Patrząc na mężczyznę aż zrobiło mi się trochę przykro. Poświęcał się dla tej zgraji w przypływach czegoś na wzór miłości nazywanej sektą, a nie mógł liczyć na prawie nic w zamian, bo ludzie chętni do takiej organizacji mimo, że byli lojalni to nie grzeszyli inteligencją. Przynajmniej nie wszyscy, oczywiście zdarzały się przypadki pseudo-naukowców zdolnych do poprowadzenia konwersacji na temat leku na zarazę, lecz zdecydowana większość buntowników była tylko żołnierzykami zdolnymi do osiągnięcia celów tylko w grupie. Zniszcz choć w jednej osobie ogień jaki posiadała oraz zapał do walki, a w mgnieniu oka wykruszy Ci się cały oddział nagle oświecony wizją rychłej i nieprzyjemnej śmierci. Chciałabym to zmienić. Poczuć się jak mała dziewczynka łudząca się, że świat tylko czeka aż nic nie warta jednostką zmieni tłum otumianiany przez władze przez lata. Wtedy wzbraniałam się przed przyznaniem iż świat to nie bajka, lecz teraz cieszę się z każdego przeżytego dnia. Wracając... Delikatnie kiwnęłam głową. Przysłowiowy wręcz "Plan B" był alternatywą, której za wszelką cenę wolałabym uniknąć. Wojsko nigdy nie patrzyło na nas przyjaznym wzrokiem, a po tym na pewno stalibyśmy się ich ulubionym celem. To mnie zdziwiło. Sądziłam, że potrzeba czegoś więcej, żeby ruszyć szefa sekty. ─ Omawiałeś to z kimś? ─pytanie niby idiotyczne, ale jeśli chodzi o Aarona to można się spodziewać wszystkiego. Jednak, kiedy tylko spojrzał mi w oczy wiedziałam, że nie doczekam się odpowiedzi. No tak, przecież jemu nie są potrzebne niczyje pozwolenia. Właśnie. Prawie zapomniałam, że jest głównym szychą. Nikt mu nie podskoczy. Jestem jeszcze ja - dziewczyna mająca kompletnie wyrąbane na to jakie ktoś ma stanowisko oraz mniemanie o sobie, jeśli robi coś co mi się nie podoba to nie zamierzam ukrywać prawdy. Aczkolwiek tym razem nie mieliśmy innego wyjścia.
Chciałabym móc przekazać dobre wieści, ale ostatnimi czasu klienci stali się jacyś milczący. Nie żeby kiedykolwiek byli skłonni do rozwlekłych rozmów, ale zawsze mogłam liczyć na zamienienie choćby kilku zdań z osobą, która interesowała mnie do tego stopnia, że otwarłam usta. A od dobrych kilku dni - cisza. Miałam podejrzenia, że nawiedzają ich smutni panowie z naładowaną bronią i pełnym magazynkiem chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o ich nielegalnej działalności, a może i... zastraszyć? Nie mogłam tego wykluczyć szczególnie, że wszelkimi przemytami zajmowali się ludzie prawie w całości należący do sekty. ─ Gdybym miała dobre wieści nie bawiłabym się w powiatania czy inne owijanie w bawełnę. Dobrze o tym wiesz. ─ smutny ton, smutna ja, smutne życie. W świecie wypełnionym przez zombie, gdzie nawet ludziom nie można ufać nie ma miejsca na czystą, niewinną radość. W pamięci starałam się odtworzyć urywki rozmów usłyszanych czy to podczas transakcji czy podczas wcześniejszego przechodzenia jednym z najbardziej uczęszczanych pasaży. Zabici, ataki, więcej zabitych, choroby... To wszystko choć bardzo istotne nie dawało mi choćby małego promienia nadzieji, że uda nam się wyprzedzić ruch wojska bez użycia siły. Widocznie rozlew krwi jest nieunikniony.
Sekunda. Czy te tępe matoły z rezydencji nie mówiły czegoś o wycofaniu się? Myśl przyszła nagle i niespodziewanie - dzięki Alzheimer - lecz wypełniła mnie taką dumą, że miałam ochotę zacząć skakać, ale w obecnej sytuacji... nie, lepiej nie. ─ Aaron mam coś. ─ żeby jeszcze bardziej zwrócić jego uwagę złapałam za umięśnione ramię i jestem prawie pewna, że początkowy uścisk zatrzymał mu na chwilę krążenie w ręce. ─ Słuchaj. ─ zanim przekazałam mu cudowne odkrycie musiałam sobie jakoś wykalkulować zdanie do przekazania tak bym miała pewność, że je zrozumie, a no cóż... mężczyzna. ─ Słuchaj... Te psy mojego klienta, znaczy się ochrona mówili coś, że wreszcie wyłapią te szczury. Rozumiesz? I chyba miał być przed tym jakiś transport broni. ─ powiedziałam na jednym oddechu, po czym gwałtownie wciągnęłam powietrze. To była nasza szansa. Zaczekać na dostawę broni, zniszczyć ją i przy okazji najlepiej zmniejszyć trochę liczebność sił armii. Plan idealny, lecz nie posiadałam póki co najmniejszego pomysłu na jego zreazlizowanie tak by nie zostać złapanym, zabitym albo pożartym przez humanoidalne stwory. A co się robi w takich sytuacjach? Tak. Improwizuje. ─ Chodźmy. ─ odparłam i podniosłam się z miejsca z zamiarem dokopania pierwszej lepszej istocie jaka stanie na mojej drodze, ale silna ręka mężczyzny zatrzymała mnie w miejscu, a szarpnięcie w dół sprowadziło na ziemię. W przenośni i dosłownie, żeby było śmieszniej. Bynajmniej Aaronowi nie było do śmiechu. Mina grumpy cat osiągnięta. Ups.
