
Towarzyszące Salowi uczucie, które pojawiło się już przy pierwszym ujrzeniu nowego miejsca zamieszkania, teraz rozrosło się do ogromnych rozmiarów. Pełzło pod skórą, zawijało się w mięśnie, mieszało z krwią i trzewiami, wreszcie odnajdując najdogodniejszy punkt, osadzając się gdzieś pod czaszką, kłębiąc tam, zwijając wszelkie macki i najwyraźniej nie zamierzając przez jakiś czas ruszać się z tego miejsca. Jednocześnie dudniło już nie tylko o tył głowy, ale rozsadzało ją całą, może nie tyle bólem, co czymś dziwnym, czego Sally nie potrafił nazwać. Zupełnie tak, jakby za chwilę miało się coś wydarzyć. Coś, co na pewno mu się nie spodoba i miał nieprzyjemne wrażenie, że już kiedyś doświadczył czegoś podobnego. Na dobrą sprawę mógł obstawiać kiedy i przypuszczalnie strzał nie byłby chybiony nawet o milimetr. Prawdopodobnie właśnie dlatego, owładnięty tym dziwnym przeczuciem, Sally nie zwrócił uwagi na wpatrzonego w niego Larry’ego. Zresztą, poniekąd piętnastolatek zdążył przyzwyczaić się do tego, że ludzie zwyczajnie mu się przyglądali, kierowani zwykłą ciekawością. Nie mógł im się dziwić i nie mógł zaprzeczyć, że wzbudzał podobne reakcje prawie wszędzie tam, gdzie się pojawił. Maska w końcu nie była zwykłym elementem ubioru każdej przeciętnej osoby, wiedział jednak doskonale, że nawet bez niej ściągałby na siebie spojrzenia, a zważając na to, co znajdowało się pod protezą, to właśnie maskę wolał pokazywać wszystkim, mogąc przynajmniej uniknąć obrzydzonych i przerażonych reakcji. Nie był przewrażliwiony na tym punkcie, niezależnie od tego, co kilka razy powtarzał mu psycholog, kiedy jeszcze do niego chodził, to po prostu bolało za każdym pieprzonym razem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że nikt nie chciałby mieć z nim nic do czynienia, z miejsca skreślając za to, jak wyglądała jego twarz w rzeczywistości. Już w okresie dzieciństwa nauczył się nie ufać nikomu, kto wszem i wobec oświadczał, że nie ocenia innych po wyglądzie, wiedział, ile tak naprawdę znaczą te słowa w zestawieniu za chowaną za maską tajemnicą. Nie znaczyły nic, a z biegiem lat coraz bardziej uświadamiał sobie, że przecież nie jest żadnym wyjątkiem od reguły, który trzeba traktować jako osobną kategorię. Albo dotyczyło to wszystkich, albo nie miało żadnego odniesienia do tego, jak było naprawdę, to kurwa, było dość logiczne.
Maska, chociaż przyciągała spojrzenia, to przynajmniej nie klasyfikowała go od razu jako potencjalne zagrożenie. A robione przez Sala dzień w dzień dwa kucyki nieco łagodziły ogólny wygląd, przynajmniej na tyle, że nikt raczej nie weźmie go za zamaskowanego mordercę, a jedynie można byłoby zacząć rozważania na temat jego płci, co akurat Sally’emu wydawało się jakkolwiek sprawą drugorzędną, niewartą poświęcenia jej większej, czy w ogóle jakiejkolwiek uwagi. Mało kto na poważnie zastanawiał się nad zwykłą znajomością, więc Sal nie widział powodów, by wtrącić się w podobne rozważania, rozwiewając wszelkie wątpliwości, co do tego, do jakiej grupy należałoby go zaklasyfikować. Mówiąc szczerze – miał to po prostu gdzieś, nauczony zdystansowania i wręcz olewczego podejścia do podobnych rzeczy.
— Nie wydaje mi się, żeby to byli moi prawdziwi przyjaciele, mówiąc szczerze – powiedział, wzruszając ramionami. Być może powinien być przejęty tym faktem jakoś bardziej, ale na dobrą sprawę, to nigdy nie był za bardzo lubiany, a od kiedy nosił maskę, tym bardziej trudno było mu nawiązać jakieś dłuższe znajomości, nie mówiąc już w ogóle o przyjaźni. Zdążył przywyknąć do tego faktu i kierowany tym, że najwyraźniej nic w tej sprawie nie zmieni, zwyczajnie zaczął traktować to neutralnie, jakby tak właśnie musiało być. — I tak, twoja mama zdążyła mi cię już przedstawić, zanim mnie tutaj przyprowadziła. Wydaje się być naprawdę w porządku, to miłe z jej strony, że mogłem do ciebie przyjść. Mój tata zapewne też się ucieszy, jak się dowie, że udało mi się kogoś poznać. Wysłał mnie, żebym przywitał się z sąsiadami i nie mam nic przeciwko starszym ode mnie osobom, ale to bardziej znajomi dla niego, nie dla mnie, a ty pewnie chodzisz do pobliskiej szkoły, więc fajnie będzie mieć chociaż jedną znajomą twarz w tłumie, kiedy już tam pójdę.
Sal bardzo starał się nie patrzeć na obraz, choć było w nim coś intrygującego. Coś dziwnego, na co jednocześnie nie ma ochoty się patrzeć, a z drugiej mimowolnie co chwilę się zerka z ciekawości. Znał tę reakcję, już kiedyś, dawno temu się z nią spotkał i teraz rozumiał, jak lekarze, pomimo prób zachowania profesjonalizmu, nie potrafili powstrzymać się od tego, by co jakiś czas nie przesunąć spojrzeniem po jego twarzy, nim skryje ją za maską. Coś przerażającego, że wszystkie zmysły krzyczą, żeby odwrócić wzrok, a jednocześnie dziwnie fascynująca makabra, coś niecodziennego, co mimo wszystko rozbudzało ciekawość. Jednak poczuł się nagle jakoś tak lepiej, kiedy chłopak naciągnął płachtę na obraz, skrywając go za materiałem, jakby w jednej chwili przeciął wszystkie naprężone nitki chwilę przed tym, nim same się przerwą, zapewne strzelając w różnych kierunkach. A przynajmniej to dziwne chrobotanie w głowie piętnastolatka jakby zelżało.
— Może jesteś jakiś wyjątkowy, przewidujesz przyszłość. Albo przeszłość. Albo coś pomiędzy, nie wiem, człowieku, to naprawdę jest, kurwa, dziwne. Chociaż ciekawe. Nigdy nie znałem nikogo, kto miałby jakąś ukrytą moc — powiedział tak naturalnie, jakby w zasadzie nie było to aż tak niezwykłe, a spotykanie ludzi, obdarzonych nadnaturalnym darem było właściwie na porządku dziennym. — Brzmi całkiem dobrze, ciekawe tylko na czym dokładnie polega twoja moc. Myślisz, że udałoby nam się to odkryć? Też chciałbym mieć jakąś, na przykład niewidzialność, to byłoby super.
Nastolatek uśmiechnął się lekko, choć oczywiście nie było to za bardzo widoczne, ale podejrzewał, że sam ton wcześniejszej wypowiedzi mógłby podpowiedzieć Larry’emu aktualny gest Sala. Jeszcze kiedyś bardziej zwracał uwagę na to, jak wypowiadać poszczególne zdania, by przekazać daną emocję, ale przeważnie nie miał nigdy okazji, by jakoś bardziej wcielić to w życie, teraz przeważnie stosując podobną metodę jedynie przy ojcu, choć jak to zazwyczaj bywało z rodzicami oni i tak wiedzieli więcej, niż to, co się im pokazywało, teraz jednak Sally był całkiem zadowolony z tego, że nie porzucił tego sposobu tak całkowicie i miał okazję, by go wykorzystać. W większości przypadków nauczył się również operować różnego rodzaju gestami, które niejednokrotnie okazywały się całkiem pomocne, szczególnie przy rozmowach ze starszymi, chociażby nauczycielami w szkole.
— Chyba tak — odparł na pytanie Larry’ego, przenosząc spojrzenie najpierw na wskazane przez niego radio, a później na samego chłopaka. — Możesz włączyć, nie będzie mi to przeszkadzać. Podobało mi się to, co leciało, jak tutaj wszedłem, chociaż było spokojne. Ale możesz puścić, co chcesz, lubię muzykę.
Sally rozejrzał się po pokoju, przez chwilę patrząc na wiszące na ścianach plakaty oraz obrazy, zapewne namalowane przez Larry’ego. Choć pierwszy obraz, który rzucił mu się w oczy tuż po wejściu, był może niezbyt przyjemnym zetknięciem się ze sztuką, tak piętnastolatek nie mógł powiedzieć, że reszta mu się nie podobała. Właściwie nawet wywołujący dziwnego rodzaju paraliż pies z czerwonymi oczami, ściskający w zębach jego maskę nie był źle namalowany, zwyczajnie nie spodziewał się zobaczyć czegoś podobnego, szczególnie, że niekoniecznie był to temat, który chciał poruszać z kimkolwiek. Teraz jednak, o wiele spokojniejszy, gdy owy obraz znajdował się pod ubrudzoną farbami płachtą, Sal mógł przyjrzeć się reszcie prac chłopaka i choć było to absolutnie niewidoczne, to uśmiechał się lekko do siebie, przesuwając wzrokiem po szczegółach jednego z malunków. On sam był kompletnym beztalenciem, więc tym bardziej obrazy wydawały mu się naprawdę niesamowite.
— Podoba mi się — rzucił nagle, mało kulturalnie unosząc rękę i wskazując palcem obraz, któremu przyglądał się od dłuższej chwili, jednocześnie odwrócił głowę w kierunku Larry’ego. — Bardzo ładnie malujesz, uważam, że masz talent. — Powoli opuścił rękę, wciąż jednak spoglądając na chłopaka i delikatnie przechylił głowę w bok w zastanowieniu. — Kiedy ostatnim razem ja próbowałem narysować coś, co zobaczyłem w swoim śnie na jednej z nudnych lekcji, to nauczycielka zadzwoniła zaniepokojona do mojego taty. Później przez kilka dni mi to wypominał i śmiał się, że chyba droga artysty nie jest mi pisana, więc od tamtego czasu staram się nic nie rysować, a przynajmniej nie wtedy, kiedy ktoś może to zobaczyć.
Raz jeszcze Sal spojrzał na obraz, który z każdą chwilą podobał mu się wręcz coraz bardziej, ale wreszcie odwrócił się od niego i zrobił kilka kroków w kierunku pufy. Zerknął na Larry’ego, żeby upewnić się, że chłopak nie będzie miał nic przeciwko i w końcu ostrożnie usadowił się, przez chwilę zwyczajnie słuchając puszczonej przez Larry’ego piosenki. Po kilku sekundach nieświadomie zaczął poruszać głową w jej rytm, a po jeszcze kilku kolejnych zaczął kiwać się na pufie, z ukrytym pod maską uśmiechem.
— Co to za zespół? — zapytał, kiedy piosenka dobiegła końca, wykorzystując chwilę ciszy przed tym, nim rozpoczął się następny utwór. — Bardzo mi się podoba. O, masz konsolę. Moja się zepsuła przed przeprowadzką i strasznie mi jej brakuje. Mógłbym kiedyś u ciebie w coś zagrać?
⠀⠀ ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
