JustPaste.it

5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg

eec910f53e398d6195a2a83110f2535c.jpg

                           Powinien się cieszyć, wiedział, że powinien. Powinien podbiec do Todda, objąć go z całych sił i zwyczajnie się cieszyć, że dwie czwarte ich grupki wciąż zostało przy życiu. Powinien, nie bacząc na konsekwencje, Todd w końcu był jego przyjacielem, jednym z bliższych, trzecim, jakiego miał w całym swoim życiu, mądrym przyjacielem, który zawsze umiał dać odpowiednie rady, który odpowiadał za tworzenie przedziwnych urządzeń, dzięki którym namierzali duchy, który nigdy nie odmówił pomocy przy nauce, czy wytłumaczeniu czegoś. Był przyjacielem, który nigdy nie robił tajemnicy ze swojej orientacji, który z dumą w głosie opowiadał o swoim chłopaku, który gdzieś miał jakiekolwiek szyderstwa z tego faktu w swoją stronę. Był przyjacielem, który nigdy nie chciał nikogo zawieść i tym, którego zawieść się nie chciało, więc dlaczego? Dlaczego Sal się nie cieszył? Przecież powinien, ale z jakiegoś powodu nie mógł, jakby coś stało na przeszkodzie, coś niewidocznego, czego sam nawet nie umiał określić. Jak gdyby te wszystkie wydarzenia, które miały miejsce i te lata odpowiadały za nagły dystans; ostatnim razem, gdy się widzieli byli przecież młodsi. Ostatnim razem, gdy się widzieli Sally nie był mordercą.
                           Ale miał wrażenie, że nie o to chodzi, że nie to było dokładną, zupełnie trafną odpowiedzią. Ta kryła się zupełnie gdzie indziej. I Sal zaczął podejrzewać, że pojawienie się Todda na miejscu demona, demona, który przecież zmierzał w kierunku Zeldy i jego, którego udało się wywabić, z którym mieli się zmierzyć, a zamiast którego pojawił się Todd, nie było tak absolutnym dziełem przypadku. Gdzieś właśnie w tych okolicach należało szukać, wiedział, że był to dobry trop, że jego nagłe zawahanie, które powstrzymało go przed podbiegnięciem do rudowłosego chłopaka i przytulenia go, miało związek właśnie z tym aspektem. Bo przecież powinien się ucieszyć, a gdyby odjąć od tego nawet nagłe oszołomienie, to zamiast radości, byłby jedynie skręcający wnętrzności strach i niepokój, które trudno było jakkolwiek wytłumaczyć, albo racjonalnie przypisać do czegoś konkretnego.
                           Oderwał wzrok od Todda, z niejaką ulgą, widząc, że Towarzysz Zeldy właśnie wdrapuje się na niego, jakby zamierzał potraktować chłopaka jako swój nowy materac, i przeniósł oczy na kobietę, gdy ta zwróciła do niego. Nie wiedziałby, co odpowiedzieć na jakąkolwiek groźbę z jej strony, nawet nie mógłby jej wytłumaczyć całej tej sytuacji, choć sam bardzo pragnął ją zrozumieć. Czuł się winny tego, że jej wysiłek poszedł na marne i wszystko to znów przeciąga się w czasie, dokładając jedynie dodatkowych komplikacji. Czuł się winny wmieszania kolejnej osoby, niezależnie co mającej na sumieniu, w coś, co sam powinien zakończyć dawno temu. Był przecież tym jedynym, a miał wrażenie, jakby był kompletnie bezsilny, jakby nie mógł zrobić nic. A teraz cierpiały na tym kolejne osoby. Być może powinien po prostu odejść i niezależnie od swoich możliwości spróbować zająć się tym samemu.
                           Nim jednak zdążył zastanowić się nad jakąkolwiek opcją, poczuł, jak Zelda chwyta go za ramię. Nie protestował, dając się pociągnąć w stronę nieprzytomnego Todda, jedynie unikając patrzenia w kierunku psa, gdy nagle otoczenie zmieniło się całkowicie. Nie było już obskurnego, niewielkiego mieszkania w pamiętającym o wiele lepsze czasy budynku, nie było obecności duchów, ani odciętej, leżącej na brudnej podłodze głowy Augustusa. Zamiast tego pojawił się ciemny, skąpany w mroku salon, który mimo wszystko zdawał się o wiele bardziej przytulny, ozdobiony pięknymi meblami i z dającym ciepło, a także jedyne światło, trzaskającym w kominku ogniem. Sal nie potrzebował zbyt wiele czasu, by domyślić się, że znaleźli się właśnie w domu Zeldy. Była to wciąż mała namiastka bezpieczeństwa, ale wystarczająca, przynajmniej na tę chwilę.
                           Spojrzał na czarownicę, gdy ta ponownie zwróciła się do niego i lekko kiwnął głową w odpowiedzi. Uznał, że przecież nie musi znajdować się nie wiadomo jak blisko Toma, a jedynie w zasięgu wzroku, a tym bardziej przecież nie musiał go głaskać. Choć wciąż czuł się niekomfortowo z psem w pobliżu, tak nie zamierzał wnosić żadnych protestów, bo te i tak byłyby bezsensowne. Za to chciał zadać choć jedno pytanie, ale nie zdążył tego zrobić; w salonie pojawił się mężczyzna, który nie wyglądał na zbyt zadowolonego z obrotu spraw. Sal, przebywając z Zeldą przez ten czas, mógł jedynie domyślać się, że Edward, jak zwróciła się do mężczyzny czarownica, niekoniecznie cieszył się z przebywających z nim pod jednym dachem śmiertelników. Sally otworzył nawet usta, chcąc wyjaśnić, bądź chociaż przeprosić, ale jego ciche „prze…”, niedokończone uderzyło o zamknięte za domownikami drzwi.
                           Spojrzał na Todda i starając się zignorować obecność psa, podszedł do chłopaka, po chwili kucając obok niego. Powoli wyciągnął rękę i odgarnął zdecydowanie zbyt długie i skołtunione rude włosy z jego nienaturalnie bladej twarzy. Ciemnie cienie pod oczami świadczyły o zmęczeniu, o nieprzespanych nocach, a ubrudzony i gdzie niegdzie rozszarpany ubiór skłaniał ku myślom, że gdziekolwiek wcześniej znajdował się Todd, to warunki wyraźnie dały mu się mocno we znaki. Chłopak nie miał również przy sobie okularów, bez których nie widział praktycznie nic.
                            Co się z tobą działo, Todd? Gdzie byłeś przez ten cały czas?
                           Drzwi nagle ponownie się otworzyły, więc Sally spojrzał w ich kierunku, dostrzegł jednak nieznajomą kobietę. Na jej twarzy widniał wyraz troski, a ona sama zdawała się być pełna ciepła, dzięki któremu mroczny dotąd salon jakby nagle nabrał trochę barw. Gdy podchodząc do nich, wyjaśniła, że zajmie się Toddem, Sal po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnął się.

1c68167903b41978b5435cad41f4f5d5.jpg
                           Sal siedział przy stole, więcej czasu spędzając nad rozdziubywaniem jedzenia, wsuwając widelec pod maskę jedynie wtedy, gdy Hilda patrzyła w jego kierunku. Paski od protezy bujały się przy każdym jego ruchu po bokach głowy, gdy błądził spojrzeniem pomiędzy kobietą, a Toddem. Rudowłosy zdecydowanie miał o wiele większy apetyt, jedząc już trzecią porcję, którą Hilda nałożyła mu z wielką radością; jej szczebiotanie wypełniało kuchnię, co było bardzo miłą odmianą i nawet jeśli do Sally’ego docierały jedynie pojedyncze słowa, był wdzięczny, że nie siedzą w zupełnej ciszy.
                           Dopiero pojawienie się w kuchni Zeldy zmąciło tę na pozór spokojną atmosferę, jakby nagle w pomieszczeniu zebrały się ciemne chmury, przesłaniając każdy promień słońca, który próbował się przez nie przebić. Sal nie mógł się dziwić, pomimo nieustającej gadaniny Hildy, co jakiś czas dało się słyszeć podniesione, choć stłumione głosy, świadczące o rozgrywającej się kłótni. A nagłe pojawienie się Todda ani trochę niczego nie ułatwiało.
                           Sally patrzył, jak młodsza kobieta, choć wzburzona, opuszcza kuchnię i dopiero wtedy odłożył widelec na talerz, ostatecznie poddając się i spojrzał na Zeldę.
                            Bardzo chciałbym umieć odpowiedzieć ci na te wszystkie pytania, ale obawiam się, że nie będą to najważniejsze rzeczy, które chciałabyś usłyszeć podjął, sięgając dłońmi po paski protezy, które zapiął z tyłu głowy z charakterystycznym kliknięciem sprzączki. To jest Todd Morrison, mój przyjaciel. On również mieszkał w Apartamentach Addisona, tam, gdzie… zawahał się przez chwilę. Gdzie wcześniej przebywał demon.
                           W tym momencie Todd również odłożył sztućce, nieco zbyt głośno, ale tym samym zwracając na siebie uwagę i podniósł głowę.
                            Może ja spróbuję wyjaśnić odezwał się, zerkając to na Sala, to na Zeldę, jakby nie do końca pewny, do kogo powinien się bezpośrednio zwrócić, wreszcie wlepił wzrok w blat stołu, najwyraźniej uznając to za najlepsze rozwiązanie. Nie pamiętam zbyt wiele, zupełnie tak, jakbym fragmentarycznie stracił pamięć, pamiętam jedynie urywki. Wiem, że w tamtym dniu dotarłem do Apartamentów później, niż Sally. Wiedziałem, że coś się stało już po tym, jak Sal wybiegł z naszego mieszkania cały roztrzęsiony, dlatego poszedłem za nim. Pamiętam, że wszedłem do środka budynku i chciałem znaleźć Sala, ale… zobaczyłem jakiś cień na końcu korytarza. Myślałem, że to któryś z lokatorów, więc ruszyłem do niego, jednak nie odpowiadał na pytania, a gdy się zbliżyłem… później obudziłem się w lesie, mam wrażenie, że spędziłem w nim kilka dni, może dłużej, straciłem rachubę czasu, to wszystko… przypominało dziwny sen, w który zapadałem nagle, nieświadomie, a czasem, gdy się budziłem wokół mnie były ślady krwi, czasem krwi było dużo, naprawdę dużo, miałem ją na rękach, ubraniach, miałem wrażenie, że się od niej lepię, a czasami nie działo się nic, jakbym zwyczajnie spał… Dopiero jakiś czas temu znalazłem się w tym budynku, przyprowadził mnie do niego jakiś mężczyzna, ale miałem wrażenie, że tam spałem jeszcze więcej, budziłem się tylko na krótkie momenty i choć miałem wrażenie, że przez ten cały czas spałem, to zawsze byłem zmęczony. Tak niewiarygodnie zmęczony…
                           Todd ponownie uniósł głowę i wbił spojrzenie w Sala, przez krótką chwilę milcząc, jakby dając czas słuchaczom na oswojenie się z tym wszystkim, co powiedział.
                            Usłyszałem was, na początku myślałem, że jedynie mi się wydaje, ale byłem pewny, że rozpoznałem twój głos, Sally, ale wtedy, gdy chciałem to sprawdzić… znowu odpłynąłem, a gdy się obudziłem, znajdowałem się już w tym mieszkaniu, z wami. Nie pamiętam nic więcej, przysięgam dodał, tym razem ostatnie słowa kierując w stronę Zeldy, ale po tym ponownie jego wzrok przeniósł się na przyjaciela. Ja… nie wiem, co się z tobą działo przez cały ten czas, Sal, nie wiem, co dzieje się z pozostałymi, ja… nawet nie wiem, ile minęło czasu…
                            Todd… minęły prawie trzy lata odpowiedział, uznając, że póki co podzieli się z nim jedynie tą informacją. Obawiał się, jak chłopak mógłby zareagować na wieść, że Larry popełnił samobójstwo, a Ash… on sam nie miał pojęcia, gdzie dziewczyna obecnie się znajdowała, ale gdziekolwiek była, to prawdopodobnie ułożyła sobie życie na nowo, zapominając o wszystkim. Widział Ash ostatni raz na swojej rozprawie, gdy zeznawała przeciwko niemu, od tamtej pory nie miał z nią kontaktu, a dziewczyna ani razu nie odwiedziła go w szpitalu.
                            Prawie… trzy lata… powtórzy głucho Todd, kręcąc głową, wyraźnie z trudem mogąc w to uwierzyć. Po chwili podniósł się i nieco chwiejnym krokiem odsunął się od stołu. Przepraszam, znajdę tamtą miłą panią, wspomniała, że gdybym źle się poczuł, to zwracał się do niej i chyba pójdę odpocząć.
                           Rudowłosy właściwie wytoczył się z kuchni, a Sal, wyraźnie zmartwiony, spojrzał na Zeldę.
                            Nie wygląda to dobrze, prawda? zapytał cicho, choć właściwie nie potrzebował usłyszeć odpowiedzi, wiedział, że było źle. Westchnął cicho, zaciskając dłonie w pięści. Proszę, nie krzywdź go. Zrobię wszystko, co będzie trzeba, wszystko, ale nie pozwolę ci go skrzywdzić. Nie chcę, by ucierpiał ktoś jeszcze. Nie chcę, by coś stało się Toddowi. Proszę, znajdźmy jakieś rozwiązanie. Proszę.
                           Zamilkł, ale wciąż wpatrywał się w czarownicę, jakby się nad czymś wahał. Wreszcie powoli rozluźnił palce, prostując je na swoich kolanach i wziął głębszy wdech.
                            Czy moglibyśmy pójść po mojego kota? Przez ten cały czas siedzi sam i podejrzewam, że zdążył mnie znienawidzić, ale nie chciałbym, żeby i jemu coś się stało powiedział w końcu, wpatrując się wręcz błagalnie w kobietę.
45f6da80f17d3baa95da4a24970a4696.jpg


5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
5cc89f9934e0a7afdc6e387497882ab7.jpg