JustPaste.it

  𝚂𝚙𝚊𝚌𝚎 𝙶𝚛𝚎𝚎𝚝𝚒𝚗𝚐𝚜

𝚅𝙸

 

══════════════════ ═════════════════

 

⠀⠀⠀Spojrzeniem, które mówiło więcej niż tysiąc słów, śledziłam ruchy Franka. Każdy, nawet najmniejszy gest. Z najwyższą uwagą wsłuchiwałam się również w słowa padające z tych idealnych, tak umiłowanych przeze mnie ust. Wydobywające się z nich wyrazy tworzyły jednak zdania, które z niebywałą prędkością podnosiły mi ciśnienie. Chociaż na zewnątrz zgrywałam zupełnie nieświadomą motywów jego poczynań, to w środku aż się we mnie gotowało; szum w uszach był nie do zniesienia. Złość ta była bardzo specyficzna; nie byłam w stanie ukierunkować jej bezpośrednio na mojego chłopca. Swój gniew zakotwiczyłam więc w postaci opalonego blondyna oraz stojącego nieopodal Riff Raffa, decydując się na ostateczne rozładowanie napięcia właśnie na tym ostatnim. Sięgnąwszy gwałtownym ruchem po paczkę papierosów, która spoczywała na blacie stołu, zgniotłam ją jedną ręką, a następnie cisnęłam w głowę lokaja. 

Ty pieprzony idioto ━ warknęłam, uderzając dłonią w twardą powierzchnię, co zaowocowało rozniesieniem się po pomieszczeniu donośnego huku. ━ Miałeś jedno zadanie. JEDNO. Pilnować swojego księcia! 

⠀⠀⠀Rozedrgane nozdrza jawnie świadczyły o wypełniającej mnie furii. Miałam ochotę zacisnąć swoje szczupłe palce na szyi Riff Raffa i wydusić z niego resztki nędznego życia. Inną ewentualnością, którą brałam pod uwagę, było znalezienie pejcza - a wiedziałam, po prostu wiedziałam, że takowy przyrząd musi znajdować się gdzieś na terenie zamku - i chłostanie go nim tak długo, jak tylko uznam za stosowne. Zgięłam palce leżącej na blacie stołu dłoni, powodując złowrogie zarycie paznokciami o jego powierzchnię. Niema groźba, której pomimo obecnego stanu nie zamierzałam spełnić. Jeszcze nie. Mój wzrok ponownie spoczął na Franku. Przez chwilę przyglądałam mu się w milczeniu, przygryzając nerwowo policzek. Nie mogłam pozwolić sobie na podobne wybuchy. Nie w jego  obecności, gdy w mojej głowie z wolna kiełkował plan sprowadzenia go do domu. Tylko to się dla mnie liczyło; w innym wypadku nie fatygowałabym się na tę plebejską planetę. Byłam skłonna zagryzać więc zęby i przystawać na wszelkie dziwactwa syna. Nawet na tworzenie półgłówków, z którymi musiałam się dzielić skarbem mego łona. Ale i to się miało wkrótce zmienić. Czym prędzej przywołując na swoich wargach szeroki uśmiech i niby to przypadkowo, może nawet z pewną dozą zawstydzenia, pozwalając palcom podążyć po wyeksponowanej skórze szyi, starałam się odciągnąć uwagę od wybuchu mającego miejsce przed chwilą.

Mój Frank jest przykładem geniuszu ━ rzuciłam nagle słodkim głosem, kompletnie odmiennym od tego, którym uraczyłam Riff Raffa; zwracałam się do zebranych, swoją uwagę skupiając jednak wyłącznie na ciemnowłosym mężczyźnie. ━ Nie każda matka może to powiedzieć o swym dziecku. Zwłaszcza, gdy dookoła otaczają nas żałosne formy życia... ━ mój wzrok na krótką chwilę zatrzymał się na Rockym, aby finalnie spocząć na stojącym nieopodal lokaju, który wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać.

Uniosłam się z zajmowanego przeze mnie miejsca i niespiesznym krokiem, postukując obcasami, zbliżyłam się do gospodarza. Kiedy nasze ciała były wystarczająco blisko, wyciągnęłam dłoń, aby pogłaskać go po policzku w wyrazie czułej, matczynej pieszczoty. Po chwili przesunęłam nią po jego ramieniu w dół, zatrzymując dopiero gdzieś w okolicy biodra; była to niepisana obietnica. Mogłoby się zdawać, że na tym się skończy; że odsunę się puszczając mu zalotnie oczko, aby zająć się czymś mniej nieprzyzwoitym; chociażby wychłostaniem Riff Raffa. Zamiast tego sprawiłam, że wolna przestrzeń pomiędzy naszymi ciałami przestała istnieć. Zbliżyłam usta do jego ucha i delikatnie muskając płatek, po chwili subtelnie uszczypnęłam go zębami.

Powiedz mi, kochany. Czy Twoje ciało potrzebuje teraz rozluźnienia? Nie wątpię w możliwości tego tworu... niemniej mama wie najlepiej co jest dla Ciebie najlepsze.