sytuację taką, jaka była, nie analizując jej pod różnymi kątami i nie zastanawiając się, która z opcji wydawała się tą właściwszą. Przeważnie odrzucał od siebie obie, nawet nie poświęcając żadnej z nich krótkiej chwili, a podchodząc do wydarzenia – na pozór – ze stoickim spokojem, który w rzeczywistości okazywał się być kompletnie zerowym zainteresowaniem z jego strony. Sally sam w sobie był jedną z takich sprzeczności; z jednej strony wielokrotnie słyszał, że jak na swój wiek zachowuje się o wiele doroślej, na co niezaprzeczalnie wpływ miała trauma, przez co często wydawał się o wiele spokojniejszy, bardziej opanowany, twardo stąpający po ziemi, podchodzący do życia w sposób niezwykle poważny, jak na zwykłego piętnastolatka. Z drugiej strony natomiast zdarzało mu się zachowywać o wiele dziecinniej, niż wskazywałby na to jego wiek. Sal niejednokrotnie sięgał po cechujące wiek dziecięcy gesty, nie widząc w podobnym zachowaniu nic złego, czy niepokojącego, pomimo tego, że lekarze, a szczególnie psycholog kładł na te tendencje duży nacisk, wyjaśniając, że cofnięcie się do podobnych zachowań z czasów dzieciństwa jest objawem dość niepokojącym. Sally słyszał, jak tłumaczył jego tacie, że postępujący w ten sposób Sal próbuje wyprzeć z siebie nieprzyjemne wspomnienia, wracając do okresu, w którym czuł się najbezpieczniej, gdzie to inni, z naciskiem na rodziców, dbali o jego bezpieczeństwo, gdzie on sam nie musiał być jeszcze na tyle odpowiedzialny za siebie, by zmagać się z tym, co się stało. Nastolatek nie wiedział, na ile poważnie jego tata potraktował słowa lekarza, jak w całym jego życiu i tutaj pojawiły się sprzeczności, bo pan Fisher z jednej strony wydawał ignorować się wszelkie sugestie, a z drugiej decyzja o przeprowadzce pojawiła się niedługo później.
Sprzeczności spotykały Sala niemal na każdym kroku i na żadne z nich nie zwracał w zasadzie żadnej uwagi, choć przyszło to dopiero z czasem. Początkowo trudna do zaakceptowana sprzeczność nieszczęśliwego incydentu, w którym stracił matkę, dodatkowo przypłacając to koniecznością noszenia protezy do końca życia, a jednocześnie uchodząc z życiem, mając na tyle szczęścia, na ile nie miała Diane, w końcu również stała się tylko jedną z wielu na liście, którą zaczął traktować, jak wszystkie pozostałe. Kolejna, z którą poradził sobie już o wiele szybciej, dotyczyła chęci bycia niezauważonym, a z drugiej czasami miał dość bycia niemal wiecznie ignorowany, tak samo czasami chciał, by znalazła się choć jedna osoba, która go polubi, by następnie w ogóle nie potrzebować nikogo, zauważając jedynie plusy w byciu samym ze sobą. Sprzeczność dotyczyła nawet przeprowadzki, kiedy targała nim potrzeba pozostania w New Jersey, a jednocześnie potrzeba opuszczenia tego miejsca, na zawsze odpychając od siebie chociażby możliwość powrotu. Ogromną sprzecznością było również podejście piętnastolatka do następstw nieszczęśliwego incydentu, kiedy pierwsza opcja mówiła o kompletnym nieprzejmowaniu się nimi, kwitując je czymś w rodzaju „stało się, trudno” i traktowaniu ich bez większego zaaferowania, a druga opcja nakazywał dzień w dzień ukrywać je za maską.
Różne sprzeczności, większe, mniejsze, towarzyszyły Sally’emu niemal przez całe piętnastoletnie życie, a on, z wyuczonym dystansem ignorował je wszystkie, a mimo tego nie mógł nie zauważyć kolejnej, która pojawiła się właśnie w tym momencie, gdy z jednej strony, pełen obaw i niepokoju znajdował się w tym miejscu, postawiony przed dziwną sytuacją, a z drugiej pełen wewnętrznej ekscytacji zastanawiał się nad tym wszystkim, ciekaw, dokąd może go to zaprowadzić.
— Sanity’s Fall — powtórzył cicho za Larrym, chcąc zapamiętać nazwę jego ulubionego zespołu. Wydawało mu się, że chłopak bardzo chciał podzielić się z nim jedną z ważnych dla niego rzeczy, dlatego też Sal skoncentrował się na wypełniającej pomieszczenie piosence, tak jak poprzednio, nieznacznie kiwając się do jej rytmu. Szybko jednak przekonał się, jak bardzo Larry trafił w jego jeszcze niezbyt wyrobiony gust muzyczny.
Dopiero wtedy, gdy kolejny utwór rozbrzmiał w pokoju, Larry ponownie się odezwał, przyciągając tym samym na siebie spojrzenie Sala, który w tym momencie otworzył usta, chcąc odnieść się do Sanity’s Fall. Maska oczywiście ukryła jego próbę, więc nastolatek po prostu zacisnął wargi z powrotem, udając, że nic nie miało miejsca, a jedynie lekko przekrzywił głowę na bok w zastanowieniu, a później po prostu nią skinął na znak zgody. Co prawda, nie oczekiwał wiele, ale być może chodzący do pobliskiej szkoły chłopak okaże się całkiem trafioną znajomością, przynajmniej na tyle, by nie mijać się na szkolnych korytarzach bez słowa. A i Larry miał rację, że miło będzie mieć kolejną znajomą twarz w morzu nieznanych.
Nastolatek zaraz ponownie przechylił głowę w bok, zawieszając spojrzenie na Larrym i przez chwilę rozważał jego słowa w myślach. W końcu roześmiał się krótko, choć być może nie była to najstosowniejsza reakcja, której należałoby oczekiwać. To jednak tym bardziej w tym momencie uwydatniło siedzące w nim sprzeczności, gdy do żartów podchodził zazwyczaj z niezachwianą powagą, a gdy wskazane było ją zachować – reagował, jakby coś go rozbawiło.
— Jeśli siedzisz w psychiatryku i wyobraziłeś sobie kogoś takiego, jak ja, to chyba naprawdę musisz mieć nieźle zrytą banię, człowieku, nie zazdroszczę. — Sal ponownie cicho się zaśmiał, ale zaraz wyprostował się na pufie, poważniejąc. — Fakt bycia wytworem twojej wyobraźni całkiem mi się podoba, może odegram jakąś ciekawą rolę w twoich wizjach i przybliżę cię do odpowiedzi, to byłoby fajne. A skoro nie będzie ci to przeszkadzać, to rzeczywiście mógłbym spróbować to rozwiązać, szczególnie, że i tak nie mam nic innego, czym mógłbym się zająć, a to może okazać się dziwną, ale może ciekawą przygodą i doprowadzi do jakichś niezwykłych odkryć. Jeśli jestem kimś, kogo sobie wyobraziłeś, to również i to odkryję, zastanawiam się, czy gdyby tak się stało, to czy nagle wtedy bym zniknął. A może trafię w jakieś inne miejsce. Może istnieje coś takiego, gdzie trafiają wszystkie wymyślone postacie po tym, jak przestaną być już potrzebne. Może to miejsce jest nawet fajne. Jeśli tam trafię i znajdę jakiś sposób, to na pewno opowiem ci, jak ono wygląda, o ile byś chciał. Może mógłbyś wtedy spróbować je namalować, o ile będzie na tyle interesujące. Wyobrażam sobie, że na pewno by było, znajdowałoby się tam mnóstwo pomysłów, również rzeczy, które ktoś sobie wyobraził, a później albo porzucił, albo zapomniał, nawet tych najdziwniejszych. Chyba nawet mogłoby być tam całkiem zabawnie.
Powiódł spojrzeniem za Larrym, kiedy ten podniósł się z pufy, a po jego słowach, również i Sal wstał, jednak tylko po to, by zaraz znaleźć się przed telewizorem, chcąc uruchomić konsolę. Zaczął nawet przeglądać gry, zastanawiając się, którą z nich wybrać, obiecując sobie, że ograniczy się tylko do jednej, nie chcąc nadużywać gościnności chłopaka. Cieszył się jednak jak dziecko z możliwości ulubionego zajęcia, któremu mógł się oddać choć na chwilę, a w jego rankingu granie w gry wciąż znajdowało się nad kreskówkami. A jeśli była jakaś rzecz, którą Sally naprawdę lubił, to było nią oglądanie kreskówek, więc tym bardziej, wiedząc, że mógłby spędzić długie godziny w przechodzeniu kolejnych poziomów, postanowił sobie ograniczyć się zaledwie do kilku. Szczególnie, że być może jeszcze kiedyś będzie miał okazję zagrania w czegoś u Larry’ego.
— Dzięki, że mi pozwoliłeś. Ale myślę, że twoje rekordy są w niebezpieczeństwie — odparł, wreszcie decydując się na jedną z gier, którą po chwili włączył. Czekając, aż się załaduje i nie odrywając wzroku od ekranu, nieświadomie przechylił głowę w bok, zastanawiając się. W końcu jednak odwrócił twarz w stronę Larry’ego, śmiejąc się cicho, gdy dotarły do niego wszystkie wymienione opcje. — Wystarczy mi zwykła woda w zwykłej szklance, nie jestem aż tak wymagający. Ale potrzebowałbym do niej słomki, jeśli masz.
Ponownie spojrzał na telewizor, widząc, że gra już się załadowała i mógł bez przeszkód rozpocząć nową rozgrywkę. Zawahał się jednak z palcem tuż nad przyciskiem i raz jeszcze zerknął w stronę chłopaka.
— Larry — powiedział, właściwie zatrzymując go tuż przed drzwiami. Sal uśmiechnął się, lekko mrużąc przy tym oczy, co dla przeciętnego obserwatora zazwyczaj pozostawało niewidoczne. — Bardzo spodobała mi się piosenka Sanity’s Fall. Będziesz mógł później puścić więcej ich piosenek? Bardzo chciałbym ich posłuchać. — Po tych słowach już ostatecznie rozpoczął grę i chociaż bardzo starał się skoncentrować na rozgrywce, tak jedna kwestia wciąż nie dawała mu spokoju, co tylko w irytujący sposób sprawiało, że popełniał najgłupsze błędy przy nawet najprostszych sekwencjach.
Nie mógł przestać zastanawiać się nad tym, co powiedział Larry, jeśli chodziło o obrazy. Wcześniej jego słowa nie zaskoczyły go aż tak, jak można byłoby tego oczekiwać, ale im dłużej nad tym myślał, tym dziwniejsze mu się to wydawało. W końcu farby nie znikały z płótna od tak, nawet Sal, nie mający zbyt wiele do czynienia z taką formą sztuki, doskonale o tym wiedział. W konsekwencji, po kolejnej, którejś z kolei śmierci, w końcu zatrzymał grę po niespełna może dziesięciu minutach od jej rozpoczęcia i odwrócił się w kierunku Larry’ego, który zdążył wrócić już do pokoju. Sally momentalnie przechylił głowę w bok.
— Mówiłeś, że obrazy, które namalowałeś i które się sprawdziły, tak po prostu zniknęły? Czyli te, które się nie wydarzyły wciąż pozostały na swoim miejscu, tak? Nadal je masz? Mógłbym je zobaczyć? Może coś w nich dałoby nam jakąś podpowiedź, dlaczego tak się dzieje. A czyste płótna po tamtych obrazach? Co z nimi zazwyczaj robisz?
⠀⠀ ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
