
Nie wiedział dokładnie co, ale było coś w tym miejscu, co mu się nie podobało. Sal nie umiałby jednak powiedzieć, skąd wzięło się podobne, dziwne uczucie, ale niewątpliwie zagnieździło się gdzieś z tyłu jego umysłu, chrobocząc coraz bardziej, usilnie dając o sobie znać, co momentalnie skojarzyło mu się z głupią muchą, która bębniła o szybę, nie potrafiąc odnaleźć wyjścia, choć chwilę wcześniej jakimś sposobem wleciała przecież do pokoju. Gdy wspomniał o tym ojcu, ten bez zastanowienia zrzucił to na przeprowadzkę, jednocześnie delikatnie sugerując również wcześniejsze wydarzenia. Być może miało to jakieś odniesienie do rzeczywistości, ale im bardziej Sal próbował pójść w tym kierunku, tym bardziej coś mu mówiło, że zapędza się tą drogą jedynie w ślepy zaułek, w którym nie było żadnych odpowiedzi na jego pytanie. Ostatnio obaj sporo przeszli, więc nie mógł winić ojca za próby zbagatelizowania ogarniającego Sala niewyjaśnionego przeczucia. Śmierć Diane – żony starszego Fishera, jak i matki Sally’ego wstrząsnęła nimi wystarczająco i powtarzane niekiedy ciche skargi tęsknoty nie poprawiały im humorów, ale Sal nie potrafił się powstrzymać, by co jakiś czas nie wypowiadać ich na głos, w odpowiedzi najczęściej dostając dokładnie to samo. Nieszczęśliwy incydent, którego skutki odczuwał do dzisiaj, a właściwie który obaj z ojcem odczuwali, choć każdy na inny sposób, również nie dawał żadnej poprawy w tej całej sytuacji.
Sally uniósł dłoń do twarzy, natrafiając na sztuczne, specjalnie przystosowane do tej funkcji tworzywo. Zdążył się przyzwyczaić do swojej nowej twarzy, a noszona na co dzień maska rzeczywiście stała się częścią niego; zdejmował ją przede wszystkim do snu, by po przebudzeniu była pierwszym przedmiotem, po który sięgnie, bo to właśnie dawna twarz, kiedyś będąca tą prawdziwą była tym, do czego przyzwyczaić się nie potrafił. Nie umiał, a nawet nie chciał pokazywać ją światu, samemu również ograniczając się tylko do jednej chwili, w której musiał spojrzeć w lustro, zawsze starając się, by trwało to jak najkrócej. W końcu doszedł w tym do wprawy – unikanie swojego odbicia, gdy nie miał założonej maski było jak nauczenie się nowej, niezbędnej do życia czynności i nawet jak próbował, to zawsze kończyło się odwracaniem wzroku po zaledwie kilku sekundach, nie umiejąc przyjrzeć się obrażeniom, które w końcu znał na pamięć ze słów lekarzy.
— Sal, może zrobisz sobie przerwę w rozpakowywaniu i pójdziesz zapoznać nowych sąsiadów? Może spotkasz kogoś w swoim wieku, zaprzyjaźnisz się, to na pewno pomoże ci w zaadaptowaniu się do nowego miejsca. — Głos ojca sprawił, że Sal momentalnie opuścił rękę wzdłuż ciała i kiwnął głową, przy okazji machając dwoma, zrobionymi po bokach głowy, niebieskimi kucykami. Henry Fisher uśmiechnął się na taką odpowiedź i zniknął za drzwiami, najpewniej wracając do swoich zajęć.
A teraz jeszcze to. Przeprowadzka z New Jersey do Nockfell, choć chłopak potrafił zrozumieć, co kierowało jego ojcem przy podejmowaniu tej decyzji. Dom, ten prawdziwy, który zostawili za sobą, posiadał w sobie zbyt wiele wspomnień, szczególnie tych bolesnych, albo nawet i szczęśliwych, które finalnie i tak sprawiały ból. Miał to być nowy początek dla nich obu, a ojciec uparcie wspominał, niby mimochodem, o nowych przyjaźniach i chociaż Sally nigdy nie skarżył się na znajomych z New Jersey, to wydawało się, że staruszek wiedział, że Sal nie był zbytnio lubiany już wcześniej, a po tym nieszczęśliwym incydencie stał się nie tylko tematem do plotek, ale również do żartów. Pan Fisher miał nadzieję, że tutaj, zaczynając od nowa, jego syn wreszcie znajdzie kogoś, z kim mógłby sam z siebie chcieć spędzać czas, licząc, że prawdziwi przyjaciele, bądź chociaż jeden – potrafił w końcu podejść ze zrozumieniem do piętnastolatka – podsienie go na duchu i pozwoli choć po części zapomnieć o nieszczęśliwych wydarzeniach.
Sally rozejrzał się po pokoju, prześlizgując wzrokiem po kilku kartonach, jakby w poszukiwaniu czegoś, co mógłby zabrać na nową wyprawę, albo czegoś, co jednak zatrzymałoby go w pokoju. Jego wzrok zatrzymał się na materacu i śpiącym na nim sporych rozmiarów rudym kocie.
— Widzę, że już czujesz się jak u siebie, Gizmo — powiedział, uśmiechając się lekko, jednak nie przez zasłaniającą twarz maskę kot nie zareagował w jakikolwiek sposób na uśmiech, ani na słowa. Sierściuch, jak to miał w zwyczaju, miał ważniejsze rzeczy na głowie, w tym przypadku drzemkę, by zechcieć odpowiedzieć chociaż cichym miauknięciem, dlatego też Sal wreszcie opuścił pokój, a finalnie również nowe mieszkanie. Znalazł się na korytarzu i ruszył najpierw w prawą, a później w lewą stronę, pukając do pozostałych trzech na tym piętrze mieszkań, jednak albo spotykał się z brakiem odpowiedzi, gdy mieszkańców nie było w środku, albo kończyło się na krótkim dialogu, wyjaśniającym kim jest i niczym ponadto. Stąd też, po obejściu swojego czwartego piętra skierował się do windy, by zjechać jeden poziom niżej, mając nadzieję znaleźć tam dłużej zajmujące go zajęcie.
Piętro trzecie, prócz numeracji mieszkań, w zasadzie nie różniło się niczym, ani od czwartego, ani zapewne od pozostałych; ten sam układ pomieszczeń i kolejne cztery pary drzwi, czekające na niego, być może oferujące coś ciekawszego, niż dotychczas. Jednak już po wyjściu z windy zobaczył nowy element, nieobecny przy poprzednim miejscu, a właściwie, jeśli być precyzyjnym – Sal zobaczył myjącą podłogę kobietę. Bez większego zawahania ruszył w jej kierunku i już z samego początku zrobiło mu się jakoś tak lżej, kiedy kobieta uniosła na niego wzrok, witając go szczerym uśmiechem.
— Cześć, jestem Sal. Właśnie przeprowadziliśmy się tutaj z ojcem z New Jersey.
— Cześć, Sal. Ja jestem Lisa. Musicie mieszkać w czterysta dwa, prawda?
Nastolatek zdążył zauważyć, że starsi nigdy nie zadawali pytań o maskę, jakby kierowani wiedzą, że może być to niewygodny temat, muszący skrywać za sobą coś więcej, albo ewentualnie, szczególnie ci dużo starsi, brali to za jakąś nową modę wśród młodzieży, bądź coś w tym rodzaju. Choć raz zderzył się z sytuacją, w której pewna staruszka, po zobaczeniu jego nowej twarzy, zaczęła mówić coś o okultystach, Sal jednak nie zdążył dowiedzieć się jakichkolwiek szczegółów, bo kobieta zadziwiająco szybko, jak na swój wiek, oddaliła się, a właściwie uciekła od niego, co jakiś czas oglądając się przez ramię, jakby w obawie, że Sally mógłby ją gonić. Wtedy była to sytuacja, którą wiele razy przeżywał w myślach, doprowadzająca do gorzkiego żalu i pogłębiającego się smutku, ale był pewny, że dzisiaj jedynie skwitowałby ją rozbawionym uśmiechem i wzruszeniem ramion. Mimo wszystko czas wpłynął na to, jak postrzegał swoją twarz, którą pokazywał światu. Wiedział jednak, że jeśli w ogóle kiedykolwiek do tego dojdzie, to będzie musiało minąć go o wiele, wiele więcej, nim skrywaną za maską twarz, najczęściej wzbudzającą przerażone i obrzydzone spojrzenia, będzie mógł potraktować taką samą, niezbyt wzruszoną reakcją.
Od Lisy dowiedział się kilku ciekawych informacji na temat Apartamentów Addisona, których Sal dzisiaj stał się nieodłączonym lokatorem. Dowiedział się również, czym kobieta się tutaj zajmuje oraz gdzie mieszka, a co najważniejsze – Lisa wspomniała o swoim synu, który był zaledwie rok starszy od niego i z którym chciała go od razu zapoznać, właściwie nie dając mu większego wyboru. Piętnastolatek podejrzewał jednak, że nawet mając go, nie wybrałby niczego innego, bo w końcu poznanie kogoś w podobnym wieku było poniekąd zadaniem, powierzonym mu przez ojca i dzięki czemu na twarzy starszego Fishera pojawi się szeroki uśmiech, jeśli Sal rzeczywiście wróci z informacją, że być może udało mu się nawiązać nić porozumienia z niemal swoim rówieśnikiem.
Będąc w windzie i zmierzając w dół, w kierunku piwnicy, Lisa podarowała Salowi jedną z kart, umożliwiających dostanie się właśnie na to najniższe piętro, wspominając, by ją zatrzymał. Kobieta miała ich jeszcze kilka przy sobie, zapewne służące za zapas w razie zniszczenia, bądź zgubienia tej, której dotąd się używało. Albo właśnie podarowania ją komuś, kto najwyraźniej właśnie został mianowany na potencjalnego przyjaciela jej syna. A Sally zdążył wywnioskować z jej słów, że bardzo przyda mu się towarzystwo, by wreszcie nie przesiadywał samemu godzinami w pokoju, najczęściej zajmując się zbyt głośnym słuchaniem ciężkiej muzyki. Gdyby nastolatek na własne oczy (bądź w tym przypadku oko) nie widział, że jego ojciec nie miał jeszcze żadnej sposobności, by porozmawiać z Lisą, to uznałby to za swego rodzaju konspirację, by obaj chłopcy się poznali, w przyszłości być może zaprzyjaźniając się ze sobą, co rozwiązałoby problem, z którym borykali się ich rodzice, jeśli chodziło o brak znajomych jedynych, w tym przypadku równie samotnych, pociech.
Lisa w końcu zaprowadziła go do celu podróży, prowadząc najpierw przez korytarz w piwnicy, później przez mieszkanie, które swoją drogą nie różniło się za bardzo rozstawieniem od jego własnego, by wreszcie zatrzymać się przed drzwiami, na których przyczepiona tabliczka wyraźnie mówiła o trzymaniu się z dala. Kompletnie niezniechęcona tym kobieta, zapewne już od dawna nie traktując tego napisu na poważnie, bądź uznając, że jej nie dotyczy, pchnęła drzwi, ujawniając skrywany za nimi pokój niewątpliwie należący do nastolatka, jednocześnie zwracając się do syna. Sal, przez ten krótki moment trwania ich rozmowy, która w większości odbywała się prawdopodobnie w myślach, chowana za porozumiewawczymi spojrzeniami, miał czas, by przyjrzeć się chłopakowi. Zdążył przywyknąć, że rówieśnicy, a nawet niekiedy młodsze od niego dzieciaki zazwyczaj były wyższe, sam nigdy nie mógł poszczycić się wzrostem, niewątpliwie zaliczając do tych zdecydowanie niskich, jak na swój wiek, jednak Larry zdawał się być w tym przypadku kompletnym przeciwieństwem; nawet jak na szesnastolatka był dość wysoki, co najwyraźniej wykorzystywał chociażby jeśli chodziło o papierosy. Dzięki byciu wyższym, wyglądając przez to na starszego, niż w rzeczywistości był, zapewne unikał kłopotów związanych z nielegalnym w tym wieku paleniem. Była to jednak jedyna obserwacja, którą Sal zdążył wykonać, nim Lisa zostawiła ich samych.
— Przyjaciele nazywają mnie Sally Face — odparł, robiąc kilka kroków w głąb pokoju.
Właściwie ten moment z przyjaciółmi był może trochę przesadzony, ale reszta była prawdą. A Sal zdążył przywyknąć do nazywania go w taki sposób, w sumie w jakimś sensie było to teraz jego własnością. Na pewno było to lepszym rozwiązaniem, niż zrobienie z tego przezwiska czegoś znienawidzonego. Skoro sam siebie zaczął tak nazywać, to nikt nie czerpał satysfakcji z tego, że może go w ten sposób zranić. W końcu wszyscy zaczęli traktować to, jako coś naturalnego, łącznie z nim samym.
— To proteza, już mi nie przeszkadza, zdążyłem się przyzwyczaić — wyjaśnił, zatrzymując się przed chłopakiem. — Ale nie chcę o tym rozmawiać — dodał szybko, kierowany wiedzą o natychmiastowej ciekawości, która zazwyczaj pojawiała się przy owym tłumaczeniu. Nie lubił o tym mówić, a właściwie nie rozmawiał o tym z nikim, jeśli nie licząc niezbyt udanych prób z ojcem, a już tym bardziej z lekarzami, dodając do tego również psychologa dziecięcego. Mimowolnie uciekł wzrokiem, jakby również i tym sposobem chcąc zaznaczyć swoje wycofanie się od tego tematu, ale już po chwili kompletnie o nim zapomniał, nazbyt zainteresowany tym, co przykuło jego uwagę.
Sal zbliżył się kilka kroków, tym razem stając tuż przy boku Larry’ego. Co prawda wiedział, że ukryta za maską mina nie powie mu zbyt wiele, ale podejrzewał, że sam gest zwrócenia twarzy w kierunku chłopaka będzie wystarczający, by dać mu do zrozumienia, że Sal właśnie zobaczył coś, co zdecydowanie go zaniepokoiło.
— Ty to namalowałeś? Przecież to… moja maska i… — Sally wzdrygnął się mimowolnie na widok psa. Już sam fakt widoku tego zwierzęcia, nawet na obrazie, powodował w nim nieprzyjemne uczucie, ale namalowane u niego czerwone oczy tylko je wzmocniło. Cofnął się kilka kroków, niemal tracąc równowagę, gdy zahaczył butem o rozłożony na podłodze puf. Co prawda, wyglądał na tyle miękko, że przypadkowy upadek nie skończyłby się żadnym nieszczęściem, ale Salemu udało ustać się na równych nogach. — Widziałeś mnie wcześniej, wtedy, gdy się wprowadzałem? Nie widziałem cię nigdzie w pobliżu…
Było to jedyne wyjaśnienie, jakie przyszło nastolatkowi do głowy, że Larry, znając zapewne większość zakamarków tego budynku, mógł wypatrzyć go wcześniej w taki sposób, że dla Sala pozostawał niewidoczny, ale nawet jeśli, to nic, absolutnie nic nie tłumaczyło tego, czemu na namalowanym obrazie znajdował się pies. Dodatkowo niepokojące czerwone oczy wcale nie sprawiały, że stawało się to mniej zagmatwane, mogące dać się przypisać pod zwykły przypadek. Pies był zbyt wielkim przypadkiem, by… właściwie móc uchodzić za jakikolwiek przypadek.
— To jest dopiero gówniana sprawa, człowieku — mruknął, ponownie przenosząc jasnoniebieskie spojrzenie na Larry’ego.⠀⠀⠀
⠀⠀ ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
